Publikuję list Indeksu 73, sprawa jest ważna, nie możemy sobie pozwolić na jej zlekceważenie lub wyśmianie, jak to stało się dzisiaj w Radiu Tok FM, w którym redaktorzy się nabijali z franciszkanów cenzurujących sceny w filmach Agnieszki Holland i Kaziemierza Kutza, używających do tego celu przerw na reklamę!
List otwarty w sprawie cenzury w Telewizji Puls
Telewizja Puls, której większościowym udziałowcem jest zakon franciszkanów praktykuje cenzurę obyczajową, polegającą na wycinaniu z emitowanych filmów scen erotycznych - ujawnił „Dziennik”. Ocenzurowane zostały dotąd co najmniej dwa wybitne polskie filmy fabularne: „Gorączka” Agnieszki Holland i „Perła w koronie” Kazimierza Kutza, w których sceny erotyczne zastąpiono reklamami. Telewizja Puls zrobiła to bez zgody autorów. Cytowany przez „Dziennik” Kazimierz Kutz nazwał działania Telewizji Puls „barbarzyństwem i kaleczeniem filmu”, nie wykluczył także oddania sprawy do sądu.
Indeks 73, obywatelska inicjatywa na rzecz wolności twórczej, protestuje przeciwko praktykom Telewizji Puls, które stanowią naruszenie konstytucyjnych swobód. Przypominamy, że polska Konstytucja w art. 73 gwarantuje wolność twórczości artystycznej i swobodę korzystania z dóbr kultury. Upominamy się o szacunek do dzieł polskiej kultury, do autorów i autorek tych dzieł oraz do widzów, których dostęp do sztuki filmowej został przez Telewizję Puls samowolnie ograniczony. Usprawiedliwianie cenzury troską o widza i wartości chrześcijańskie jest bałamutne, chodzi bowiem o filmy powszechnie znane, należące do klasyki polskiego kina, które nigdy nie budziły zastrzeżeń natury obyczajowej. Telewizja Puls kalecząc filmy Holland i Kutza zbliża się niebezpiecznie do standardów panujących w krajach fundamentalistycznych, gdzie panuje obyczajowa cenzura religijna.
Uważamy, że tego typu działania stanowią przykład nieuprawnionej ingerencji w prawo dostępu do kultury i sztuki oraz drastycznie naruszają prawa autorskie. Jako takie zasługują na zdecydowaną krytykę oraz stanowcze działania obywatelskie i instytucjonalne. Indeks 73 będzie dalej monitorował naruszenia wolności twórczej i praw autorskich w Telewizji Puls.
Indeks 73: Iza Kowalczyk, Iwona Katarzyńska, Marek Konkowski, Jarosław Lipszyc, Ewa Majewska, Lidia Makowska, Daniel Muzyczuk, Jacek Niegoda, Roman Pawłowski, Robert Rumas
Więcej o działaniach Indeksu 73
2.4.08
1.4.08
DZIENNIK POLKI
Zapraszam na wystawę!!!
DZIENNIK POLKI
7 – 20 kwietnia 2008
Wystawa o zderzeniu tradycji i nowoczesności, konserwatyzmu i tendencji modernistycznych, czyli o specyfice postrzegania kobiet w Polsce, o obowiązujących wzorach kobiecości, a także o tym, jak kobiety widzą siebie i mówią o sobie.
Oś tematyczną wystawy stanowi wątek autobiograficzny, auroportretu, dziennika.
Uppsala Konsert & Kongress, Vaksala torg 1, Uppsala, Szwecja
www.ukk.se
Wernisaż: poniedziałek 7 kwietnia, godz. 17.00
Godziny otwarcia:
poniedziałek – piątek: 10.00 – 20.00
sobota: 10.00 – 20.00
niedziela: 12.00 – 17.00
Wejście za darmo
Artystki:
Anna Baumgart
Karolina Breguła
Aleksandra Buczkowska
Eliza Galey
Elzbieta Jabłońska
Katarzyna Józefowicz
Malgorzata Niedzielko
Agata Nowicka
Jadwiga Sawicka
Organizator i producent: Instytut Polski w Sztokholmie: www.polskainstitutet.se,
a.tomaszewska@polskainstitutet.se
Kurator: Magdalena Ujma
magdaujma@gmail.com
Partnerzy:
Szwecja
Uppsala Konsert och Kongress
Uniwersytet w Uppsali
Länsstyrelsen i Uppsala Län (Urząd Wojewódzki Uppsala )
Regionförbundet Uppsala Län (Region Uppsala)
Konsulat Honorowy RP w Uppsali
Uppsala Kommun (Gmina Uppsala)
Ambasada RP
Showlighters
Workman
Polska
Instytut Adama Mickiewicza
Galeria Zachęta, Szczecin: http://zacheta.szczecin.art.pl/
Galeria Program, Warszawa: http://www.artprogram.art.pl/polski.htm
DZIENNIK POLKI
7 – 20 kwietnia 2008
Wystawa o zderzeniu tradycji i nowoczesności, konserwatyzmu i tendencji modernistycznych, czyli o specyfice postrzegania kobiet w Polsce, o obowiązujących wzorach kobiecości, a także o tym, jak kobiety widzą siebie i mówią o sobie.
Oś tematyczną wystawy stanowi wątek autobiograficzny, auroportretu, dziennika.
Uppsala Konsert & Kongress, Vaksala torg 1, Uppsala, Szwecja
www.ukk.se
Wernisaż: poniedziałek 7 kwietnia, godz. 17.00
Godziny otwarcia:
poniedziałek – piątek: 10.00 – 20.00
sobota: 10.00 – 20.00
niedziela: 12.00 – 17.00
Wejście za darmo
Artystki:
Anna Baumgart
Karolina Breguła
Aleksandra Buczkowska
Eliza Galey
Elzbieta Jabłońska
Katarzyna Józefowicz
Malgorzata Niedzielko
Agata Nowicka
Jadwiga Sawicka
Organizator i producent: Instytut Polski w Sztokholmie: www.polskainstitutet.se,
a.tomaszewska@polskainstitutet.se
Kurator: Magdalena Ujma
magdaujma@gmail.com
Partnerzy:
Szwecja
Uppsala Konsert och Kongress
Uniwersytet w Uppsali
Länsstyrelsen i Uppsala Län (Urząd Wojewódzki Uppsala )
Regionförbundet Uppsala Län (Region Uppsala)
Konsulat Honorowy RP w Uppsali
Uppsala Kommun (Gmina Uppsala)
Ambasada RP
Showlighters
Workman
Polska
Instytut Adama Mickiewicza
Galeria Zachęta, Szczecin: http://zacheta.szczecin.art.pl/
Galeria Program, Warszawa: http://www.artprogram.art.pl/polski.htm
Czołganie się
Myślisz: „czołganie się”, i widzisz węża, albo człowieka, choć jeśli człowieka, to rzuconego gdzieś w proch i pył, sprowadzonego do parteru, upokorzonego.
