5.4.12
Tym razem o Muzeum Etnograficznym
Tym razem zapraszam do czytania mojego tekstu o Muzeum Etnograficznym w Krakowie!
27.3.12
Bieda
Michał Gayer, But z cyklu "Dobro". 2011
Zdaje mi się, że nie ma nic bardziej ograniczającego i bardziej odbierającego człowiekowi chęć do twórczości niż stan biedy. Permanentny brak wszystkiego obniża samopoczucie, upokarza, stawia na marginesie społeczeństwa, odbiera smak życia. Podpowiada mi to wieloletnie doświadczenie balansowania na skraju wypłacalności, widma bankructwa, które nigdy mnie nie opuszcza.
Z drugiej strony dźwięczą mi w uszach słowa znajomej, która wyjechała
do Francji i tam przez początkowe lata straszliwie biedowała. Jak ona o tym mówiła!
Z rozmarzonym wyrazem twarzy i żarem w głosie, że nigdy potem nie czuła się tak
wolna. Był to dla niej cudowny czas uwolnienia od jakichkolwiek zobowiązań
wobec społeczeństwa, który nie mógł, ku jej żalowi, trwać wiecznie.
Bieda jest także materiałem dla sztuki. Estetyka kontra etyka.
Kiedy podchodzi się do zasłonki zawieszonej na półkoliście
wygiętym pałąku, w nos uderza nieopisany smród. Tak śmierdzą niemyte od
dłuższego czasu ludzkie ciała. Odór wywołuje odruch wymiotny. Zasłonki znalazły
się w galerii. Uszyte są z zużytych i brudnych ubrań. Starych łachów, których większość z nas
brzydziłoby się dotknąć. Franciszek Orłowski uszył je z ubrań otrzymanych od
bezdomnych. Tych ubrań nie oczyścił, nie wyprał. Przechowały pamięć właścicieli,
którą nie jest bynajmniej kształt ubiorów, lecz woń.
Ubrania złożyły na patchwork, który przypomina zasłonkę z przebieralni sklepowej.
Wisząc na drążku obie poły lekko się rozchylają i zapraszają, by wejść do
środka. Ten typ przebieralni oferuje efektowną prezentację nowego stroju.
Najpierw chowasz się wewnątrz zasuwając zasłonki, potem zaś rozchylasz je – i
oto twoje nowe wcielenie w nowych ciuchach wygląda na światło dzienne.
Ubrania są jak skóra. Franciszek Orłowski prezentuje trofeum
uszyte ze skór zdartych z biedaków. Swój wyraz znajduje tutaj odraza klasy posiadającej
wobec kasty bezdomnych. Wykorzystanie to ich sposób na umiejscowienie ludzi z
marginesu w pejzażu społecznym, akceptowany przez ludzi z wyższych klas. Ale to
też znajduje się tutaj pułapka. Chcecie nas wykorzystać? To niech wam śmierdzi.
Biedą. Franciszek Orłowski posługuje się zasadą przylegania, bliskości znaczeń.
Ubrania i ubrania, Ubrania, które były niemalże przylepione brudem i marzenie o
nowym cudownym życiu w nowym atrakcyjnym przebraniu. Kurtyna ze starych spodni
i bluzek oznacza koniec końców ciało. Ciało, które nie daje o sobie zapomnieć,
choćby jak najpiękniej zakryte.
Biedą zajmuje się Michał Gayer. Wykorzystuje biedne
materiały. Rzeczy bardzo tanie lub po prostu znalezione posłużyły mu do
stworzenia innych rzeczy, które właściwie są dla nikogo i o niczym, albo które
mają sens zakamuflowany na innym poziomie niż naiwna reakcja artysty na biedę.
Jest więc but. Pojedynczy, ładny, kolorowy but sportowy. W kwiatki, robiony
ręcznie przez samego Michała Gayera. Barwne plamy, różowe i czerwone przyciągają
uwagę do egzemplarza artystycznego szewstwa. But ma specjalną podeszwę, odlaną wedle
kwiecistego wzoru z tkaniny. Ten sam kolor i ten sam wzór co materiał na buta,
który pochodził z bluzki w kwiaty kupionej w taniej odzieży.
Po co ten but? Bieda materiał plus but stworzony z ogromnym
wysiłkiem, kwiecisty i w absurdalny sposób łączący staromodny kiczowaty i ciotkowaty
w wyrazie wzór ze sportowy fasonem. Po co ten wysiłek – chciałoby się zapytać (jak
Leśmian). Czy daremny wysiłek nie jest przypadkiem bohaterem tej opowieści? Artysta
podkreśla niskobudżetowy aspekt pomysłu. Zapewne, ale zderza się on z ogromem
pracy włożonym w przerabianie bluzki na buta.
