3.3.15

I had a farm in Africa

Krytyka sztuki jest tworzeniem literatury. Także i ją – sztukę słowa – obejmuje prawo pisania
Kiedy poznaję jakąś książkę i chcę zbadać czy mi na niej zależy, czytam pierwsze zdanie i ostatnie.
Właśnie przeczytałam książkę Joanny Bator „Wyspa łza”. Tak jak w przypadku „Chmurdalii" nie widzę powodu do jej stworzenia. Uderza mnie także styl autorki. Otóż, wyczuwam w nim przekonanie, że „pisanie”, czyli bycie pisarką przez duże "P", to pisanie kwieciste i zawieranie w każdym właściwie zdaniu porównań, parafraz, językowych ekwilibrystyk. Im bardziej wymyślnych, tym lepiej. Typu wielokrotnie już cytowane „chilli ostre jak seks”.
Rozmawiałam z moją mamą. I ona przytoczyła z kolei zdanie mojej siostry-tłumaczki (świetnej). Monika za najgenialniejsze (zapewne sama nazwałaby to w sposób o wiele bardziej wymowny i prosty) rozpoczęcie opowieści uważa „I had a farm in Africa”. Co mogę dodać?

2.3.15

Nowe / zmiana

Moi Drodzy Czytelnicy, dziękuję Wam za pamięć o blogu.  niedługo reaktywacja! Śledźcie zmiany i linki! Serdeczności!

4.12.13

Domek z kart

Melancholia i zbrodnie zawsze mnie interesowały i zrobię o tym wystawę. Zajmuje mnie krytyka jako projekt egzystencjalny.

9.10.13

Wystawa "Co pozostaje" w BWA Sokół, Nowy Sącz

otwarcie 18 października (piątek), godz. 18.00. 


Podczas wernisażu odbędzie się performance Ewy Zarzyckiej i Karoliny Oleksik "Zdarzyło się w przyszłości"

Kuratorka: Magdalena Ujma

Olaf Brzeski, Bogna Burska, Helen Ganly, Veli Granö, Polina Kanis, Jacob Kirkegaard, Rä di Martino, Lucia Nimcová, Karolina Niwelińska, Eugenio Percossi, Jadwiga Sawicka, Jacek Zachodny, Ewa Zarzycka i Karolina Oleksik

Co pozostaje to wystawa o psychicznych uzależnieniach w życiu codziennym. O poszukiwaniu bodźców emocjonalnych oraz ich uporczywym odtwarzaniu. O prywatnych rytuałach i nadmiernym zaabsorbowaniu najbliższym otoczeniem. I, wreszcie, o uzależnieniu od autoanalizy. Wystawa jest całościowym projektem, w którym splatają się różne sposoby prowadzenia narracji o emocjach i różne dyscypliny. Sztuki wizualne łączą się tutaj z literaturą i audioartem. Wystawa ma oddziaływać na zmysły i odwoływać się do wspomnień oraz indywidualnych skojarzeń widzów, a dźwięk, tekst i obraz mają się nawzajem uzupełniać.
Co pozostaje to również próba podejścia z innej niż zwykle strony do gorących idei polskiej sceny artystycznej, do pytań o użyteczność sztuki, jej moc zmieniania rzeczywistości. Wbrew popularnemu dzisiaj ujmowaniu tej problematyki, nasza perspektywa podkreśla subiektywne poznanie i oddaje głos wewnętrznym światom pojedynczych osób.

Jedną z inspiracji projektu jest powieść Toma McCarthy’ego „Remainder” (2005, polskie tłumaczenie ukazało się w 2013 roku nakładem WAB). Książka poświęcona jest utracie pamięci w wyniku stresu pourazowego i zagadnieniu re­-enactment. Początkowo rozpowszechniały ją galerie sztuki współczesnej. Tom McCarthy jest prezesem fikcyjnego Neuronautical Society i autorem wielu manifestów, a także akcji artystycznych.

Wystawie towarzyszyć będą projekcje filmów: "Zakochany bez pamięci", „Synekdocha”, „Rekonstrukcja”, warsztaty prowadzone przez grupę STUDNIA O., spotkanie z pisarzem, tłumaczem i krytykiem Janem Gondowiczem oraz katalog w postaci antologii tekstów literackich, podejmujących zagadnienie uzależnień psychicznych.



Helen Ganly, szkic instalacji realizowanej w BWA SOKÓŁ, 2013 © Helen Ganly 

 
Szkic do performance'u Ewy Zarzyckiej i Karoliny Oleksik Zdarzyło się w przyszłości, 2013 © Ewa Zarzycka & Karolina Oleksik




Partner wystawy:



Współfinansowanie wystawy:

Patronat medialny : 

11.9.13

Dzień jest za krótki (Kilka opowieści autobiograficznych


Otwarcie: piątek, 13.09.13, godz.19

Muzeum Współczesnej Wrocław

Wystawa będzie trwać do 21.10.2013

Kuratorka: Magdalena Ujma


Wystawa jest poświęcona autobiograficznym relacjom w najnowszej sztuce polskiej. Zaproszeni artyści opowiadają własne historie. Są to historie z życia wzięte, w których narracja zazwyczaj jest snuta w pierwszej osobie. Napięcie pomiędzy figurą autora a podmiotem dzieła z jednej strony, a z drugiej – pomiędzy fikcją a prawdą przedstawienia tworzy oś tej wystawy.