Czołganie się odnosi się do całej sfery znaczeń odwołującej się do ziemi, do zejścia do parteru, do bezpośredniego kontaktu z glebą, tak więc do zabrudzenia się, do płaszczenia się, składania hołdu, do upokorzenia. Bo czołganie się to zejście do świata robaków, płazów, wszelkiego wywołującego zazwyczaj odrazę „obrzydlistwa” ze świata biologii.
Negatywne wartościowanie tego, co znajduje się na dole, zagrzebane w ziemi lub choćby nią pobrudzone, może zmienić się, gdy uświadomimy sobie powód znalezienia się w tamtym właśnie miejscu. Gdy jest nim skradanie się, a nie składanie hołdu, gdy jest nim dbanie o własne bezpieczeństwo, gdy padnięcie na ziemię jest spowodowane sprytem, jakąś strategią, nie koncentrujemy się już na jego złej ocenie. Wtedy liczy się skuteczność.
Być może czołganie wydaje się wzbudzać tak nieprzyjemne uczucia, bo sugeruje, że niepotrzebne są nogi i ręce. Można bez nich się obyć. To przywodzi na myśl z kolei ludzi okaleczonych, ludzi-kadłubki. Blanche z niezbyt udanej książki Pier Olova Enquista „Blanche i Marie” – o Marii Curie i Blanche Witman, czasy zafascynowania spirytyzmem, histerią i radioaktywnością. Blanche traciła stopniowo części ciała, członki, ale wg książki, przyjmowała to spokojnie, oddając się rozważaniom o sile miłości. Jest także i inny przypadek – kobieta bez połowy ciała, usiłująca prowadzić normalne życie i udawać, że tak jest w porządku – z filmu Jacka Malinowskiego HalfAWoman. Obie te rzeczy wzbudziły duże zainteresowanie publiczności, może nawet niezdrową fascynację. Obie rzeczy dotyczą okaleczonych kobiet.
Wróćmy do czołgania się. Pojawia się ono co jakiś czas jako motyw u artystek. Przypominam sobie co najmniej kilka interesujących akcji. O niektórych z nich pisała Ewa Małgorzata Tatar w tekście opublikowanym w ostatnim „Czasie Kultury” (Kobieta upadła. Na ulicy, „CzK”, nr 1/2008). Pierwszym przykładem, który przychodzi mi w tej chwili do głowy jest film Anny Janczyszyn-Jaros W miasto (1993), który w latach 90. mało przez kogo widziany, obrósł sławą dzieła kultowego zwłaszcza wśród osób zajmujących się feministyczną teorią sztuki. Teraz znajduje się w Małopolskiej Fundacji Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli za jakiś czas trafi do muzeum. Jak pisze Ewa: Warto zauważyć, że performerka czołga się po […]. Czołga się zgodnie z kierunkiem ruchu, trzyma się raczej prawej niż lewej strony. Kilkakrotnie przechodzi przez jezdnię: raz na pasach i zgodnie ze wskazówkami sygnalizacji świetlnej, ale też w miejscach nieoznakowanych, gdzie zdarza jej się hamować ruch kołowy. Szczególnie ważne w tej pracy wydają się momenty konfrontacji z przechodniami, ale również fakt, że nawet jeśli w dość brutalny sposób – trzymana za kołnierz jak uczniak – zostaje usunięta z jezdni, każdorazowo artystka wraca do horyzontalnej pozycji i kontynuuje wyprawę.
Nie od razu można rozpoznać płeć performerki. Ważny w tej akcji wydaje mi się tytuł – W miasto i fakt, że „spacer” odbywa się w Krakowie. Ciekawy jest także jej upór, by powrócić do czołgania się mimo prób przywrócenia jej do stanu pionowego. Kobieta-dziwo. Artystce towarzyszyła osoba rejestrująca wszystko kamerą. Zastanawiam się jaki jest status takiej kamerzystki (była nią Alicja Żebrowska). Czy także uczestniczy w akcji, skoro agresja przechodniów była skierowana także i na nią? Czy taka osoba jest potrzebna performerce, bo daje jej poczucie bezpieczeństwa? I co by się stało, gdyby nie było osoby z kamerą? Może ludzie nie zachowywaliby się tak głupio? Przecież, przyzwyczajeni do głupawych programów typu „Uśmiechnij się! Jesteś w ukrytej kamerze!” nauczyli się uciekać przed dziwnymi wydarzeniami na ulicy, ignorować je lub reagować na nie z podejrzliwością.
Kolejny przykład czołgania się to praca artystki z Wiednia, Marlene Haring, tej samej, która była bohaterką tegorocznego Święta Kobiet w Krakowie. Marlene zrealizowała swoją akcję jako pracę dyplomową na wiedeńskiej Akademii (2006). Bardzo się różniła od akcji Janczyszyn-Jaros. Przede wszystkim była mocno uteatralizowana. Artystka przygotowała na tę okazję specjalne przebranie, pokryła całe swe ciało łącznie z twarzą długimi blond włosami, które nadały jej wygląd jakiegoś dziwacznego stworzenia, czegoś pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, samicy Yeti. Samo przejście odbywało się jako rodzaj święta lub sportowego wyczynu. Artystka szła, na pół czołgała się, na pół wlokła się na czworaka przez ulice wiodące od Akademii, przez Prater, ku własnemu domowi, który mieści się w nie najlepszej dzielnicy – tamtejszej dzielnicy czerwonych świateł. Performerze towarzyszył spory tłum dopingujących ją widzów, kamerzyści i fotografowie. Przechodnie dostawali więc sygnał, że dzieje się coś wyjątkowego, może ekstrawaganckiego, ale nie odbierali akcji jako niezrozumiałą prowokację. Powiedziałabym, że publiczność i osoby robiące dokumentację byli współautorami tej pozornie absurdalnej akcji. Miała ona również przerwę – na wizytę w atelier fotograficznym i zrobienie całej grupie kilku grupowych zdjęć z „Yeti” na czele. Całość zakończyła się wraz z wczołganiem się artystki do własnego mieszkania, wejściem do wanny i kąpielą (w futrze).
Oczywiście, akcja Haring miała również całkiem widoczne ostrze krytyczne, oprócz widocznego na pierwszy rzut oka wątku zabawowego. Ludzie się bawią, ale nagle okazuje się, że artystka wykorzystuje ich do własnych celów. Prater to przecież dzielnica zabawy. Ale tuż obok znajduje się dzielnica opanowana przez prostytucję, wielu tam emigrantów, kolorowych. Praca Haring jest bardzie zgryźliwa i chyba mniej naiwna w porównaniu z pracą Jaros. Po prostu stworzona w innym miejscu i czasie.
