16.5.13

Bezbrzeżna nuda krytyki

Publikuję na blogu coraz rzadziej. Mówiąc szczerze, ostatnimi czasy moja aktywność kompletnie zamarła. A przecież dzieje się mnóstwo, do tego stopnia, że nie trzeba nawet nigdzie wyjeżdżać, bo pod nosem odbywają się wydarzenia godne odnotowania, zaopiniowania, dyskusji. Taki „Powrót do domu” opisany przez wszystkich („Obieg”, „Dwutygodnik” i „Magazyn Szum” plus Facebook i blogi). Zdecydowanie zrobił się… nomen omen… szum godny zresztą lepszej sprawy. Mnóstwo innych rzeczy. Choćby i ta, że na Zabłociu, przy samym Mocaku, pokazuje się spreparowane ciała chińskich skazańców. O wystawie, która jest reklamowana obficie w tramwajach jako edukacyjny cud ("Poznaj tajemnice ludzkiego ciała") i na którą chodzą wycieczki szkolne, cicho, oprócz niewielkiego pojękiwania na początku. Notabene, jest zlokalizowana tam, gdzie wielu artystów ma pracownie. Była Fabryka Miraculum, na Zabłociu, rzut beretem od Mocaku, gorzej: równie niedaleko od tzw. Fabryki Schindlera. Z innych rzeczy dziejących się TERAZ: wystawa Dwurnika w Narodowym (z kabotyńskimi, jak zwykle, wywiadami z autorem), nieszczęsna „Ekonomia i sztuka” otwarta prawie bez PR i wstydliwym cichaczem w Mocaku. Cały Miesiąc Fotografii, który śledziłam… w radiu. Znajomi przyjechali z Warszawy, popędzili oglądać wystawy poświęcone innemu spojrzeniu na modę w ramach Miesiąca. Znakomicie. Sama też się pofatyguję, ale incognito. Nie lubię otwarć. 

I przecież cała Wenecja. Wenecja, do której polecieć miał cały samolot polskich kuratorów. Tonąca Wenecja, która jakimś cudem jeszcze unosi się na powierzchni laguny jak mocno przybrudzona porcelanowa zastawa. Nieraz pisałam co sądzę o fetyszyzmie Biennale Weneckiego w polskim życiu art. Tymczasem w tym roku mamy po prostu nadreprezentację Polaków. Polska "reprezentacja" to wszak nie tylko dzwony Smoleńskiego, ale i kamikadze loggia kuratorowana przez Joannę Warszę, jeszcze i światowy sznyt Adama Budaka, a także udział Karoliny Breguły w rumuńskim pawilonie godzien jest odnotowania jako zwycięska obecność polskiej sztuki (piszę to z całą świadomością ironii), tam, gdzie króluje w tym roku Massimilano Gioni. No i oczywiście Fundacja Signum, i przeczytacie od sprawozdawców co jeszcze. Polska potrzeba symboli prestiżu i akceptacji w pełnej krasie. Mówił kiedyś znajomy Włoch od lat żyjący w Polsce, że z polskich mediów nijak dowiedzieć się o przebiegu międzynarodowych wydarzeń sportowych, jak i katastrof, bo media koncentrują się wyłącznie na udziale Polaków. Taki sam mechanizm dotyczy Biennale w Wenecji, poruszającego – jak widać – ważną potrzebę duszy polskiej.

Cieszę się oczywiście z sukcesów koleżanek i kolegów (także z Biennale Architektury), lecz śmieszy mnie drobiazgowe wyliczanie udziału Polaków i całe to napinanie muskułów. W gruncie rzeczy, Wenecja jest dla mnie ważna z zupełnie innych powodów. Ze względu na historię osobistą (byłam tu przewodnikiem), a także faktu, że mój ulubiony eseista Giorgio Agamben i mój ulubiony artysta Adrian Paci tutaj pracowali bądź nadal pracują. Trochę znaczy dla mnie fakt, że Donna Leon napisała serię kryminałów, ulokowaną właśnie tutaj, a zarabia nimi – jak twierdzi – na utrzymanie barokowej orkiestry. Jej uwaga, że Brunetti szybko przemykał ulicami i zastanawiał się na ilu to zdjęciach z całego świata widnieje w tle, widnieje w moim notesie z ważnymi cytatami czekając na wykorzystanie w jakimś tekście. Plus sztuka dawna. Plus społeczna i polityczna historia Wenecji dzisiaj.

