19.9.07

Twarde wartości w płynnych czasach


Adrian Paci, Vajtojca, 2002, courtesy of Peter Kilchmann Gallery, Zurych


Adrian Paci, Albanian Stories, 1997, courtesy of Peter Kilchmann Gallery, Zurych


Adrian Paci, Turn On, 2004, courtesy of Peter Kilchmann Gallery, Zurych


Wracam do Adriana Paci. Nie daje mi spokoju jego sztuka. Ważne były rozmowy z nim, jego oprowadzanie po wystawie w Bunkrze i autokomentarz, jakim to oprowadzanie okrasił. Poznałam także dotychczasowe interpretacje jego sztuki. A jednak wciąż nurtowało mnie pytanie o przyczyny aż tak szerokiego i entuzjastycznego odzewu na to, co robi artysta. Odzewu i wdzięcznego odbioru z bardzo różnych stron świata.

Co sprawia, że sztuka Paciego wydaje się dzisiaj tak aktualna, tak potrzebna? Co obdarza ją siłą przemawiania do tak wielu odbiorców: z Albanii, z Włoch, z Ameryki, z Polski, z Japonii?

Brzmi to górnolotnie (czasami potrzeba wielkich słów): tym, co czyni tę sztukę mocną, jest jej wewnętrzna szczerość i delikatność, subtelność, skłonność do empatii z ludźmi. Uderzające są w tej sztuce wątki dla nas wręcz archaiczne, bo sprzed epoki kapitalistycznej. Są to związki z ziemią, znaczenie rodziny i klanu jako grupy osób bliskich, otaczających i wspierających jednostkę. Tak więc, u Paciego zestaw cech sprzed epoki nowoczesnej współistnieje ze świadomością już aktualną, ponowoczesną. Tyle, że w sztuce tej nie widać żadnego pęknięcia, nie da się wyczuć żadnego zderzenia. że ona sama jest przedmodernistyczna. Jest z epoki dawnej, z epoki, kiedy nie wątpiono w istnienie stałych wartości. Sztukę tę w dzisiejszym świecie się ceni, ale skoro wchłonął ją obieg instytucjonalny (co jest normalne przecież i trudno oczekiwać od Paciego czegokolwiek innego, jakiegoś buntu wobec instytucji), to odbiera się ją jako jedną z niesłychanej wielości propozycji. Więc ona sama istnieje w elastycznej siatce relatywnych wartości. Możesz się nią przejąć, może cię poruszyć, możesz nawet zdać sobie sprawę, że to propozycja zakorzeniona w świecie, kiedy obowiązywał jedno wartościowanie, ale i tak przecież wiesz, że za chwilę porzucisz oglądanie pracy, wyjdziesz na ulicę i dasz się wchłonąć pędowi rzeczywistości i systemowi, który tak naprawdę zależy tylko od rynku i jego drgnień.

Uderzającą cechą realizacji Adriana, jego filmów, począwszy od kameralnego Albanian Stories, podobno pierwszego jego filmu, gdzie jego córeczka opowiada lalce i zwierzątkom o siłach porządkowych, strachu i emigracji, poprzez prawie dokumentalne Piktori, po monumentalny wizualny symbol – Turn on, ale także fotografii czy realizacji malarskich i większych całości, wśród których znalazły się inspirowane przez Pasoliniego (na jednym z obrazów pojawił się nawet młody Giorgio Agamben, który grał w Ewangelii wg św. Mateusza), jest przenikająca je sakralność. Aurę tę, przekładającą się niekiedy także w podejmowaną wprost problematykę, jak to się stało w filmach Vajtojca, gdzie prawdziwa płaczka, wynajęta przez Paciego, opłakuje jego rzekome odejście i PilgrIMAGE, projekcję, która pokazuje transfer obrazu: ikony. To ostatnie wideo w zgrabny i przejmujący sposób podejmuje zagadnienie prawdziwego obrazu i w ogóle oddziaływania obrazów, jak również potrzeby sakralności. Tak zatem dotyczy ono historii świętego obrazu przedstawiającego Marię z Dzieciątkiem, który wg legendy, w średniowieczu został cudownie przeniesiony ze Szkodry w Albanii do małego miasteczka w pobliżu Rzymu we Włoszech. Działo się to podczas panowania tureckiego, tak więc obraz umknął przed prześladowaniami religijnymi. Pamięć o obrazie ciągle trwa w Szkodrze. Paci odnalazł dzieło, sfilmował je we włoskiej kaplicy i transmitował obraz do Szkodry, gdzie elektronicznej wizji towarzyszyły tłumy wiernych, ludzie modlili się w środku codziennego zgiełku. Ten wzruszający dowód wierności tradycji, to więcej niż tylko wypowiedź o wierności wierze. To wierność obrazowi na przekór powikłanej historii,