Film Anny Klimczak Jutro będzie dobry dzień (2006) przedstawia z kolei czołganie się po osiedlowych ulicach w spokojnej, zielonej części Warszawy jako wydarzenie humorystyczne. Wydawałoby się, że wszystkie elementy składają się na kolejne przedstawienie o kobiecie-ofierze, o kobiecej martyrologii. Oto młoda kobieta, ładnie ubrana, wyczołguje się z klatki schodowej i czołga się po chodniku. Jest słoneczny dzień, chociaż chodnik raczej jest zacieniony. Z rzadka mijają ją ludzie, reagujący raczej spokojnie i ze zdziwieniem. Artystka „przechodzi” też przez ulicę. Porusza się z coraz większym trudem. Widz zaczyna jej żałować. Nie jest jasna sytuacja kamerzysty, nie widać go na filmie, nie wiadomo czy jest widoczny ludziom na ulicy. Kobieta w końcu odczołguje się do sklepu. Wychodzi stamtąd sprzedawczyni, która… podaje jej papierosy. Artystka kładzie się na plecach i zapala papierosa. Ogląda błękitne niebo nad sobą. To wydarzenie, ta puenta wydawać się może zupełnie niepotrzebna, bo odziera całą tę akcję czołgania się z całego jej dramatycznego podtekstu (zbyt oczywistej interpretacji typu „taka jest sytuacja kobiet w przestrzeni publicznej”). Tymczasem tutaj znaleźć można subwersję wobec subwersji, gest uwolnienia się od martyrologii. Krzyk „Przestańmy przedstawiać się jako ofiary!”, ale też czy protest wobec protestu nie jest komiczny? Czy ta praca w końcu nie jest ponura? Czy czujesz się ofiarą, czy nie, to jednak leżysz na chodniku? Czy Klimczak rzeczywiście odmawia mówienia o kobiecym masochizmie?
Na koniec performance Angeliki Fojtuch … (2007). Na ulicy holenderskiego s'Hertogensbosch artystka pojawiła się cała owinięta bandażami, tylko głowa pozostała widoczna. Sytuacja podobna do tej, w której postawiła się Marlene Haring. Tyle, że tamta zachowała możliwość samodzielnej aktywności, decydowania dokąd idzie i co zrobi z towarzyszącymi jej ludźmi. Fojtach zaś pojawiła się na ulicy miasta jako jakieś dziwaczne stworzenie, dziwna ryba, kobieta-syrena. Bandaże odwołują się do okaleczeń ciała, cierpienia, bólu, choroby. Spętanie ciała artystki kojarzy się także z embalażową akcją Tadeusza Kantora, który owijał Marię Stangret. Tak więc artystka pojawiła się w przestrzeni miasta kompletnie bezbronna, zależna od przechodniów, zdana na ich łaskę i niełaskę. Warto zwrócić uwagę na ten wątek występujący w jej performance’ach. Jest to ambiwalencja, ciągłe wahanie się pomiędzy siłą i śmiałością prowokowania ludzi, a radykalną słabością, oddawaniem się ludziom, zdawaniem się na ich reakcje. Artystka znalazła się zatem na ulicy obła, pozbawiona rąk i nóg (!), nie wiadomo skąd się wzięła na ulicy i kto ją przyniósł. Jak mówią relacje z wydarzenia, była traktowana jak przedmiot, przenoszona w inne miejsce, jakieś kobiety usiłowały ją rozwijać z bandaży, a osoba dokumentująca całą akcję została zaatakowana. Znowu zastanawiam się nad statusem kamerzystki.
Obie uczestniczki wydarzenia (artystka i operatorka kamery) prowokowały ludzi do skanalizowania ich energii na niezrozumiałej kobiecie-przedmiocie, jaką się stała Fojtuch, Jak przypuszcza Ewa Małgorzata Tatar, ważna była tutaj również figura szalonej. Ważniejsze jednak są wątki bezbronności i bezwolności, opresji i niemożliwości zrobienia niczego, by się z niej wyzwolić.
Czołganie się odnosi się do całej sfery znaczeń odwołującej się do ziemi, do zejścia do parteru, do bezpośredniego kontaktu z glebą, tak więc do zabrudzenia się, do płaszczenia się, składania hołdu, do upokorzenia. Bo czołganie się to zejście do świata robaków, płazów, wszelkiego wywołującego zazwyczaj odrazę „obrzydlistwa” ze świata biologii.
Negatywne wartościowanie tego, co znajduje się na dole, zagrzebane w ziemi lub choćby nią pobrudzone, może zmienić się, gdy uświadomimy sobie powód znalezienia się w tamtym właśnie miejscu. Gdy jest nim skradanie się, a nie składanie hołdu, gdy jest nim dbanie o własne bezpieczeństwo, gdy padnięcie na ziemię jest spowodowane sprytem, jakąś strategią, nie koncentrujemy się już na jego złej ocenie. Wtedy liczy się skuteczność.
Być może czołganie wydaje się wzbudzać tak nieprzyjemne uczucia, bo sugeruje, że niepotrzebne są nogi i ręce. Można bez nich się obyć. To przywodzi na myśl z kolei ludzi okaleczonych, ludzi-kadłubki. Blanche z niezbyt udanej książki Pier Olova Enquista „Blanche i Marie” – o Marii Curie i Blanche Witman, czasy zafascynowania spirytyzmem, histerią i radioaktywnością. Blanche traciła stopniowo części ciała, członki, ale wg książki, przyjmowała to spokojnie, oddając się rozważaniom o sile miłości. Jest także i inny przypadek – kobieta bez połowy ciała, usiłująca prowadzić normalne życie i udawać, że tak jest w porządku – z filmu Jacka Malinowskiego HalfAWoman. Obie te rzeczy wzbudziły duże zainteresowanie publiczności, może nawet niezdrową fascynację. Obie rzeczy dotyczą okaleczonych kobiet.
Wróćmy do czołgania się. Pojawia się ono co jakiś czas jako motyw u artystek. Przypominam sobie co najmniej kilka interesujących akcji. O niektórych z nich pisała Ewa Małgorzata Tatar w tekście opublikowanym w ostatnim „Czasie Kultury” (Kobieta upadła. Na ulicy, „CzK”, nr 1/2008). Pierwszym przykładem, który przychodzi mi w tej chwili do głowy jest film Anny Janczyszyn-Jaros W miasto (1993), który w latach 90. mało przez kogo widziany, obrósł sławą dzieła kultowego zwłaszcza wśród osób zajmujących się feministyczną teorią sztuki. Teraz znajduje się w Małopolskiej Fundacji Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli za jakiś czas trafi do muzeum. Jak pisze Ewa: Warto zauważyć, że performerka czołga się po […]. Czołga się zgodnie z kierunkiem ruchu, trzyma się raczej prawej niż lewej strony. Kilkakrotnie przechodzi przez jezdnię: raz na pasach i zgodnie ze wskazówkami sygnalizacji świetlnej, ale też w miejscach nieoznakowanych, gdzie zdarza jej się hamować ruch kołowy. Szczególnie ważne w tej pracy wydają się momenty konfrontacji z przechodniami, ale również fakt, że nawet jeśli w dość brutalny sposób – trzymana za kołnierz jak uczniak – zostaje usunięta z jezdni, każdorazowo artystka wraca do horyzontalnej pozycji i kontynuuje wyprawę.