Dla mnie dające do myślenia i ekscytujące wydarzenia działy się ledwie poza opłotkami Krakowa, ale  i to niedaleko. Nowy Sącz i Tarnów. Wzruszająca wystawa Grzegorza Sztwiertni w Nowym Sączu i otwarcie nowej siedziby BWA w Tarnowie. Pokazanie młodzieńczej twórczości artystów w zaawanswanym już wieku oraz młodość w pełnej krasie (nostalgia za młodością?).

*
Powodem mojego milczenia nie jest zatem zanik ciekawości czy zwątpienie w odzew czytelników albo - co gorsza! - brak tematów. Powodem nie jest, jak to niektórzy sądzą, wyczerpanie się możliwości krytyki internetowej, czyli tej od szybszego odzewu, bardziej bezpośredniej i szybszej w komunikowaniu własnych idei. Powodem jest co innego, ale w gruncie rzeczy bardzo znajomego: narastające od kilku lat poczucie jałowości krytyki artystycznej w ogóle, takiej, jaką przyjęliśmy akceptować jako krytykę. Kompletny brak twórczej iskry takiej krytyki, bezbrzeżna nuda i jej przewidywalność. Nie mam ochoty uczestniczyć w dyskusjach, które są pozorne i salonowe. Nie chce mi sie pisać o tych wystawach, co do których wszyscy czują się zobligowani do pisania. Nie mam ochoty pisać o wystawach, o których nikt nie pisze, bo to tak samo nie ma siły oddziaływania. W ogóle nie widzę sensu pisania o jakichkolwiek wystawach. Jedyne pytanie, jakie ciśnie mi się na usta (po wieloletnich doświadczeniach z instytucjami artystycznymi), to po co w ogóle wystawa. W tej chwili jedną z kilku sensownych opcji uprawiania krytyki wydaje mi się stawianie pytań dlaczego wszyscy piszą akurat o TEJ wystawie i dlaczego się nad tym wyborem nie zastanawiają, dlaczego też nie myślą w ogóle "po co wystawa oraz po co TA wystawa". 

Oto pytania, jakie sobie stawiam. Jaki jest cel działalności krytyka? Do kogo jest adresowane to, co piszemy, filmujemy, nagrywamy? Czemu sluży krytyka, jak się lokuje w mechanizmie funkcjonowania sztuki i wobec rynku? Do kogo to w ogóle dociera oprócz wąskiej garstki zainteresowanych wewnętrznymi, środowiskowymi rozgrywkami? Co zrobić, żeby krytyka nie kończyła się na samych krytykach i zainteresowanych artystach? Jaki to ma oddźwięk w świecie? Czy zmienimy ludzi, czyli - wedle naszej nomenklatury - odbiorców? I czy chociaż przyczynimy się do ruchu myśli wokół sztuki, otworzymy oczy temu i owemu? 

*
Niedługo wystartuję z nowym błogiem. Dam znać. 

27.1.13

Lajfstajl

A gdyby tak zająć się stylem życia krytyczki i krytyka? Wpadły mi w oko uwagi Izy Kowalczyk o wyprawach na biegówki. Krótkie wzmianki, niby nic ważnego, a jednak – służąc jako usprawiedliwienie dla przerwy w pisaniu na bloga – zyskiwały na znaczeniu. Ja bym nie napisała w takim wypadku nic. (Hmmm, a może warto bym i ja jakoś się usprawiedliwiała? Np. nie napisałam już do was od miesiąca, bo zapisałam się na kurs śpiewu operowego, drodzy czytelnicy?) Wracając jednak do uwag o nartach biegowych. Ich wagę wzmacniało dawkowanie, rzucona w pośpiechu wzmianka rozbudzała ciekawość i sprawiała, że dopowiadało się resztę. Oczami wyobraźni widziałam autorkę bloga prowadzącą zdrowy styl życia, a troska o kondycję fizyczną sprawiła, że w innym świetle ujrzałam także i jej pisanie. Jako świadome poświęcenie jakiejś ilości swojego czasu, po prostu, bez nadmiernego angażowania się (oczywiście, nie odmawiam Izie emocjonalnego podejścia czy pasji), ale jednak jako efekt profesjonalizmu i kontroli nad tym, co się robi. Inaczej byłoby gdybym wiedziała, że się zaniedbuje i czas spędza zażywając niezdrowych używek, bez nawet znikomej dawki samodyscypliny. Figura „krytyka przeklętego” nie ma tutaj ani cienia szansy na urzeczywistnienie.