Sakralność u Paciego trafnie uchwycił i nazwał Massimiliano Gioni. Jak już było wspomniane, ta, stale towarzysząca codzienności i wszystko przenikająca aura sakralności, nierozerwalnie związana z profanum i je uświęcająca, nadaje pracom Paciego znaczenie. Wiąże się bowiem z dzisiejszą potrzebą stałych wartości. Jako datę graniczną, po której świat miał uświadomić sobie, że nie może być budowany na ruchomych piaskach relatywizmu, ustalono datę graniczną 9/11, jedenastego września. Data pełni funkcję symboliczną. Tak czy owak, działalność Paciego doskonale odpowiada na potrzebę wytyczania stałego systemu odniesień dla ludzkiej działalności, przynosi poprzez to i dzięki temu to, co moim zdaniem sztuka powinna przynosić, czyli ulgę, pocieszenie, świadomość, że nie jesteś sam, wielkie humanistyczne zadania.

To z kolei doskonale zgadza się z sięganiem przez Nową Lewicę do Biblii i w ogóle systemów religijnych, chrześciajaństwa, w poszukiwaniu nowego natchnienia dla działań prospołecznych i nowego urządzenia świata. Jednak i środowiska konserwatywne, prawicowe także uczestniczą w tym nowym poszukiwaniu duchowości i jej źródeł. Można przywołać tutaj chociażby przedrukowany w przedostatniej „Europie” fragment książki Marka Lilli, dotyczący swoistego revivalu teologii politycznej.

Zastanawiałabym się zatem, czy Paciego rzeczywiście da się ulokować po lewej stronie. Moim zdaniem, jest on raczej konserwatystą. Zagadkowym jest jednak wątek śmierci autora, pojawiający się w Piktori (autor zamawia u malarza, zajmującego się fabrykowaniem podróbek, certyfikat własnego zgonu) i w filmie przedstawiającym płaczkę lamentującą po odejściu Paciego, Vajtoijca. Nie wierzy w bezpośrednie działanie sztuki. Głosi pochwałę wartości, twardych wartości w naszych płynnych czasach. Czy dlatego symbolicznie odchodzi?

17.9.07

Dwa cytaty

Blog, tak jak rozumiem jego ideę, nie do jest rodzajem sieciowego dziennika, bo co to za dziennik, który mogą przeczytać wszyscy, ale za to notatnika, gdzie pisać można o tym, co zaciekawiło, ale jeszcze nie ma swoich konkluzji, porusza, ale nie do końca wiadomo dlaczego, jest zatem także pretekstem do głośnego myślenia – i dzielenia się swoimi odkryciami z innymi. Zamieszczam więc dwa cytaty, które mnie ostatnio zaciekawiły. Absolutnie niezwiązane ze sobą.

Pierwszy zatytułowałam: „Poczucie winy amerykańskiego chłopca, czyli co Bjork powiedziała o Barneyu”. Pochodzi z „Guardiana”

Otóż, Barney ma teraz wystawę w Serpentine Gallery. Ukazują się więc różne teksty. Także wypowiedzi osób bliskich artyście, a tak się składa, że będących jeszcze większymi gwiazdami niż on. :) Tak więc, Bjork powiedziała, że tak jak wszyscy amerykańscy faceci, nosi on ciężar winy: winy z powodu Nagasaki, winy z powodu globalnego ocieplenia, wojny i ropy naftowej, wszystkich tych poważnych spraw… Dlatego też prace Barneya są zasadniczo o byciu amerykańskim facetem. Co więcej, artysta nie umywa rąk i nie cofa się przed podjęciem problemu. Próbuje sprawić, by stał się on bardziej wieloznaczny, znaleźć inny punkt widzenia na męskość.

Nie lubię Barneya, uważam jego sztukę za wydmuszkę, za produkt pop-kultury, która potrzebuje mody, gwiazd i glamouru, nie zaś treści. Tymczasem Bjork podała jednak pewien trop do prześledzenia, ogólny, ale interesujący. Tylko jak ta męskość ma wyglądać u Barneya? Narcystyczna i „cyborgiczna”?


Inny ciekawy tekst przeczytałam na stronie "Frieze". Jest tam wiele omówień z tegorocznego Grand Tour po wielkich wystawach, który zresztą jeszcze się nie skończył. Bardzo dobry tekst napisał Alex Farquharsonx, podsumowujący tegoroczną Wenecję. Pojawiła się tu godna zainteresowania wizja tego, jakie powinno być dobre biennale:

52 Biennale Weneckie nie było wcale takie złe, suma wszystkich jego części była całkiem niezła. Ale, rozpatrywane całościowo, nie posunęło dyskusji o sztuce naprzód. Biennale, które zostają w pamięci, podejmują bowiem ryzyko: stawiają czoła kontrowersyjnej problematyce, wysuwają prowokacyjne tezy, zajmują miasta w nieoczekiwany sposób, działają jako studniowe uniwersytety, łączą sztukę na nowy sposób z rozmaitymi dyscyplinami i problematyką społeczną […]; innymi słowy, eksperymentują z tym jaki kształt może przybrać wystawa tej wielkości. W procesie tym często odnoszą porażkę, ale niepowodzenie jest koniecznym składnikiem ich zamierzeń. Instytucja, jaką jest Wenecja, odwrotnie niż mniejsze, młodsze i bardziej ekspansywne biennale, odwrotnie także niż documenta, z jej o wiele większym budżetem i autonomią dyrektorów, wydaje się więc słabo przygotowana do wykorzystywania tych możliwości.

Nic dodać, nic ująć, może oprócz tego, że poglądy Farquharsona są zadziwiająco idealistyczne. Nie tego należy się spodziewać po Wenecji, która jest spadkobierczynią w linii prostej paryskich Salonów.

12.9.07

Outdoor: specyfika polska

W „Polityce” sprzed tygodnia (8 września 2007) pojawił się artykuł Jarosława Murawskiego Zabillboardowani. Autor pisze o narastającym w Polsce boomie na reklamę zewnętrzną i – co za tym idzie – narastającym zaśmieceniu polskiej przestrzeni wspólnej, publicznej. Są tu przytaczane opinie specjalistów: np. osób pracujących w firmach reklamy zewnętrznej, a w Polsce rynkiem podzieliły się cztery: AMS, Clear Channel, News Outdoor Poland i Stroer, wypowiadają się też dyrektorzy wydziałów architektury, architekci, plastycy miejscy, radni. Co uderza, to fakt, że wszyscy dostrzegają wagę problemu, i sami chętnie powalczyliby o ładny wygląd wnętrz polskich miast, podejmowane są wręcz jakieś działania – typu spis dobrych, legalnych reklam na stronie UM w Krakowie czy uchwała o utrzymaniu czystości i estetyki w Rzeszowie, jednak tylko chyba Wrocław ma restrykcyjne przepisy dotyczące reklam w centrum miasta. Generalnie jednak dominuje bezradność. Jak zwykle zresztą. „Niewiele da się zrobić, o ile nie zmieni się prawo”.

Skromne działania naprawcze więc i tak w dużej mierze zależą od dobrej woli prywatnych właścicieli budynków czy posesji, gdzie umieszcza się reklamy. Także od dobrej woli firm, które jakiś czas temu podpisały kodeks postępowania regulujący w jakiej odległości mają znajdować się od siebie nośniki reklam i jakie mają mieć wielkości. Jednak kodeks nie jest przestrzegany obecnie przez nikogo. Wiadomo, reklamy w Internecie, gazetach, TV można jakoś ominąć, trudniej nie zauważyć olbrzymiej planszy gdy jedzie się lub idzie ulicą. Tak więc trwa dobra passa tej gałęzi branży reklamowej. Brak regulacji prawnych powoduje, że zamiast się cywilizować, ciągle dziczejemy – tyle, że z użyciem nowocześniejszych środków. Idą wybory, więc będzie jeszcze gorzej. Tak wielka ilość billboardów w centrach miast to ponoć specyfika polska, w Paryżu poza metrem trudno o dużą reklamę, w Niemczech też ich mniej.

Dzieje się tak, bo nasze prawo nie wykazuje wrażliwości na kwestie wizualnej organizacji przestrzeni publicznej, z polskiego prawa wyrzucono zapisy o ochronie tej przestrzeni. Tak więc każdy może postawić sobie reklamę.

Autor przytacza przykłady z Warszawy, ja bym dodała z Krakowa, tak się jednak dzieje wszędzie. Dziwię się na przykład jak ktoś może odpocząć nad morzem – chociażby w Międzyzdrojach, czy w górach – w Zakopanem. Chaos wizualny, śmietnik reklam ustawionych jedna na drugiej, wchodzących sobie w paradę, pojawiających się wszędzie, profesjonalnych i nieudolnych, przyprawia mnie o ból głowy i chęć natychmiastowej ucieczki z tych i wielu innych renomowanych miejsc.

Polska staje się tłem dla reklam. Jak musi czuć się turysta, który przyjeżdża do Krakowa zwiedzać zabytki, wchodzi na „największy” rynek w Europie i widzi bodaj siedem kamienic przykrytych bannerami? Nie widzi więc architektury, nie odczuwa więc specyfiki miejsca, nie dostrzega założenia urbanistycznego. Czuje się jakby był „wszędzie”. Jak można polubić takie miejsce, jak można czuć się w nim dobrze? Przede wszystkim krakowski rynek to już „nie-miejsce”, to miejsce, które nie zakotwicza, to raczej Baudrillardowska symulakra, nośnik obrazów, które uwodzą, ale nie mają nic wspólnego z realnością, z solidnością, z konkretnym miejscem w przestrzeni i czasie.