Nie od razu można rozpoznać płeć performerki. Ważny w tej akcji wydaje mi się tytuł – W miasto i fakt, że „spacer” odbywa się w Krakowie. Ciekawy jest także jej upór, by powrócić do czołgania się mimo prób przywrócenia jej do stanu pionowego. Kobieta-dziwo. Artystce towarzyszyła osoba rejestrująca wszystko kamerą. Zastanawiam się jaki jest status takiej kamerzystki (była nią Alicja Żebrowska). Czy także uczestniczy w akcji, skoro agresja przechodniów była skierowana także i na nią? Czy taka osoba jest potrzebna performerce, bo daje jej poczucie bezpieczeństwa? I co by się stało, gdyby nie było osoby z kamerą? Może ludzie nie zachowywaliby się tak głupio? Przecież, przyzwyczajeni do głupawych programów typu „Uśmiechnij się! Jesteś w ukrytej kamerze!” nauczyli się uciekać przed dziwnymi wydarzeniami na ulicy, ignorować je lub reagować na nie z podejrzliwością.
Kolejny przykład czołgania się to praca artystki z Wiednia, Marlene Haring, tej samej, która była bohaterką tegorocznego Święta Kobiet w Krakowie. Marlene zrealizowała swoją akcję jako pracę dyplomową na wiedeńskiej Akademii (2006). Bardzo się różniła od akcji Janczyszyn-Jaros. Przede wszystkim była mocno uteatralizowana. Artystka przygotowała na tę okazję specjalne przebranie, pokryła całe swe ciało łącznie z twarzą długimi blond włosami, które nadały jej wygląd jakiegoś dziwacznego stworzenia, czegoś pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, samicy Yeti. Samo przejście odbywało się jako rodzaj święta lub sportowego wyczynu. Artystka szła, na pół czołgała się, na pół wlokła się na czworaka przez ulice wiodące od Akademii, przez Prater, ku własnemu domowi, który mieści się w nie najlepszej dzielnicy – tamtejszej dzielnicy czerwonych świateł. Performerze towarzyszył spory tłum dopingujących ją widzów, kamerzyści i fotografowie. Przechodnie dostawali więc sygnał, że dzieje się coś wyjątkowego, może ekstrawaganckiego, ale nie odbierali akcji jako niezrozumiałą prowokację. Powiedziałabym, że publiczność i osoby robiące dokumentację byli współautorami tej pozornie absurdalnej akcji. Miała ona również przerwę – na wizytę w atelier fotograficznym i zrobienie całej grupie kilku grupowych zdjęć z „Yeti” na czele. Całość zakończyła się wraz z wczołganiem się artystki do własnego mieszkania, wejściem do wanny i kąpielą (w futrze).
Oczywiście, akcja Haring miała również całkiem widoczne ostrze krytyczne, oprócz widocznego na pierwszy rzut oka wątku zabawowego. Ludzie się bawią, ale nagle okazuje się, że artystka wykorzystuje ich do własnych celów. Prater to przecież dzielnica zabawy. Ale tuż obok znajduje się dzielnica opanowana przez prostytucję, wielu tam emigrantów, kolorowych. Praca Haring jest bardzie zgryźliwa i chyba mniej naiwna w porównaniu z pracą Jaros. Po prostu stworzona w innym miejscu i czasie.
Film Anny Klimczak Jutro będzie dobry dzień (2006) przedstawia z kolei czołganie się po osiedlowych ulicach w spokojnej, zielonej części Warszawy jako wydarzenie humorystyczne. Wydawałoby się, że wszystkie elementy składają się na kolejne przedstawienie o kobiecie-ofierze, o kobiecej martyrologii. Oto młoda kobieta, ładnie ubrana, wyczołguje się z klatki schodowej i czołga się po chodniku. Jest słoneczny dzień, chociaż chodnik raczej jest zacieniony. Z rzadka mijają ją ludzie, reagujący raczej spokojnie i ze zdziwieniem. Artystka „przechodzi” też przez ulicę. Porusza się z coraz większym trudem. Widz zaczyna jej żałować. Nie jest jasna sytuacja kamerzysty, nie widać go na filmie, nie wiadomo czy jest widoczny ludziom na ulicy. Kobieta w końcu odczołguje się do sklepu. Wychodzi stamtąd sprzedawczyni, która… podaje jej papierosy. Artystka kładzie się na plecach i zapala papierosa. Ogląda błękitne niebo nad sobą. To wydarzenie, ta puenta wydawać się może zupełnie niepotrzebna, bo odziera całą tę akcję czołgania się z całego jej dramatycznego podtekstu (zbyt oczywistej interpretacji typu „taka jest sytuacja kobiet w przestrzeni publicznej”). Tymczasem tutaj znaleźć można subwersję wobec subwersji, gest uwolnienia się od martyrologii. Krzyk „Przestańmy przedstawiać się jako ofiary!”, ale też czy protest wobec protestu nie jest komiczny? Czy ta praca w końcu nie jest ponura? Czy czujesz się ofiarą, czy nie, to jednak leżysz na chodniku? Czy Klimczak rzeczywiście odmawia mówienia o kobiecym masochizmie?
Na koniec performance Angeliki Fojtuch … (2007). Na ulicy holenderskiego s'Hertogensbosch artystka pojawiła się cała owinięta bandażami, tylko głowa pozostała widoczna. Sytuacja podobna do tej, w której postawiła się Marlene Haring. Tyle, że tamta zachowała możliwość samodzielnej aktywności, decydowania dokąd idzie i co zrobi z towarzyszącymi jej ludźmi. Fojtach zaś pojawiła się na ulicy miasta jako jakieś dziwaczne stworzenie, dziwna ryba, kobieta-syrena. Bandaże odwołują się do okaleczeń ciała, cierpienia, bólu, choroby. Spętanie ciała artystki kojarzy się także z embalażową akcją Tadeusza Kantora, który owijał Marię Stangret. Tak więc artystka pojawiła się w przestrzeni miasta kompletnie bezbronna, zależna od przechodniów, zdana na ich łaskę i niełaskę. Warto zwrócić uwagę na ten wątek występujący w jej performance’ach. Jest to ambiwalencja, ciągłe wahanie się pomiędzy siłą i śmiałością prowokowania ludzi, a radykalną słabością, oddawaniem się ludziom, zdawaniem się na ich reakcje. Artystka znalazła się zatem na ulicy obła, pozbawiona rąk i nóg (!), nie wiadomo skąd się wzięła na ulicy i kto ją przyniósł. Jak mówią relacje z wydarzenia, była traktowana jak przedmiot, przenoszona w inne miejsce, jakieś kobiety usiłowały ją rozwijać z bandaży, a osoba dokumentująca całą akcję została zaatakowana. Znowu zastanawiam się nad statusem kamerzystki.
Obie uczestniczki wydarzenia (artystka i operatorka kamery) prowokowały ludzi do skanalizowania ich energii na niezrozumiałej kobiecie-przedmiocie, jaką się stała Fojtuch, Jak przypuszcza Ewa Małgorzata Tatar, ważna była tutaj również figura szalonej. Ważniejsze jednak są wątki bezbronności i bezwolności, opresji i niemożliwości zrobienia niczego, by się z niej wyzwolić.