Pojawia się za to jakże cenna umiejętność dzielenia czasu na pracę i życie prywatne. Nie wszystkie krytyczki i nie wszyscy krytycy tak potrafią. Z własnych obserwacji wysnuwam wniosek, że umiejętność ta zwiększa się z wiekiem. Początkowo jednak bywa katastrofalnie. Niekończąca się praca w każdym miejscu i o każdej porze dnia i nocy. Często mówi się przecież, że specyfiką naszego zawodu jest niemożliwość wytyczenia linii podziału, gdzie kończy się aktywność zawodowa i gdzie zaczyna się życie prywatne. Innymi słowy, to umiejętność powiedzenia „nie”.

Z jednej strony, zaangażowane postawy dyktują pasja i zaangażowanie, specyfika dyscypliny, która jest pracą twórczą, humanistyczną, z drugiej jednak taki sposób działalności najmocniej wypala, ponieważ nie potrafisz postawić granicy i powiedzieć „koniec, teraz mam czas dla siebie”. Gdy się zastanowić, to jest to właściwie niezły sposób na drenowanie energii z ludzi, niezły sposób wyzysku pracowników i prędkiego doprowadzenia ich do kresu możliwości. Często w pracy spotykamy się wszak z takim postawieniem sprawy: z poczuciem nieustannego wymieszania, przyjaźnienia się z ludźmi, którymi się zajmujesz zawodowo, z łączeniem wyjazdów na wakacje z Biennale Weneckim (tradycyjny cel masowych pielgrzymek polskiego świata sztuki) i nieustanne poczucie bycia w pracy, niosące ze sobą w efekcie zmęczenie, zmęczenie i jeszcze raz zmęczenie.

Dobra kondycja fizyczna i bycie krytyczką / krytykiem? Czy taka osoba ma w ogóle szansę na wiarygodność? Krytyczki i krytyków kojarzy się zazwyczaj z tymi, co uprawiają nasiadówy w knajpach, plotkując i przesiadując długo w noc w niedoświetlonych miejscach, gdzie spotyka się artystyczne środowisko. Jeśli jednak rzeczywiście poznać style życia krytyków i to w jakiej przedziałce społecznej się sytuują, to widać chyba raczej biedę, brak perspektyw i jałowość własnej działalności: kompletny brak poczucia tego do kogo się feruje oceny i w jakim celu. Krytyka jest rodzajem środowiskowej gry, albo – co jeszcze gorsze – rytuału. Taki krytyk bardziej niż w knajpie i bardziej niż w galerii czy pracowni artystów, siedzi przy kompie. To on jest źródłem jego wiedzy i skarbnicy społecznych zachowań.

A w aktywności fizycznej da się wiele wycisnąć dla różnych potrzeb. Można biegać maratony, można pływać, można uczęszczać na siłownię, grać w gry zespołowe. Ta ostatnia opcja w moich oczach odpada, zespołowość nie rymuje się z krytykami. Tutaj może nie tyle agresja, co ćwiczenie sobie a muzom, ale przy innych, bez ich udziału, bez współzawodnictwa, ale i konieczności współpracy. Biegówki akurat się w takie wymagania wpisują, ale i maratony i zwykły, pospolity fitness.