W lokalnych mediach prowadzono ostatnio dyskusje o Krakowie. Coś tam tutaj wyremontowano w tym sezonie, pozmieniano trochę porządki na Starym Mieście w związku ze świętowaniem 750 rocznicy lokacji Krakowa. Jej największymi wydarzeniami były notabene, jak wiadomo, koncerty Piotra Rubika i Ennio Morricone na Rynku. No comments.

Dyskusji w mediach pojawiło się z tej okazji wiele, choć przybierały one ton dość absurdalny. Ostatnio dotyczyły m.in. brudnych nawierzchni świeżo wyremontowanych placyków, np. Wszystkich Świętych. Okazało się, o zgrozo, że tłuste plamy pochodzą z kebabów, które turyści kupują w pobliskich punktach! Dyskusja ta akurat nieco bez sensu, bo ile tu ważniejszych spraw domagających się natychmiastowej reakcji. Dlaczego np. ohydne, wściekle niebieskie toalety Toi Toi stoją na samym środku Rynku, tuż pod Sukiennicami? Dlaczego na Rynku odbywają się ciągle tandetne, głośne imprezy, stragany bądź scena, oblepiona bannerami (takie np. było święto fundacji Anny Dymnej: wrzask i orgia konkurujących ze sobą bannerów, plakatów, standów rozmaitych firm) – zajmują całe miejsce, ledwie wydzielając go na gigantyczną głowę Mitoraja, rzuconą niczym piłka futbolowa pod Wieżę Ratuszową. Dlaczego pół Rynku otoczone jest wciąż obrzydliwym, drucianym płotem, „przyozdobionym” tablicami informacyjnymi, a do Sukiennic wejść się nie da, bo trzeba się przedzierać przez wąskie przejście, cuchnące moczem.

Wielkie elaboraty można pisać o psuciu krajobrazu kulturowego w Krakowie przez zabudowywanie wolnych miejsc hotelami i tzw. apartamentowcami, nie dopasowanymi oczywiście ani skalą, ani stylem do charakteru dzielnic. Jedyną zasadą maksymalizacja zysku. Aż chciałoby się krzyknąć: Zróbmy coś z tym! Wiem, że Łukasz Skąpski miał w planach realizację filmu pokazującego jego obywatelski niepokój jako mieszkańca dzielnicy Salwator, w której także odbywa się niszczenie starych kamienic oraz miłych zakątków. „Obywatelski niepokój” to zresztą eufemizm: Łukasz miał ujawnić swoje wkurzenie i największych jego zdaniem szkodników.

Wracając do dyskusji w prasie. W lokalnej Wyborczej (piątek, 7 września 2007) ukazał się artykuł Andrzeja Jajszczyka Kraków: 12 postulatów dobrze podsumowujący, co należy zrobić, by w Krakowie żyło się dobrze, był wciąż pięknym miastem (którym być przestaje) i by coś z niego mieli także turyści. Autor poruszył rzecz, która w Polsce w ogóle nie jest uważana za temat czy problem. Widoki. Zaproponował, by wybrać kilkanaście, kilkadziesiąt nawet ważnych, zabytkowych, newralgicznie położonych itp. miejsc w mieście i dokładnie je przeanalizować pod kątem widoków. Czy nie ma tam zbyt wielu tablic informacyjnych, czy one sobie nie przeszkadzają i nie zasłaniają widoku, czy są jakieś budy, czy inne zawadzające obiekty tzw. małej architektury, wreszcie czy nie przebiegają tamtędy jakieś linie elektryczne, które można by przeciągnąć pod ziemią. Podobno takie rzeczy robi się w krajach, które dbają o swoje zabytki, a także mają świadomość wagi krajobrazu kulturowego, np. we Włoszech czy we Francji. Uważam, że pomysł jest świetny.

1.9.07

Pewna włoska gazeta




Niedługo przyjeżdża do Krakowa Adrian Paci.

Robię mu w Bunkrze Sztuki wystawę – przedostatnią z cyklu Transkultura.

Zastanawiam się na czym polega popularność sztuki Adriana? Jej znaczenie dla ludzi Zachodu? Jej wyznacznikami są bowiem empatia i emocjonalny autentyzm. Na drugim miejscu dopiero dałabym tak łatwo dostrzeganą u niego biografię, jest to gra z nią, jednocześnie wykorzystywanie oczekiwań art worldu względem przybysza z Albanii (wszystkie te łzawe historyjki o emigracji) i rzeczywiste bazowanie przez Adriana na własnej tradycji.