1.3.08
Święto Kobiet 2008

Fotografie Marlene Haring
SHOW ME YOURS, I‘LL SHOW YOU MINE
MARLENE HARING + goście specjalni: ANNA ARTAKER, GIRLS ON HORSES (Wiedeń)
1. Kraków, 7 marca 2008, 18:00 – 21:00
Anna Artaker, Marlene Haring, otwarcie wystawy
Mama’s Hostel, ul. Bracka 4 (3 piętro)
http://www.blogger.com/www.mamashostel.com.pl
2. Kraków, 7 marca 2008, od 22:00
Girls on Horses, Marlene Haring, afterparty + performance + wystawa
Piękny Pies, ul. Sławkowska 6a/1
http://www.piekny-pies.pl/
wystawy otwarte: 7–16 marca 2008
3. Bytom, 8 marca 2008, 19:00-21:00
Marlene Haring, otwarcie wystawy
Kronika, Rynek 26
http://www.kronika.org.pl/
wystawa otwarta: 8 – 31 marca 2008
MARLENE HARING
Kraków od 6 marca 2008: Cheek up! - plakaty w przestrzeni miejskiej
Kraków, od 7 marca 2008: Because every hair is different!
Teatr Nowy, ul. Gazowa 21, ściany od strony Wisły
kuratorki: exgirls Magdalena Ujma & Joanna Zielińska
http://www.marlenharing.com/
współpraca:
Austriackie Forum Kultury
(Konsulat Austriacki Kraków)
BM:UK (Bundesministerium fur Unterricht Kunst und Kultur)
Mama's Hostel, Kraków
Piękny Pies, Kraków
Teatr Nowy, Kraków
Kronika, Bytom
specjalne podziekowania dla pani Małgorzaty Lelito, Anny Tabaczkiewicz, Małgorzaty Żarczyńskiej, Sebastiana Cichockiego i Dominika Nowaka
MARLENE HARING + goście specjalni: ANNA ARTAKER, GIRLS ON HORSES (Wiedeń)
1. Kraków, 7 marca 2008, 18:00 – 21:00
Anna Artaker, Marlene Haring, otwarcie wystawy
Mama’s Hostel, ul. Bracka 4 (3 piętro)
http://www.blogger.com/www.mamashostel.com.pl
2. Kraków, 7 marca 2008, od 22:00
Girls on Horses, Marlene Haring, afterparty + performance + wystawa
Piękny Pies, ul. Sławkowska 6a/1
http://www.piekny-pies.pl/
wystawy otwarte: 7–16 marca 2008
3. Bytom, 8 marca 2008, 19:00-21:00
Marlene Haring, otwarcie wystawy
Kronika, Rynek 26
http://www.kronika.org.pl/
wystawa otwarta: 8 – 31 marca 2008
MARLENE HARING
Kraków od 6 marca 2008: Cheek up! - plakaty w przestrzeni miejskiej
Kraków, od 7 marca 2008: Because every hair is different!
Teatr Nowy, ul. Gazowa 21, ściany od strony Wisły
kuratorki: exgirls Magdalena Ujma & Joanna Zielińska
http://www.marlenharing.com/
współpraca:
Austriackie Forum Kultury
(Konsulat Austriacki Kraków)
BM:UK (Bundesministerium fur Unterricht Kunst und Kultur)
Mama's Hostel, Kraków
Piękny Pies, Kraków
Teatr Nowy, Kraków
Kronika, Bytom
specjalne podziekowania dla pani Małgorzaty Lelito, Anny Tabaczkiewicz, Małgorzaty Żarczyńskiej, Sebastiana Cichockiego i Dominika Nowaka
12.2.08
Rzym: Galeria Magazzino: Mircea Cantor

Mircea Cantor, Chaplet, 2007, odciski palców wykonane tuszem na ścianie, detal

Mircea Cantor, Gniazdo, 2007, stół do ping ponga, jajka

Mircea Cantor, Parząca kieszeń, 2007, spodnie Giorgio Armani, pokrzywa, ziemia

Mircea Cantor, Ad litteram, 2007, wydruki
***
Spełniło się moje pragnienie zobaczenia sztuki politycznie zaangażowanej.
***
Skądinąd spotkałam się w końcu we Włoszech także ze zdecydowanie krytyczną reakcją dotyczącą „mody” na łączenie sztuki i polityki. Pisałam wcześniej, że uderza mnie formalizm tej sztuki i jej uciekanie od gorących, aktualnych tematów. Jeden z najbardziej obiecujących kuratorów młodego pokolenia, Milovan Farronato, współpracujący z Galerią Miejską w Modenie i prowadzący program wystawienniczy Via Farini w Mediolanie, odniósł się do tego trendu zdecydowanie krytycznie, twierdząc, że póki tak szalenie modne będzie eksponowanie krytycznego podejścia do polityki, on nigdy kariery nie zrobi. Nie zrobi nie dlatego, że jego postawa jest aprobująca wobec tego, co dzieje się aktualnie we Włoszech, ale dlatego, że polityka nie interesuje go kompletnie. Myślę, że jest coś na rzeczy – mówiąc kolokwialnie. Wielokrotnie poruszałam w rozmowach z moimi włoskimi znajomymi sprawę nastrojów w ich kraju. Otóż, wszyscy są zmęczeni, sfrustrowani, rozczarowani, ale też nie chce im się organizować, występować publicznie, czy też próbować jakoś wpływać na zmianę sytuacji politycznej. Włochy mają – razem z Francją – najstarszy parlament w Europie. Dlaczego nie ma nowej fali? Dlaczego młodzi ludzie nie chcą działać publicznie? Dlaczego artyści się nie angażują, pozostając przy specyficznym formalizmie? Nie mam pojęcia. Możliwe, że nie chcą sobie brudzić rąk, uważając politykę za nieuczciwą z zasady, może także nie wierzą, że uda im się wysadzić z siodła stary establishment, dobrze ustawiony i wpływowy gdzie trzeba.
***
Tak więc sztukę komentującą sytuację polityczną, a konkretnie sytuację emigranta z Rumunii, zobaczyłam na wystawie Mircei Cantora w Galerii Magazzino w Rzymie.
Cantor jest znany jako zdolny i błyskotliwy artysta, umiejętnie posługujący się rozmaitymi mediami, by gorzko, sarkastycznie i z poczuciem humoru, komentować bieżącą sytuację, bycie osobą bez statusu i przynależności, poddaną jakiejś lub czyjejś władzy, mającą ciągłe poczucie zagrożenia, wykluczenia i buntującą się przeciwko temu, walcząc o własną godność. Walka ta jest jednak przełożona po prostu na gesty – pisanie sprejem po murze, drobne realizacje w dziedzinie sztuki.
W Rzymie jednak Cantor nie zabłysnął. Postawiono go chyba w sytuacji, gdy nie były kuratora ani nikogo innego, kto by go odwiódł od jakże miłej dla każdego artysty wizji – zapełnienia maksymalną ilością prac danej mu do dyspozycji przestrzeni.