8.1.13

Krytyka instytucjonalna

Krytyka instytucjonalna w Polsce ma się dobrze. Krytyka instytucjonalna w Polsce nie istnieje.
Oba te zdania są prawdziwe. Z krytyką instytucjonalną w Polsce dzieje się bowiem coś dziwnego, co wiele mówi o obyczajach i poglądach środowiska związanego ze sztuką najnowszą. Krytyka instytucjonalna ma się całkiem nieźle wśród artystów. Ale krytycy i teoretycy nie są nią zainteresowani. Żeby być pewnym o czym mowa: za cel krytyki instytucjonalnej uważam przemyślenie istoty instytucji w ogóle. Aby to zrobić, trzeba najpierw zabrać się za analizę już funkcjonujących instytucji, ich organizacji, zarządzania, programowania, miejsca w społeczeństwie, rodzaju relacji z artystami, jakie utrzymują.

Gdyby spróbować ułożyć antologię instytucjonalnej krytyki w Polsce, pojawiłyby się trudne do pokonania przeszkody. Brak tekstów, ale sporo prac artystycznych. Być może artyści mają po prostu wiele do zyskania, krytycy zaś – odwrotnie, wiele do stracenia, zajmując się instytucjami. Przyczyny ostentacyjnego désinteressement krytyków były po 1989 roku na pewno różne, lecz skutecznie odbierały chęć do zabrania głosu. Blokady takie, jak obyczajowa czy środowiskowa, działały i wciąż działają bardzo skuteczne. Bo nie wypada, bo takie tematy nie uchodzą za poważne. Do refleksji na serio „nie zalicza się” zatem analiza działalności istniejących galerii, centrów, muzeów, w tym pisanie o powszechnym w polskich instytucjach złym zarządzaniu, o braku kontroli czy raczej ewaluacji, o śmieciowych płacach, o mobbingu. To z jednej strony, bardziej doraźnie, nie pisze się jednak też o przyczynach takiego stanu. A to z kolei byłaby baza do dalej idących analiz, tych o samej instytucji i instytucjonalności.

Jest to typowy „świat nieprzedstawiony”, białe pole pozostawione przez krytyków. Nie mamy więc relacji z gorącego czasu przemian po 1989 roku. Z tego, jakim metamorfozom ulegały instytucje, metamorfozom wymuszonych przez mnożące się w nowym państwie regulacje prawne. Nie dostrzegając jakie siły się ścierały w ich obrębie i czyje interesy zwyciężyły, oddaliśmy władzę nad instytucjami urzędnikom i politykom. To wymowne milczenie uzasadniano przy tym argumentem racjonalności „opisywanie instytucji: a co to za temat wynikający z negatywnego nastawienia, odgrywanie prywatnych żali i emocji”. Na pewno brakowało narzędzi do analizy, zasadniczo jednak nie rozumiano potrzeby takiego rodzaju krytyki, co więcej wzbudzał on lęk.

Tymczasem krytyka instytucjonalna to rodzaj lustra kontrolnego, niezbędnego do właściwego życia instytucji, a także istotny składnik życia artystycznego. Gdy nie masz w głowie wizji instytucji idealnej, gdy nie zastanawiasz się po co działasz i dla kogo, stajesz się jak okręt bez steru, błąkasz się bez celu (bądź ten cel skrzętnie ukrywasz). Gdy nie masz możliwości o tym dyskutować, gdy nie musisz bronić swojej polityki prowadzenia instytucji, ruch myśli zamiera i znika to, co twórcze. Ludzie (bliższe i dalsze kręgi publiczności) czują, że instytucja nie działa dla nich, a jedynie siłą rozpędu, sama dla siebie.

Każdy z krytyków jest uwikłany. Strach przed zarzutami o bycie „zależnym” to ważna przyczyna milczenia. Mało kto może pozwalać sobie na ominięcie zarzutów stronniczości czy nielojalności, z przyczyn ekonomicznych prawie każdy krytyk pracuje bowiem w jakiejś instytucji. Stąd łatwo mu zarzucić, że występuje w jej interesie, ewentualnie że okazuje się nielojalny. I takim sposobem w polskiej sztuce całe połacie zjawisk, wydarzeń, polityk i miejsc pozostają przemilczane. Za mały rynek pracy, za wąski obieg pieniędzy, zbyt zabetonowany układ. (Czy za mało pieniędzy – mam wątpliwości, moim zdaniem, wiele środków na kulturę jest źle dystrybuowanych, wiele się marnuje.) Swoją drogą, „niezależność” krytyki, to szkodliwy mit i kaganiec na niewygodnych autorów.