Oczywiście, emigracja przysłużyła się artyście – bo dzięki niej mógł zyskać dystans do swojego języka. Mógł zatem wykorzystać w sposób twórczy pewną przestarzałość języka artystycznego, którego wyuczył się w Albanii. Świadomie odwołuje się do elementów własnej tradycji, takich jak: znaczenie rodziny i kręgu krewnych, obecności sacrum w codziennym życiu.

Nie chcę snuć tutaj rozważań na ile to jest pozą artysty, który dostał się w zachodni obieg sztuki i odpowiedź na zapotrzebowanie rynku, na ile zaś jest to autentyczne. Bo co to właściwie znaczy "autentyczne"? Jeżeli byśmy zaś próbowali definiować zachodni idiom sztuki, to doszłoby do jakiegoś absurdu: nie tylko tak doskonały i odświeżający ten idiom artysta jak Paci nie miałby tu dostępu, ale i wielu innych, także i z Polski.

Chciałabym wspomnieć o pewnej pracy Adriana: That was not a performance. Paci odkrył pewnego razu w gazecie zdjęcie. Gazeta jest dziennikiem, popularnym w północnych Włoszech. Zdjęcie zaś znalazło się tam niezależnie od woli Paciego. Otóż, widać na nim tłum ludzi. Mają to być Albańczycy czekający w dużym tłumie przed urzędem w Mediolanie, starając się o uzyskanie pozwoleń na pobyt we Włoszech bądź o ich przedłużenie.

Traf chciał, że tuż przed przypomnieniem sobie tego zdjęcia, oglądałam katalog z documenta 2002. Doskonała wystawa, świetny katalog, przypominający o wydarzeniach na świecie: na jego początku zestaw fotografii reportażowej jak z World Press Photo. Były tam też zdjęcia okrętów, dosłownie oblepionych uciekinierami z Albanii, przybywającymi do Bari.

Sam Paci zdjęcie, na którym znalazł się on sam, znalazł przypadkiem. Fragment tekstu, do którego odnosi się fotografia, mówi o separatystycznych tendencjach Italii, cytowany jest przedstawiciel Lega Nord, który mówi o oddzieleniu Padanii od reszty Półwyspu Apenińskiego i o restrykcyjnej polityce wobec uchodźców.

Ciekawa jestem co sądzi o Włoszech Adrian Paci, osiedlony w tym kraju od 1997 roku. Znalazł tutaj pracę na uniwersytetach w Bergamo i w Wenecji. Czy pomogły mu w rozwoju artystycznym, czy coś dały, ułatwiły? W wielu swych pracach (malarskich) Paci odnosi się do Pasoliniego i jego stosunku do religii. (Sam Pasolini jednak miał krytyczne spojrzenie na religię, a Chrystusa widział jako działacza społecznego).

Jeśli jednak chodzi o karierę artystyczną, nie jestem taka pewna. Paci należy bowiem do grupy artystów z Albanii, którzy skorzystali z wolności, uczestniczył w Biennale w Tiranie, współpracował z wybijającymi się wtedy kuratorami, głównie z Edi Muką. Paci i tak moim zdaniem by się wybił, jak Anri Sala czy Sislej Xhafa.

31.8.07

Patrzenie (a propos "poważnego" krytyka)

Już kiedyś pisałam na ten temat i tekst opublikowała „Twórczość”.

Patrzenie to temat w Polsce nie w pełni zrozumiany i niedoceniany. Różnica w podejściu do patrzenia w stosunku do polskich obyczajów uderzyła mnie gdy studiowałam w Rumunii. W 1995 przebywałam tam kilka jesiennych i zimowych miesięcy (termin nie jest zresztą zbyt ważny). Po prostu studia podyplomowe – Mastère - w zakresie zarządzania kulturą. Obowiązki związane ze studiami nie zajmowały mi całego czasu i korzystałam z uroków Bukaresztu na początku przemiany ustrojowej. Chodziłam do cinematheque (nie pamiętam jak to się po rumuńskn nazywało, ale było b. ambitnym kinem). Stałam się zagorzałą wielbicielką teatru, który przeżywał w tamtych latach swoje wielkie odrodzenie. Przeżywałam abstrakcyjne zupełnie doświadczenia oglądania sztuk w języku, którego zupełnie nie rozumiałam. Oglądałam tak np. Mewę Czechowa.
A jeszcze odwiedzałam artystów sztuk plastycznych w ich pracowniach. Wtedy poznałam Dana Perjovschiego i jego żonę.