Jeszcze malowidło, przedstawiające biegnące przez ściany w jednym pomieszczeniu drut kolczasty, jestem w stanie zaakceptować. Cały Mircea Cantor, prosto, dosadnie, inteligentnie. Powiedziałabym, że to malowidło nadaje sensu włoskiemu formalizmowi, pokazuje mu drogę do współczesnego świata i jego problemów. Drut został namalowany odciskami palców. Mnie się to kojarzyło z więźniami, czy uchodźcami, ludźmi ściganymi, nie mającymi praw obywatelskich.
Ale już to, co działo się dalej – tego było stanowczo za dużo i wystawa stawała się nieszczęśliwie przegadana. Tak więc, dalej znajdował się pokój wypełniony skorupkami od jajek – cała podłoga była nimi usypana. Jeśli chciało się wejść, trzeba było te skorupki rozgniatać stopami, słyszeć ich trzask. Trzeba było zatem przezwyciężyć wewnętrzny opór i uczestniczyć w dziele zniszczenia. Żeby jednak artysta poprzestał na jajkach! Niestety, w środek wstawił stół do ping ponga.
Dalej było jeszcze gorzej. W następnym pokoju wisiały spodnie Armani, a z ich kieszeni wyrastały pokrzywy. Nawet ładny obrazek, ale dlaczego obok drutu kolczastego, skorup i ping ponga? Dlaczego tyle symboli? Dlaczego nie ma spójnej opowieści?
No i na koniec zdjęcia… Przyprawiły mnie o poczucie żenady, jakby zawiódł mnie ktoś, komu ufałam. Zdjęcia przedstawiały rumuński paszport, w którym znalazły się: banknot Euro, nóż, i coś, czego już nie pamiętam, p[rawdopodobnie ze wstydu.
Na pocieszenie została mi tylko myśl, że emigranci rumuńscy mają chyba większe problemy z tożsamością niż polscy. Z drugiej strony – tego chyba jednak nie można stopniować.
Magazzino d'Arte Moderna
***
Skądinąd spotkałam się w końcu we Włoszech także ze zdecydowanie krytyczną reakcją dotyczącą „mody” na łączenie sztuki i polityki. Pisałam wcześniej, że uderza mnie formalizm tej sztuki i jej uciekanie od gorących, aktualnych tematów. Jeden z najbardziej obiecujących kuratorów młodego pokolenia, Milovan Farronato, współpracujący z Galerią Miejską w Modenie i prowadzący program wystawienniczy Via Farini w Mediolanie, odniósł się do tego trendu zdecydowanie krytycznie, twierdząc, że póki tak szalenie modne będzie eksponowanie krytycznego podejścia do polityki, on nigdy kariery nie zrobi. Nie zrobi nie dlatego, że jego postawa jest aprobująca wobec tego, co dzieje się aktualnie we Włoszech, ale dlatego, że polityka nie interesuje go kompletnie. Myślę, że jest coś na rzeczy – mówiąc kolokwialnie. Wielokrotnie poruszałam w rozmowach z moimi włoskimi znajomymi sprawę nastrojów w ich kraju. Otóż, wszyscy są zmęczeni, sfrustrowani, rozczarowani, ale też nie chce im się organizować, występować publicznie, czy też próbować jakoś wpływać na zmianę sytuacji politycznej. Włochy mają – razem z Francją – najstarszy parlament w Europie. Dlaczego nie ma nowej fali? Dlaczego młodzi ludzie nie chcą działać publicznie? Dlaczego artyści się nie angażują, pozostając przy specyficznym formalizmie? Nie mam pojęcia. Możliwe, że nie chcą sobie brudzić rąk, uważając politykę za nieuczciwą z zasady, może także nie wierzą, że uda im się wysadzić z siodła stary establishment, dobrze ustawiony i wpływowy gdzie trzeba.
***
Tak więc sztukę komentującą sytuację polityczną, a konkretnie sytuację emigranta z Rumunii, zobaczyłam na wystawie Mircei Cantora w Galerii Magazzino w Rzymie.
Cantor jest znany jako zdolny i błyskotliwy artysta, umiejętnie posługujący się rozmaitymi mediami, by gorzko, sarkastycznie i z poczuciem humoru, komentować bieżącą sytuację, bycie osobą bez statusu i przynależności, poddaną jakiejś lub czyjejś władzy, mającą ciągłe poczucie zagrożenia, wykluczenia i buntującą się przeciwko temu, walcząc o własną godność. Walka ta jest jednak przełożona po prostu na gesty – pisanie sprejem po murze, drobne realizacje w dziedzinie sztuki.
W Rzymie jednak Cantor nie zabłysnął. Postawiono go chyba w sytuacji, gdy nie były kuratora ani nikogo innego, kto by go odwiódł od jakże miłej dla każdego artysty wizji – zapełnienia maksymalną ilością prac danej mu do dyspozycji przestrzeni.
Jeszcze malowidło, przedstawiające biegnące przez ściany w jednym pomieszczeniu drut kolczasty, jestem w stanie zaakceptować. Cały Mircea Cantor, prosto, dosadnie, inteligentnie. Powiedziałabym, że to malowidło nadaje sensu włoskiemu formalizmowi, pokazuje mu drogę do współczesnego świata i jego problemów. Drut został namalowany odciskami palców. Mnie się to kojarzyło z więźniami, czy uchodźcami, ludźmi ściganymi, nie mającymi praw obywatelskich.
Ale już to, co działo się dalej – tego było stanowczo za dużo i wystawa stawała się nieszczęśliwie przegadana. Tak więc, dalej znajdował się pokój wypełniony skorupkami od jajek – cała podłoga była nimi usypana. Jeśli chciało się wejść, trzeba było te skorupki rozgniatać stopami, słyszeć ich trzask. Trzeba było zatem przezwyciężyć wewnętrzny opór i uczestniczyć w dziele zniszczenia. Żeby jednak artysta poprzestał na jajkach! Niestety, w środek wstawił stół do ping ponga.
Dalej było jeszcze gorzej. W następnym pokoju wisiały spodnie Armani, a z ich kieszeni wyrastały pokrzywy. Nawet ładny obrazek, ale dlaczego obok drutu kolczastego, skorup i ping ponga? Dlaczego tyle symboli? Dlaczego nie ma spójnej opowieści?
No i na koniec zdjęcia… Przyprawiły mnie o poczucie żenady, jakby zawiódł mnie ktoś, komu ufałam. Zdjęcia przedstawiały rumuński paszport, w którym znalazły się: banknot Euro, nóż, i coś, czego już nie pamiętam, p[rawdopodobnie ze wstydu.
Na pocieszenie została mi tylko myśl, że emigranci rumuńscy mają chyba większe problemy z tożsamością niż polscy. Z drugiej strony – tego chyba jednak nie można stopniować.