Tutaj zwrócę uwagę na zjawisko anonimowej krytyki w Internecie. Powstaje ona w reakcji na milczenie w tej sferze. Przybiera formę krytyki instytucji, i to instytucji niezwykle konkretnej. Wystarczy wspomnieć zjawisko nieoficjalnych blogów wokół muzeów, z których najbardziej znane zajmowały się komentowaniem życia Muzeum Narodowego w Warszawie. Autorami byli nieujawnieni z imienia i nazwiska pracownicy instytucji. Dwa poprzednie blogi zostały zamknięte staraniami dyrekcji placówki. Nic dziwnego, są one niewygodne, bo szkodzą oficjalnemu wizerunkowi muzeum. Ujawniają wewnętrzny konflikt w instytucji, jej ciemne strony, zawierają niekiedy materiały plotkarskie, ubarwione emocjami, czasami wręcz obraźliwe i zawierające personalne ataki. Mówią jednak o czymś niezwykle ważnym. O braku forum, o braku miejsca na dyskusję o instytucjach, w samych instytucjach i poza nimi, o przymusowym milczeniu pracowników. Istnienie blogów tego typu (należał do nich zlikwidowany blog o Muzeum Etnograficznym w Warszawie), a także nieoficjalnych facebookowych fan page’ów, z których bodajże najbardziej znanym są „Podpisy pod obrazkami w Mocaku”, wzięło się z poczucia bezradności wobec arbitralnych, odgórnych decyzji dotyczących instytucji i nie uwzględniania potrzeb ani osób a niej pracujących, ani odbiorców. Oznaczają wadliwie działającą komunikację wewnętrzną danego miejsca. Zajmują miejsce nieistniejących teoretycznych i praktycznych ujęć, nieistniejącej agory, gdzie każdy miałby szansę wziąć udział w rozmowie. Tym sposobem sytuacja przenosi się na poziom plotek, anonimowych złośliwości, w których cieniu kryje się zasadnicza merytoryczna krytyka. Także i ona przecież znajduje się na nieoficjalnych blogach, stronach czy profilach.

*
Artyści nie boją się krytyki instytucjonalnej. Krytykują wnikliwie i boleśnie. Zrobił się z tego już cały nurt, stare-nowe zjawisko. Ten potencjał nie był do tej pory w pełni dostrzegany. Tymczasem przykłady można mnożyć. Od Supergrupy Azorro poprzez alternatywne działania Janka Simona czy liczne prace Anety Grzeszykowskiej. A to przykłady tylko najbardziej mi znane i bliskie. Artyści traktują z humorem, filtrują poprzez siebie, mają ambiwalentny stosunek do instytucji: są ważne, ale można sobie bez nich poradzić (naprawdę? A może, jak twierdzi Andrea Fraser, instytucje to my?). Ale to już temat na odrębny wpis blogowy.

13.12.12

O młodych artystach, instytucjach i performance

Opublikowałam właśnie tekst poświęcony młodemu performance i w ogóle naszemu zapotrzebowaniu na młodych artystów. Problem zapotrzebowania na rynku, jak i pasożytowania instytucji kultury na młodych domaga się właściwie oddzielnych rozwinięć. Pracuję nad nimi.

Jeszcze postscriptum do tekstu. Dopiero po publikacji zorientowałam się, że pominęłam jedno ważne dla mnie wystąpienie, Grzegorza Bożka. Nie wiem jak to się stało. Zapewne to ominięcie coś oznacza, przede wszystkim pewnie to, że nie pasowało do moich wywodów. Złapałam się więc we własną pułapkę spójności (o której wspominałam zresztą w tekście), ale to dobrze, że krytyczka może dopowiadać / uzupełniać tekst. Pozostaje otwarty.