Jednak i tak zostawał mi czas, który pragnęłam spożytkować zapuszczając się w miasto. Próby zanurkowania jednak w jedną ulicę dalej od głównej, przy której mieszkałam, kończyły się zupełną klęską i ucieczką. Otóż, na ulicach stali mężczyźni. Nie mieli oni nic do roboty przez cały dzień. Niektórzy sprzedawali na niewielkich straganach pestki słonecznika, wielu jednak stało w progach wejść do swoich klatek schodowych lub na chodniku. Bezbłędnie, jak w małym miasteczku lub na wsi, rozpoznawali we mnie przybysza z dalekich krain. Nie sądzę, żeby działo się to z powodu mojego typu urody. Było to raczej po ubiorze. Najśmieszniejsze jest to, że wtedy – jak i dzisiaj – cierpiałam biedę – jako kreatywno-merytoryczny pracownik sektora sztuki w Polsce. Tak więc, moje stroje a la Second Hand i India Shop, powodowały natychmiastowe rozpoznawanie mnie jako cudzoziemki. Prawodopodobnie jako tej, co przyjechała z bogatszych krajów Zachodu, co - doprawdy - pochlebiało wtedy Polsce. Mężczyźni ci mieli zwyczaj patrzeć intensywnie, z niespotykaną nigdzie siłą wzroku. Wiadomo, kraje Południa. Tak, znam to i w sumie akceptuję. We Włoszech, w południowej Francji czy Hiszpanii też ludzie - nie tylko mężczyźni – mają zwyczaj patrzeć na innych, wręcz gapić się intensywnie, nie wstydząc się ani nie spuszczając wzroku. Jednak jest w tym patrzeniu rodzaj równowagi, zaproszenia do interakcji, przyzwolenia na grę, jeśli tylko oboje patrzący są nią zainteresowani. Jeśli nie, po prostu przechodzi się dalej - i tyle. Jest w tym po prostu inne pojmowanie człowieka, którego spotyka się na ulicy: sensualność, cieszenie się życiem, ciekawość innych. Ani we Włoszech, ani we Francji, ani tym bardziej w Hiszpanii nie doświadczyłam takiej agresji i opresyjności spojrzenia. Jest w tym różnica płci, potęga pożądania, ale też świadomość, że kobiety są zupełnie nieważne i zależne od "nas" - mężczyzn (nawet tych, co cały dzień sprzedają pestki słonecznika).

Tak więc, w Rumunii, w Bukareszcie, w 1995 i 1996 roku doświadczyłam spojrzenia wygłodniałych, agresywnych samców, zdziwionych, że jakaś kobieta chodzi "luzem".

Po co o tym wszystkim piszę?
Bo ostatnio spotkałam się z pouczeniami, co powinien, a czego nie "poważny" krytyk.

Ja uważam, że poważny krytyk powinien przede wszystkim być sobą.

Nie powinien być osobą, którą obchodzą wyłącznie bieżące wystawy polskie i garstka wybranych zagranicznych; którą obchodzą wyłącznie bieżące rozgrywki; którą obchodzi wyłącznie rozdawanie cenzurek: kto w tej chwili jest najbardziej OK. Krytyk sztuki powinien być osobą nie tylko znającą dokonania współczesnej humanistyki (o co w Polsce nadal kuratorom i krytykom niełatwo), krytyk sztuki powinien być osobą wrażliwą na rzeczywistość.

Jeszcze a propos patrzenia i odwrotnej strony spotęgowanej widzialności.
Marek Wasilewski jakiś czas temu powiedział mi, że po powrocie z USA miał wrażenie przezroczystości. Ludzie na ulicach, w centrach handlowych i innych miejscach przestrzeni publicznej w Polsce patrzą i nie widzą tych, na których patrzą, przebijając ich wzrokiem na wylot. W Polsce często ma się więc wrażenie pełnej niewidzialności.

PS
Tymczasem jednak czuję się pod wyjątkową presją widzialności, bo okazuje się, że jestem czytana przez Wyjątkowo Ważne Osoby (skrót WWO).

27.8.07

Książki zmieniające życie

Istnieją książki, które mogą zmienić życie.

Koleżanka czyta Dziennik Virginii Wolf. Powiedziała, że to książka, która powiększa jej zachwyt nad życiem. Zwiększa apetyt na życie. Uczy, że można żyć wolniej i bardziej uważnie. Że można istnieć w jednej chwili i czerpać zadowolenie z jakiegoś momentu, którego zazwyczaj się nie zauważa. Picie herbaty, czytanie gazety, tego typu rzeczy. Dobre jedzenie. Niekoniecznie myślenie o czymś, może właśnie jego brak. Tak, prawdopodobnie to ostatnie zawiera to, o co chodzi. Wyłączyć się.

Brzmi to dziwnie, gdy pamięta się o chorobie i samobójczej śmierci autorki Dziennika.
A jednak. Książka uczy zatrzymania się na chwilę.

(Dużo wyjeżdżam w góry, po tlen, powietrzne widoki, kontakt z przyrodą. Zauważyłam jednak, że i tam nie potrafię wyluzować. Nie potrafię sobie powiedzieć, że teraz nie myślę. Mam takie ćwiczenie: skupić się na chwili, na oddechu, na krokach, kiedy idzie się po kamieniach, przez las. Nie jest to łatwe.)