Magazzino d'Arte Moderna
4.2.08
Florencja: Palazzo Strozzi: Emocje
Maurice Benayoun, Emotional Traffic, e-traffic Mix Map, 2005, Internet, wideoprojekcja
Katharina Grosse, Picture Park, 2007, akryl na ścianie, lateks, płótno
Christian Nold, Emotional Mapping Greenwich, 2005, interaktywna wideoinstalacja
Bill Viola, Observance, 2002, wideoinstalacja, credit Kira Perov***
O wystawie w Palazzo Strozzi napiszę krótko. Lubię wystawy tematyczne, zwłaszcza takie, których temat wychodzi poza wewnętrzną problematykę sztuki, jej logiki, jej przemiany itp., ta wystawa jednak, mimo ambitnych zamiarów, była ewidentnie zrobiona pod turystów, choć w wyjątkowo nieturystycznym okresie.
Wystawa „Emotional Systems” podjęła temat związku sztuki z emocjami. Starano się temat ująć wszechstronnie. Tak więc, ważne było zarówno to, jak ważne są emocje w procesie tworzenia sztuki, jak i to jakie emocje sztuka wzbudza w odbiorze, a także jak artyści wykorzystują emocje jako materiał czy temat do swych prac. Organizatorzy wystawy podkreślają, że jest to pierwsze wydarzenie w otworzonym właśnie centrum La Strozzina, które ma być platformą dla różnego rodzaju praktyk artystycznych, które charakteryzują współczesną kulturę. Jako ważny dla samej wystawy, podkreśla się z kolei fakt, że sztuka pokazana w niej wykorzystuje współczesne badania neurologiczne.
„Systemy emocjonalne” okazują się być zbieraniną prac na temat, świecąc naiwnym dydaktyzmem i grzesząc nadmiernie rozwiniętą częścią tekstową. Przy każdej z prac, w każdej sali znalazło się bowiem obszerne wyjaśnienie. Duży tekst na ścianie, który zawierał interpretację pracy według woli kuratorów, przyciągał od razu uwagę osób oglądających i profilował jej odbiór. To jasno pokazuje, że kuratorzy ponieśli porażkę: zamiast skupić się na tym, by wystawa miała swój wyraz i mówiła sama za siebie, woleli wyjaśniać publiczności co mieli na myśli. Teksty na wystawach, to znaczy te, które niosą ze sobą wyjaśnienia idei kuratorskiej itp., uważam za wielki błąd na wystawach. Zakłócają odbiór, odbierają możliwość samodzielnej interpretacji, mają większą siłę przyciągania niż prace, więc wszyscy pędzą od razu do nich zamiast skupić się na samych pracach.
Zacznę może od prac złych. Już samo wejście było koszmarne.
Rodzaj wykresu usiłującego ująć ważność emocji w sztuce we wszystkich jej odcieniach. W rezultacie powstawał pseudonaukowy misz-masz, z którego nie zapamiętywało się nic. Ciekawszy był może zestaw cytatów ze sławnych artystów i naukowców, ale też grzeszył powierzchownością, zdania ciągnęły się przez wielką ścianę.
Najgorsze były zresztą właśnie prace na zadany temat, wykonane na zamówienie. Albo niby to naukowe podejście, z którego nie wynika nic, albo płytkie, z pretensjami do jakichś znaczeń, pretensjonalne.
Tutaj mieści się z jednej strony praca Maurice’a Benayouna Emotional Traffic (2005), a z drugiej wykonana na miejscu wielka instalacja malarska Kathariny Grosse Picture Park (2007). Francuz zajmuje się badaniem istnienia emocji, sposobu ich występowania i używania w Internecie. Bada np. częstotliwość występowania poszczególnych pojęć w sieci, a także gęstość ich występowania. Przy czym Internet porównuje do sieci neuronowej. Jego instalacja to efekt jakiejś gigantomanii o mizernych skutkach. Projekcje na ścianach pokazujące skanowanie kuli ziemskiej, kilka słów powtarzających się ciągle – np. „sad”. Do tego pretensjonalny elektroniczny podkład dźwiękowy. Ani sugestywności, ani informacji.
Grosse zajęła olbrzymią salę, w której zamkniętą przez tydzień stworzyła instalację wyglądająca jak po prostu kupa gipsu pokryta sprejowymi mazajami w stylu „action painting”. Podobno dodała również dodatkowe ściany przykrywające ściany prawdziwe, co ten gest miałby znaczyć – nie mam zielonego pojęcia.
Obronili się dobrzy artyści ze starymi pracami. Bill Viola (Observance, 2002) może nużyć powtarzalnością i patosem swoich wideo, ale jednak praca pokazująca zachowanie tłumu ludzi, którzy jakby oddają hołd komuś i którzy przeżywają prawdopodobnie żałobę – robi wrażenie. I działa na emocje właśnie.
Miałam okazję też zobaczyć, a właściwie poczuć, głośną pracę Teresy Margolles (Aire, 2003). Pusty, biały, jasny korytarz, po dwóch stronach nawilżacze powietrza rozpylające wodę, którą obmywano zwłoki w kostnicy w Meksyku; zwłoki osób zamordowanych. Ta praca została odebrana przez moich znajomych jako niezwykle estetyczna. Dla mnie – była praca o nieobecnych, praca o żałobie, wreszcie konceptualna praca o tym, jak jest odbierana sztuka. Aire nie może funkcjonować bez opisu, jest on w tym przypadku absolutnie niezbędny.
Z prac zrealizowanych na miejscu wymienię Emotional Mapping Christiana Nolda. Wolontariusze chodzili po Florencji ze specjalnymi czujnikami, które mierzyły parametry fizjologiczne ich ciał, rejestrując w ten sposób ich reakcję na różne obszary miasta. Powstała w ten sposób wciągająca mapa, pokazująca zresztą raczej codzienne życie, a nie jakieś prawidłowości, ciekawie było czytać komentarze, dlaczego ktoś w jednym miejscu poczuł się źle, a w drugim dobrze. Kłótnia i np. miłe wspomnienia z dzieciństwa. Praca raczej otwierała nas na innych mieszkańców miast, dając rodzaj jakichś indywidualnych, subiektywnych przewodników po mieście.
Palazzo Strozzi, Florencja
O wystawie w Palazzo Strozzi napiszę krótko. Lubię wystawy tematyczne, zwłaszcza takie, których temat wychodzi poza wewnętrzną problematykę sztuki, jej logiki, jej przemiany itp., ta wystawa jednak, mimo ambitnych zamiarów, była ewidentnie zrobiona pod turystów, choć w wyjątkowo nieturystycznym okresie.
Wystawa „Emotional Systems” podjęła temat związku sztuki z emocjami. Starano się temat ująć wszechstronnie. Tak więc, ważne było zarówno to, jak ważne są emocje w procesie tworzenia sztuki, jak i to jakie emocje sztuka wzbudza w odbiorze, a także jak artyści wykorzystują emocje jako materiał czy temat do swych prac. Organizatorzy wystawy podkreślają, że jest to pierwsze wydarzenie w otworzonym właśnie centrum La Strozzina, które ma być platformą dla różnego rodzaju praktyk artystycznych, które charakteryzują współczesną kulturę. Jako ważny dla samej wystawy, podkreśla się z kolei fakt, że sztuka pokazana w niej wykorzystuje współczesne badania neurologiczne.