To był performance opowiadany. Grzegorz snuł opowieść, zapętloną, dygresyjną o tym, co mu się zdarzyło, mówił w pierwszej osobie i kierował się do konkretnych "nas". Zwracał się do publiczności bezpośrednio. Było o miłości, o pożądaniu, o rozmowach na ważne tematy z ludźmi. Ważny był język ciała performera. Pochylał się nad nami, jakby frunął na skrzydłach opowieści lub jakby pływał w żywiole opowieści. Dla mnie jeden z lepszych performensów "Akcji 27", szkoda mi było, że tak szybko się skończył.


"Akcja 27". Ćwiczenia z performansu i zapotrzebowanie na młodych



19.11.12

W polskiej sztuce zdarzył się sukces do tej pory niespotykany



Wystawa Aliny Szapocznikow w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA):

W niedzielę polskiej sztuce wydarzył się sukces wcześniej niespotykany. Otwarto wystawę Aliny Szapocznikow w nowojorskim Museum of Modern Art. A u nas za jej sprawą odczarowany zostaje termin "socrealizm". 
...
To wydarzenie - polska artystka została doceniona w miejscu, które wyznacza hierarchie i sankcjonuje wartości. Nie bądźmy jednak aż tak z siebie zadowoleni. ...
...
Dla polskiego widza to jakaś abstrakcja: co zmienia fakt, że na Zachodzie dostrzegli nagle to, co my wiedzieliśmy już dawno - że Szapocznikow wielką rzeźbiarką była. 
(Dorota Jarecka, "Gazeta Wyborcza")

A&B: Jak wiadomo, wystawa w MoMA jest rodzajem sakralizacji artysty, obojętne – żyjącego czy nieżyjącego. Jesteś już spokojna, że Szapocznikow weszła do panteonu wielkich artystów XX wieku?
AR: To był cel bardzo wielu osób, niewątpliwie mój również, bo fakt, iż Alina nie znalazła dotychczas należnego miejsca w historii sztuki światowej, był krzywdzący. Obecnie trudno jednak przyjąć założenie, że sprawa została „załatwiona”. …
A&B: Jak myślisz, dlaczego Szapocznikow – mimo wyjazdu do Francji i tego, że nieźle tam funkcjonowała, miała liczne wystawy – sukcesu nie odniosła?
AR: Była zaproszona na dOCUMENTA, ale nie zdążyła w nich wziąć udziału.
(Z Andą Rottenberg rozmawia Bogusław Deptuła, "Art & Business")

Alina Szapocznikow wchodzi do światowej historii sztuki 
...
Wielka wystawa w Nowym Jorku
To pierwsza tak wielka prezentacja twórczości polskiego artysty w tym muzeum i pierwsza tak znacząca współpraca MoMA z polskim muzeum. 
... 
Mytkowska zwróciła uwagę, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku to wyjątkowe miejsce. - Artysta, który ma tam wystawę indywidualną wchodzi do międzynarodowej historii sztuki - i tak się stało z Aliną Szapocznikow. ... (em, pap. "Wprost")
Ameryka jest gotowa na Szapocznikow (Alan Lockwood rozmawia z Cornelią "Connie" Butler, dwutygodnik.com, nr 95)


Może ktoś przypomni mi definicję dyskursu postkolonialnego?

2.10.12

A gdyby tak... Próba krytyki instytucjonalnej



Laboratorium / think tank z udziałem specjalistów z Armenii, Czech, Holandii, Polski, Słowenii, Słowacji, Walii i Włoch poświęcone jest stworzeniu projektów przyszłej instytucji / instytucji marzeń, jaką może się stać Labirynt w Lublinie.



A gdyby tak… Instytucja: alternatywny scenariusz

Galeria Labirynt, Lublin

5-7 października 2012


Kuratorki: Anna Smolak, Magdalena Ujma
Kuratorka ze strony Galerii Labirynt: Magdalena Linkowska



Warsztaty wokół instytucji marzeń są próbą konfrontacji pojęć z obszaru krytyki instytucjonalnej z indywidualnymi praktykami i postawami w odniesieniu do instytucji kultury. Będziemy zastanawiać się czy model instytucji  zaprzecza idei pracy twórczej i czy w instytucję sztuki wpisany jest permanentny konflikt, kryzys, a także jak można sobie z nim radzić i konstruktywnie wykorzystać.