Czy miałam książki, lub w ogóle jakieś dzieła sztuki, które wywarły na mnie wpływ? Czy zmieniłam życie lub chociażby poglądy na jakieś rzeczy pod wpływem książek lub innych dzieł?

Owszem, wiele rzeczy zwróciła mą uwagę. Pamiętam, jak ogromne i niezapomniane wrażenie zrobiła na mnie wystawa Marka Rothko, którą widziałam w Paryżu, pod koniec lat 90. Oczywiście, oszczędzało się kasę, więc katalogu się nie kupiło, co zresztą było typowym obyczajem w tamtych czasach, a teraz może nie jest? (hmmm, za dużo dzisiaj „rozsądnych” decyzji znajomych, że katalogu nie kupią, bo… nie jest interesujący), więc wystawa Rothko z gorejącymi wewnętrznym światłem obrazami pozostała w mojej pamięci. Ale mnie nie zmieniła, niedługo potem odeszłam od malarstwa.

Książki? Na pewno pierwsze lektury feministyczne. Poznałam je stosunkowo późno i miałam pewność, że czekały na mnie, poznawałam w nich swoje myśli. Pierwsza była chyba antologia Nikt nie rodzi się kobietą. Ale to jednak coś innego, to nie literatura piękna. Ze sztuki nie przypominam sobie. Mam jednak taką przypadłość, że nie pamiętam książek, które czytałam. Stąd moje pewne kalectwo w rozmowach z ludźmi. Nie potrafię przedyskutować szczegółów, zawsze mam tylko ogólne zdanie, no i wiem, czy mi się coś podobało, czy nie. Tak jest.

Pytam męża. Twierdzi, że zmieniła go biografia Bertolda Brechta, którą przeczytał w czasach licealnych. W czasie wagarów – więc spędzał je ambitnie. „Źle była napisana”, ale i tak popchnęła go do bycia artystą (cokolwiek rozumieć pod tymi słowami).

Z rzeczy dawniejszych. W czasach studiów fascynowaliśmy się Czapskim, ale nie jego malarstwem, tylko dziennikami (znowu dziennik!), tym dziełem jego życia, które przecież wcale nie było zamierzone jako dzieło, a wyłącznie jako metoda na przemyślenie czegoś, utrwalenie pewnych myśli, szkicownik, pomoc. Z czasem Dzienniki rozrosły się do tego stopnia, że stały się niezbędne, stały się nałogiem, zdominowały życie, którego miały być odzwierciedleniem. Ale tam gdzieś, lub we wspomnieniach zawartych w artykułach czy wywiadach pojawia się wspomnienie o długiej chorobie i o tym, że czas leżenia w łóżku nie był zmarnowany: Czapski przeczytał Prousta. I właśnie W poszukiwaniu straconego czasu było dla niego punktem zwrotnym, zadecydowało, że nie poświęcił się karierze dyplomaty, a artysty.

Oczywiście, istnieje też wielka kategoria książek niebezpiecznych, przenoszących złe idee, książek na indeksach, książek politycznych, religijnych, rewolucyjnych… Ale o tym kiedy indziej.

A Wy, czytelnicy, macie swoje książki, które zmieniły Wasze życie? Takie, które sprawiły, że staliście się artystami, kuratorami, krytykami? Mnie do pisania o sztuce bardzo zachęciły – to dziwne, ale tak było: wczesny tekst Andrzeja Stasiuka Ikona Marie i książki Wiesława Juszczaka, zwłaszcza jego Modernizm. Doskonale pamiętam te genialne analizy krajobrazu z szarym światłem, świata jakby ściśniętego, stłamszonego pod wpływem nadmiaru historii. To z Juszczaka, precyzja i niesłychana subtelność opisu. U Stasiuka zaś – jakaś ciemna i groźna emocjonalność, poza tym wielkie wrażenie zrobił na mnie radykalnie zrealizowany koncept połączenia sacrum z profanum. Ikony i zdjęcia pornograficzne, struktura obrazu, kompozycji, rola otworów (o otworach ciała pisała też notabene Mary Douglas w Czystości i zmazie) przyczyna ich silnego oddziaływania. Próbowałam podobnie pisać w tekście o Nowosielskim, no i tekst mi odrzucono.

Ale więcej o tym napiszę kiedy indziej, bo znowu mnie wzięło na dygresje.

Sprowadzenie do stanu dziecka

Znów o instytucjach i o władzy w ogóle. Wątek można zatytułować „Siedem grzechów głównych”. To w sumie bardzo na czasie, biorąc pod uwagę współczesne osiągnięcia kinematografii w zakresie thrillerów uwzględniających problematykę judeochrześcijańską. Biorących także pod uwagę odzywającą się właśnie potrzebę twardych wartości, temat nadzwyczaj aktualny.