W innej powieści pojawił się napisany przez pewną kobietę list
skierowany do szerokiej publiczności aglomeracji katowickiej. List wisiał na
słupach i opowiadał o krzywdach, jakich doznała od życia. Skierowany do
wszystkich, czyli do nikogo, został przetłumaczony na angielski. Potem został
odczytany i nagrany na kasetę magnetofonową. Kaseta została umieszczona w walkmanie
z odzysku. Nagranie zostało umieszczone na wyczyszczonej kasecie, gdzieś na
czystej taśmie. Trzeba było się mocno natrudzić, by je zlokalizować. Ciekawe
czy ktoś się na to zdobył i właściwie w jakim celu. Trudno przypuszczać, by w
galerii znaleźli się w większej ilości anglojęzyczni widzowie.
Biedna sztuka nie oznacza wcale sztuki o biedzie czy dla
biednych. Nie znaczy tym bardziej sztuki krytycznej. Ta sztuka brutalnie miesza
porządki, a nad metaforę woli metonimię. Metonimię zderza z kolei brutalnym
faktem czystej egzystencji.
11.3.12
Święto kobiet
8 marca 2012
Galeria Bielska BWA, tuż przed otwarciem wystawy Agaty Zbylut "Nic nie jest takie jak mówią"
19.2.12
Skandale w sztuce - książka i wykłady
Napisałam książkę poświęconą skandalom w sztuce. To moja pierwsza książka w życiu, tym większa radość.
Autorką (świetnej!) oprawy graficznej jest Anna Mokrzycka.
Wydało Wydawnictwo Park i Szkolne PWN.
Tutaj można zobaczyć informacje.
W lutym i marcu szykuje się seria spotkań i wykładów zainspirowanych tematem książki. Będzie o skandalach - z naciskiem na wydarzenia najnowsze. Zapraszam serdecznie do uczestnictwa jeśli ktoś z państwa będzie w pobliżu!
21 lutego Galeria Miejska w Tarnowie
24 lutego Galeria Labirynt w Lublinie
5 marca Galeria Arsenał w Białymstoku
13 marca Klub Osiedlowy Wola Duchacka Wschód w Krakowie
23 marca Galeria BWA w Katowicach
szykuje się także spotkanie w BWA w Zielonej Górze - dokładne informacje zamieszczę jak tylko ustalimy datę
31.1.12
Monika Drożyńska, z cyklu Libretto
Smutna historia Halki
Niedawno, bo
tuż przed świętami, 23 grudnia, odbyła się oczekiwana i szeroko komentowana
premiera Halki. Teatr Wielki Opera
Narodowa wystawił dzieło w reżyserii Natalii Korczakowskiej i opracowaniu
muzycznym Marca Minkowskiego. Halka zebrała
w większości pozytywne recenzje, otrzymując pochwały przede wszystkim za próbę
uwspółcześnienia dzieła. Została uznana za dowód na to, że dzieło powstałe ze
szlachetnych intencji i nie lokujące się najwyżej w rankingach arcydzieł, może
dać dzisiejszym widzom coś, co ich zainteresuje. Na przykład intertekstualną
zabawę, satysfakcję estetyczną, komentarz na tematach współczesności. Joanna
Bator pisze jednak o straconej okazji, bo kiedy pierwszy akt dawał nadzieję na
ukazanie sytuacji kobiety uprzedmiotowionej, nie mającej możliwości ani
podejmowania decyzji, ani działania wedle własnej woli, to dalsza część Halki gubiła swoją społeczną wymowę w
bogactwie pomysłów inscenizacyjnych.
Pisząc te
słowa Joanna Bator nie zdawała sobie sprawy z tego, że obecna premiera Halki nie tylko zapomina o mówieniu
prawdy o położeniu kobiet, ale i w pewnym sensie – kobiety lekceważy. W pewnym
sensie, bo teraz pragnę opowiedzieć niezbyt budującą historię niezawiązaną z
samą operą, lecz z jej organizacją. Z dzisiejszą Halką bowiem wiąże się historia pewnej artystki, którą najpierw
zaproszono do współpracy, by następnie jej obecność pośpiesznie wymazać z
przestrzeni teatru i z towarzyszącej Halce
publikacji. To historia uwewnętrznionej cenzury, cenzury prewencyjnej oraz
przykład tego, jak narodowa instytucja postępuje z twórcami.
A było tak.
Na jesieni 2011 roku z Moniką Drożyńską skontaktował się kierownik Działu
Literackiego Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Zaprosił ją do współpracy
powołując się na wcześniejsze dokonania artystki. Tryb pracy został omówiony
telefonicznie i mailowo. Artystka kilka razy udała się także na osobiste
spotkanie do teatru. Umówiono się na kształt pracy, termin jej oddania,
honorarium, ustalono do czego zostanie wykorzystana. Monika miała współtworzyć
program towarzyszący inscenizacji opery Halka.