Mając świadomość uwarunkowań, które determinują funkcjonowanie współczesnych instytucji (wpływ polityki kulturalnej, hierarchie oraz strategie władzy, ograniczenia ekonomiczne, polityka informacyjna a także kontekst historyczny i geograficzny) chcemy oddać pole wyobraźni i potraktowań galerię jako instytucję potencjalną, mogącą przyjąć różnorodne formy, zależnie od woli, aspiracji, wiedzy i potrzeb uczestników naszych spotkań. 

Równocześnie realizując projekt w odniesieniu do konkretnego miejsca, Galerii Labirynt, wierzymy w siłę genius loci i jego oddziaływanie na zachodzące wewnątrz procesy.
Interesują nas różne modele pracy i współpracy; tworzenie wspólnoty i kolektywne poszerzanie zakresu posiadanej wiedzy, a także zdobywanie samoświadomości poprzez kontakt, rozmowę, twórczą konfrontację.

Zapraszamy do stworzenia artystycznego „think-tanku”, generatora koncepcji, który łącząc wizjonerstwo i praktyczne doświadczenie, mógłby w efekcie zasilić Galerię Labirynt nową energią i dać impuls do przeprowadzenia reform i przedefiniowania obecnego modelu. W zależności od efektów warsztatów planujemy wydanie publikacji lub realizację wystawy zainspirowaną wynikami  naszej pracy.

Warsztaty A gdyby tak…. Instytucja: alternatywny scenariusz, są częścią platformy badawczej Giant Step, w ramach której cztery instytucje europejskie: Van Abbemuseum (Eindhoven), Mostyn Gallery (Walia),  Vessel (Bari) i Galeria Labirynt w Lublinie, analizują -  indywidualnie i w dialogu – różne (polityczne, ekonomiczne, kulturowe) uwarunkowania produkcji artystycznej w obrębie instytucji, a także potencjał krytyki artystycznej jako narzędzia zmiany.


Uczestniczki i uczestnicy seminarium:

Karolina Breguła (Polska)

Zuzana Bodnárová (Słowacja)
Milovan Farronato (Włochy)
Siân Green (Walia/Anglia)
Marianna Hovhannisyan (Armenia)
Milan Mikuláštík (Czechy)
Saša Nabergoj (Słowenia)
Anna Ostoya (USA/Polska)
Francesco Scasciamacchia (Włochy/Anglia)


labirynt.com
giant-step.org

Słodka choroba



"Słodka choroba" to wystawa zbiorowa, efekt zastanawiania się nad sztuką tworzoną przez współczesne polskie artystki. Wiele ich prac ma charakter mówienia o sobie, notowania codzienności, a nawet prowadzenia dziennika. Obserwując ich sztukę często mamy pokusę, by odczytywać ją bezpośrednio, przez ich życie. Czy jednak ta droga nie jest zdradliwa? Czy artystki - bazując na swoim doświadczeniu życiowym - nie dystansują się od niego, nie traktują go jako wdzięcznego materiału do swojej sztuki?


Dlatego na wystawie zobaczycie prace artystek, w których odnoszą się do własnej biografii. Opowieść o sobie i własnym życiu może być fikcyjna i wykreowana na potrzeby sztuki. Zawsze jednak za punkt wyjścia obiera prawdę wewnętrzną, przemyca realne przeżycia i stany psychiczne. Wystawa skupia się na takich stanach, jak: poczucie osamotnienia i uwięzienia w zamkniętej przestrzeni, melancholii, introspekcja, wnikliwa analiza siebie i własnego otoczenia. Inspiracją były dla nas łagodne stany alienacji, stany depresyjne, zawieszenia uwagi, lekkiego smutku, często spotykane w doświadczeniu kobiet i jednocześnie artystek. 


Wystawa powstała na zaproszenie Galerii BWA w Tarnowie i tarnowskiego oddziału ZPAP, we współpracy z Agnieszką Bartak-Lisikiewicz.

Otwarcie wystawy 4.10. o godz. 18. Wystawa potrwa do 4.11.
Oprowadzanie 7.10. o godz. 16, moje oprowadzanie 16.10. o godz. 18.

Serdecznie zapraszam!