„Systemy emocjonalne” okazują się być zbieraniną prac na temat, świecąc naiwnym dydaktyzmem i grzesząc nadmiernie rozwiniętą częścią tekstową. Przy każdej z prac, w każdej sali znalazło się bowiem obszerne wyjaśnienie. Duży tekst na ścianie, który zawierał interpretację pracy według woli kuratorów, przyciągał od razu uwagę osób oglądających i profilował jej odbiór. To jasno pokazuje, że kuratorzy ponieśli porażkę: zamiast skupić się na tym, by wystawa miała swój wyraz i mówiła sama za siebie, woleli wyjaśniać publiczności co mieli na myśli. Teksty na wystawach, to znaczy te, które niosą ze sobą wyjaśnienia idei kuratorskiej itp., uważam za wielki błąd na wystawach. Zakłócają odbiór, odbierają możliwość samodzielnej interpretacji, mają większą siłę przyciągania niż prace, więc wszyscy pędzą od razu do nich zamiast skupić się na samych pracach.
Zacznę może od prac złych. Już samo wejście było koszmarne.
Rodzaj wykresu usiłującego ująć ważność emocji w sztuce we wszystkich jej odcieniach. W rezultacie powstawał pseudonaukowy misz-masz, z którego nie zapamiętywało się nic. Ciekawszy był może zestaw cytatów ze sławnych artystów i naukowców, ale też grzeszył powierzchownością, zdania ciągnęły się przez wielką ścianę.
Najgorsze były zresztą właśnie prace na zadany temat, wykonane na zamówienie. Albo niby to naukowe podejście, z którego nie wynika nic, albo płytkie, z pretensjami do jakichś znaczeń, pretensjonalne.
Tutaj mieści się z jednej strony praca Maurice’a Benayouna Emotional Traffic (2005), a z drugiej wykonana na miejscu wielka instalacja malarska Kathariny Grosse Picture Park (2007). Francuz zajmuje się badaniem istnienia emocji, sposobu ich występowania i używania w Internecie. Bada np. częstotliwość występowania poszczególnych pojęć w sieci, a także gęstość ich występowania. Przy czym Internet porównuje do sieci neuronowej. Jego instalacja to efekt jakiejś gigantomanii o mizernych skutkach. Projekcje na ścianach pokazujące skanowanie kuli ziemskiej, kilka słów powtarzających się ciągle – np. „sad”. Do tego pretensjonalny elektroniczny podkład dźwiękowy. Ani sugestywności, ani informacji.
Grosse zajęła olbrzymią salę, w której zamkniętą przez tydzień stworzyła instalację wyglądająca jak po prostu kupa gipsu pokryta sprejowymi mazajami w stylu „action painting”. Podobno dodała również dodatkowe ściany przykrywające ściany prawdziwe, co ten gest miałby znaczyć – nie mam zielonego pojęcia.
Obronili się dobrzy artyści ze starymi pracami. Bill Viola (Observance, 2002) może nużyć powtarzalnością i patosem swoich wideo, ale jednak praca pokazująca zachowanie tłumu ludzi, którzy jakby oddają hołd komuś i którzy przeżywają prawdopodobnie żałobę – robi wrażenie. I działa na emocje właśnie.
Miałam okazję też zobaczyć, a właściwie poczuć, głośną pracę Teresy Margolles (Aire, 2003). Pusty, biały, jasny korytarz, po dwóch stronach nawilżacze powietrza rozpylające wodę, którą obmywano zwłoki w kostnicy w Meksyku; zwłoki osób zamordowanych. Ta praca została odebrana przez moich znajomych jako niezwykle estetyczna. Dla mnie – była praca o nieobecnych, praca o żałobie, wreszcie konceptualna praca o tym, jak jest odbierana sztuka. Aire nie może funkcjonować bez opisu, jest on w tym przypadku absolutnie niezbędny.
Z prac zrealizowanych na miejscu wymienię Emotional Mapping Christiana Nolda. Wolontariusze chodzili po Florencji ze specjalnymi czujnikami, które mierzyły parametry fizjologiczne ich ciał, rejestrując w ten sposób ich reakcję na różne obszary miasta. Powstała w ten sposób wciągająca mapa, pokazująca zresztą raczej codzienne życie, a nie jakieś prawidłowości, ciekawie było czytać komentarze, dlaczego ktoś w jednym miejscu poczuł się źle, a w drugim dobrze. Kłótnia i np. miłe wspomnienia z dzieciństwa. Praca raczej otwierała nas na innych mieszkańców miast, dając rodzaj jakichś indywidualnych, subiektywnych przewodników po mieście.
Palazzo Strozzi, Florencja
2.2.08
Bolonia: Mambo: Ontani




***
Jeszcze jedna wystawa w Mambo, najbardziej udana i interesująca wystawa indywidualna w bolońskim muzeum.
Pokazując retrospektwę Luigiego Ontaniego instytucja ta spełnia swoje zadania: pokazuje artystę lokalnego, ale takiego, którego twórczość daleko wykracza poza tę lokalność. Dodatkowo przywraca go życiu artystycznemu, w nowym kontekście, ale przy powracającym zainteresowaniu sztuką lat 70., kiedy Ontani debiutował.
Ontani wykorzystuje wiele źródeł inspiracji: kulturę Dalekiego Wschodu (przede wszystkim teatr), rozmaite tropy związane z okultyzmem. Wyrasta z body artu, z traktowania swojego ciała i wizerunku jako obiektu performatywnego. Jego sztuka nabywa, poprzez nagromadzenie odniesień i cytatów do przeróżnych epok z kultury, cech synkretycznej mozaiki, której spoiwem jest wizerunek Ontaniego. Natrętna obecność artysty w każdej pracy, za każdym razem w innym, ale przemyślanym do najdrobniejszego szczegółu, wcieleniu, jest męcząca i każe myśleć o o jakiejś obsesyjności.
Ontani występuje np. jako antyczna herma, jako postacie z rozmaitych mitologii - począwszy od starożytnych, po nowożytne i nowoczesne mitologie herosów, artystów czy postaci nauki. Obecność we wszystkich pracach, gra z własnym wizerunkiem, nie sprowadza się oczywiście do stworzenia sobie hermetycznej teorii o tym kim jest artysta i jaka jest jego rola. Ontani ma obsesję panowania nad wizerunkiem, kontrolowania go poprzez występowanie w nim.
Cała ta sztuczność i karnawał, jaki wnosi, lub po prostu maskarada męskości, mówi także o chybotliwości i słabości podmiotu, a także o głębszym ukrywaniu się; ukrywaniu, które przykrywa teatralizacja. tak więc mamy tu do czynienia z dwoma poziomami ukrywania się czy maskowania.
Jest to więc słabość podmiotu, którego tożsamość jest podkopana w samych jej podstawach.
tak dzisiaj interpretuję męczącą, obsesyjną, narcystyczną działalność Luigi Ontaniego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