Została poproszona o wykonanie serii prac w technice haftu, które miałyby
złożyć się na wystawę w foyer, a także posłużyłyby jako materiał wizualny w
publikacji.
Wszystko
zdawało się zmierzać do szczęśliwego finału. Brakło jedynie umowy, która miała
nadejść pocztą lada dzień. Do premiery zostało niewiele ponad półtora miesiąca
czasu, pracy było multum, artystka przystąpiła więc do tworzenia haftów.
Pracowała dzień w dzień, zleciła także wykonanie pewnej ilości elementów
zaufanej współpracowniczce, pod własnym nadzorem. Dział Literacki Teatru
Wielkiego przysyłał jej wybrane fragmenty libretta, ona zaś miała wolną rękę w
ich interpretacji. Projekty poszczególnych prac były wysyłane do teatru i nikt
nie miał zastrzeżeń co do ich zawartości. Co więcej, osoby, z którymi artystka
bezpośrednio się kontaktowała, twierdziły, że projekty zostały podane do
wiadomości dyrekcji.
Gotową serię
dzieł artystka przesłała do Teatru. Na niewielkich obrazkach wyhaftowane
zostały kompozycję tekstowo-wizualne. Elementy wizualne to odrobinę zmienione
logotypy sieci handlowych, a także symbole polityczne. Całość nawiązuje do
publicystycznych plakatów i afiszy. Założeniem było dodanie do Halki współczesnego, krytycznego
komentarza.
I tutaj
zaczyna się coś bardzo dziwnego. Prace, dostarczone w terminie, zawisły na
jakiś czas na ścianie foyer. Obecnie jednak na żadnej ścianie, do której można
się dostać, nie wiszą. W tajemniczy sposób zniknęły też z programu. W tej
chwili Monika Drożyńska nie istnieje jako artystka zaproszona do współpracy
przy inscenizacji Halki w Operze
Narodowej. Nie dostała żadnej informacji o przyczynach zdjęcia wystawy i
wycofania z druku ustalonej wersji programu, do której stworzyła część
wizualną, dopiero zaś miesiąc po tajemniczym zniknięciu dzieł, dostała
wiadomość o planowanym ich odesłaniu do niej.
To, co
oficjalnie wiadomo, to po pierwsze fakt, że prace zostały zamówione; po drugie,
że zostały dostarczone, a po trzecie, że nie wiadomo było co się z nimi stało i
z jakiego powodu zniknęły. Pewne jest spowodowanie nieobecności Moniki
Drożyńskiej z inscenizacji Halki jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pewne jest niestety, że wystawy nie ma w
foyer, jak również nie uświadczysz jej prac w programie. Prawda, drogą
nieoficjalną dotarły do artystki skąpe informacje. Jej wystawa została zdjęta w
dniu konferencji prasowej z powodu dyspozycji wydanej – jakże by inaczej –
ustnie przez pełnomocnika dyrektora naczelnego Katarzynę Nowicką. Przyczyną
usunięcia prac miała być obawa przed niepoprawnością polityczną i sprawami
sądowymi. W ostatniej chwili Opera Narodowa zmieniła drukowany program, żeby
wymazać obecność niepoprawnych jej zdaniem prac.
Do dnia
dzisiejszego Monika Drożyńska nie została oficjalnie poinformowana przez Teatr
Wielki Operę Narodową ani o samym fakcie usunięcia prac, ani o przyczynach tej
decyzji. Zamiast komentować tę sytuację (nie znam bowiem stanowiska
dyrekcji), pragnę pozostawić czytelników z kilkoma pytaniami. Po pierwsze, czy
przypadek Moniki jest odosobniony, czy Teatr Wielki Opera Narodowa zwykł w ten
sposób postępować ze wszelkimi artystami z nim współpracującymi? A jeśli nie,
to jakie jest kryterium, doboru „lepszych” i „gorszych” artystów? Następnie
cisną się na usta pytania o to czy przedstawiciel instytucji narodowej
(publicznej po prostu) może sobie pozwolić na podejmowanie decyzji, która jest
zaprzeczeniem dotychczasowych zobowiązań tej instytucji i która nawet w
minimalnym stopniu nie szanuje ani pracy zaproszonego autora, ani samej jego
osoby? Czy pełnomocnik dyrektora może podejmować decyzje w kwestii oceny
poprawności politycznej dzieła? Czy może to czynić jednoosobowo i nie tłumaczyć
przed nikim z tej decyzji?
Ta historia –
jak widać – nie ma happy endu. Jak to zwykle z historiami cenzury bywa.
2.1.12
Widzenie Ezechiela
Zobaczone 1 stycznia 2012 na znaku drogowym, po wyjeździe z wiaduktu na Miodowej, tuż obok muru nowego cmentarza żydowskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