Mnie zależy na zilustrowaniu systemów wartości, dróg myślenia i postępowania w instytucjach artystycznych.

Na początek zazdrość, która wydaje mi się pojęciem kluczowym przy opisie tego, czym motywowane są decyzje w instytucjach.

Więc proponuję trójcę: zazdrość, strach, nieumiejętność wzięcia na siebie odpowiedzialności. Z nich wszystkich najgorsza jest

Z A Z D R O Ś Ć.

Zazdrość nie objawia się wprost. Nie wypada się do niej przyznać, zwłaszcza wobec samego siebie. Trzeba więc ją przenieść w postaci negatywnej emocji na tego, który zazdrość i lęk wywołuje. Pojawia się więc oskarżenia o działanie na niekorzyść instytucji. Chciałabym zresztą dostać definicję pojęcia „korzyść instytucji”. Bo przecież instytucja to my, jej pracownicy, a w ogóle powinna liczyć się raczej korzyść tych, dla których działalność instytucji jest adresowana. Są przecież, w pewnym rozumieniu, instytucjami usługowymi. Nic jednak bardziej mylnego – rzeczywistość prostuje te założenia.

Instytucje to są byty okopane (już sama onomastyka wskazuje na zadziwiające uwielbienie terminologii wojskowej i defensywnej). Nastawiają się na przetrwanie: żeby nie wejść w długi, żeby robić tzw. „imprezy bezkosztowe” i żeby dodatkowo „nam wstydu nie przyniosły”. Wydaje się, że istnieją dwie wykładnie „korzyści”, zresztą nawzajem się niewykluczające. Jedna oficjalna, a zatem: nie wydawać pieniędzy (bo tworzy się dług), głosić w środowisku chwałę miejsca pracy, pracować wytrwale realizując rzeczy poniżej umiejętności, doświadczenia, kompetencji i za śmieszne pieniądze. Druga „korzyść” jest wewnętrzna, jest ona równoznaczna z korzyścią zarządców instytucji. Tak więc zarządca „realizuje” coś – jest świetnie i wszyscy uwijają się jak w ukropie przy „jego” projekcie. Szeregowy pracownik przy „swoich” projektach już nie ma tak dobrze, jest zostawiony sam sobie. Instytucja działa swoim torem, dostojnie, pouczając, co należy zrobić i egzekwując wszelkie możliwe przerwy śniadaniowe, a także usiłując zwalić maksymalnie wiele na nieszczęśnika, który ośmielił się mieć „swój” projekt. Ciekawe jest także takie zjawisko, że projekty dyrekcji są projektami instytucji, natomiast projekty pracownika są tylko „jego”, z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że zawsze traktuje się je jak wstydliwe ukręcanie jakiegoś własnego interesu, godną potępienia prywatę.

Uogólniając zatem, można powiedzieć, że działanie na korzyść instytucji to działanie wg widzimisię szefa. Szef to instytucja? Król Słońce? Raczej gra, znana i ciągle stosowana z powodzeniem.

Chcąc pracować w instytucji, musisz zaakceptować jej prawa. Musisz wejść w G R Ę.

Graj więc, że jedynie szef wie, co to jest korzyść instytucji. Graj w grę, że jesteś zawsze winny/winna. Najbardziej interesująca jest „wina” gdy nie wiesz, co jest grane. To zresztą częste. Gdy w twoim przekonaniu wykonujesz coś, co wydaje się jak najbardziej po linii instytucji, gdy wykonujesz to, do czego cię zatrudnili, ręczysz za to sobą, tymczasem – okazuje się, nic bardziej mylnego. Jak były minister Kaczmarek możesz okazać się tym złym, bo nie uprzedziłeś, że byłeś w PZPR. Tym PZPR-em dla ciebie okażą się bez wątpienia „zbytnie ambicje”. Te ambicje, udając, że tego nie robisz, musisz złożyć w ofierze instytucji: zrobić to przez nią i dla niej (dlaczego kojarzy mi się to z kultem?). Związek „zbytnich ambicji” z „korzyścią instytucji” jest jasny i też należy do porządku gry. Wiadomo, że te pierwsze nie mogą się ostać, bo świadczą o podkopywaniu wspaniałego monolitu instytucji, która nie znosi indywidualizmu w wykonaniu każdego oprócz szefa. Jednak niczym koszmaru majaczącego na horyzoncie należy wystrzegać się także „ambicji za małych”.

Jakie ambicje są więc mile widziane? Mile widziana jest – jak świat światem – gra, że jesteś głupsza / głupszy niż w rzeczywistości i że jesteś właściwie niedojrzałym, zagubionym dzieckiem we mgle, oczekującym od twego szefa nieskończonej pociechy, wsparcia, głaskania po główce – i tyle.