Słowa „dzień jest za krótki” to cytat z wypowiedzi pewnego dyrektora galerii, który jest również artystą. Wypowiedź dotyczyła niemożliwości pogodzenia aktywności artystycznej z zarządzaniem instytucją. Słowa stanowią jednocześnie wyraz frustracji osoby, która jest świadomym obserwatorem własnych życiowych wypadków i na bieżąco je komentuje, starając się nie przeoczyć niczego. Jej zmartwienie można nazwać troską diarysty.

Autobiograficzność sztuki najnowszej to rozległy temat, gąszcz tropów i możliwych podejść, zarazem artystycznych, jak i badawczych. Na wystawie wytyczone zostają dwie ścieżki. Pierwsza została już wymieniona: sprzeczności towarzyszące zapisywaniu własnego życia, frustracja diarysty. Jak zanotować wszystko? Dokonywać wyborów? Przewidzieć co w przyszłości będzie ważne? Drugi trop to z kolei historia, która odbija się i w osobistych zapiskach, i w bardziej kronikarskim notowaniu codzienności.

Wystawa „Dzień jest za krótki” skupi się na wybranych przykładach dokumentu osobistego. Pokaże wyraziste zastosowania pierwszoosobowej narracji, by zastanowić się dlaczego i w jakim celu artyści współcześni tak często bazują na własnej autobiografii, ujawniają siebie jako narratora opowieści.

W trakcie wernisażu odbędzie się performance Ewy Zarzyckiej oraz akcja artystyczna Malwiny Niespodziewanej „Urodziny”.

***
Artyści: Azorro, Basia Bańda, Wojciech Bąkowski, Agata Bogacka, Monika Drożyńska, Pola Dwurnik, Aneta Grzeszykowska, Elżbieta Jabłońska, Zuzanna Janin, Łukasz Jasturbczak & Małgorzata Mazur, Katarzyna Józefowicz, Katarzyna Kozyra, Robert Kuśmirowski, Maess, Cecylia Malik, Malwina Niespodziewana, Hanna Nowicka, Joanna Pawlik, Joanna Rajkowska, Wilhelm Sasnal, Maciej Sieńczyk, Janek Simon, Mariusz Tarkawian, Zorka Wollny, Ewa Zarzycka, Erwina Ziomkowska, Artur Żmijewski. 


Organizator: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu



A oto przedruk mojego esej do katalogu wystawy: Drugie życie autorów

26.8.13

Arsenał

Popieram protest przeciwko polityce władz Poznania w sprawie prowadzonej przez nią do tej pory Galerii Arsenał.

Jak w ciągu ostatnich lat się przekonaliśmy, w Polsce po 1989 roku stopniowo zanikało pojęcie dobra wspólnego na rzecz faworyzowania własności prywatnej. Początkowo było to zrozumiałe i witane entuzjastycznie. Rzeczywiście, właściciele działek mogą sobie na nich stawiać co chcą, a zatem Polska stała się wizualnym śmietniskiem, posiadając takie natężenie reklam wielkoformatowych przy drogach (i reklam na murach domów), że zaprzeczyło to nie tylko samej skuteczności reklamowania się czy też estetyce krajobrazu, lecz i komfortowi samych mieszkańców. Rzeczywiście, ludzie potrzebują gdzie pójść z dziećmi po kościele, gdzie byłoby sucho, ciepło, jasno i przyjemnie, nie byłoby żebraków, biedaków i pijaków. No to w całej Polsce wzdłuż i wszerz rosną wspaniałe galerie handlowe z palmami i wodotryskami, do których walą tłumy, szczególnie w soboty i niedziele. I tak dalej, przykłady można mnożyć: grodzone osiedla? (Trzeba być na własnym i odgrodzić się od hołoty). Zatłoczone ulice? (Przecież każdy może jeździć, no i spełniać podstawowe problemy życiowe, nie mieszając się z hołotą, nie marznąc, czekając na przystanku oraz – co jest moim ulubionym argumentem – nie wąchając czyjegoś… braku higieny). Brak miejsc parkingowych? (Spisek mieszkańców okolicznych wsi). Fatalna opieka zdrowotna, zły system edukacji? (Wina wszystkich, tylko nie nasza). A poczytajcie sobie na forach w Internecie, gdzie zasadniczą rolę odgrywa vox populi: kto temu winny? Przecież wiadomo, że za wszystko trzeba zapłacić. To proste: nie zarabiasz, to się nie skarż, że zły lekarz, kiepskie przedszkole. Chcesz dobrych usług? Płać.  

Owocem takiego myślenia jest również przekonanie, że na instytucjach kultury da się zaoszczędzić, a co więcej, mogą one zarabiać na siebie. Że kuratorzy i artyści to roszczeniowcy. Wiadomo przecież, że są dawcami usług. Chcesz mieć dobrą płacę? To rób tak, żeby tłumy waliły na twoją wystawę, a nie płacz i żeruj na pieniądzach podatnika, ty darmozjadzie.

Na tym zresztą nie koniec. Jak słusznie wskazała Agnieszka Graff, w Polsce zdarzył się przedziwny alians pomiędzy NGOsami a organami publicznej władzy. Zamiast budować społeczeństwo obywatelskie ze wszystkimi jego niuansami, NGOsy zaczęły wypełniać luki w działalności publicznej, zastępując instytucje kultury działające w interesie podatnika.

W tej chwili mamy do czynienia z rosnącą (jak się obawiam) falą myślenia "rynkowego" w kulturze, sprzyja temu tzw. kryzys finansowy, jakiemu obecnie stawiamy czoła. Konkurs na operatora Trafostacji w Szczecinie, którą wygrała nikomu nie znana firma, stworzona ad hoc przed konkursem, dobiegające stąd i zowąd głosy o "zachęcaniu" kuratorów do przejścia na kontrakty, a teraz sprawa przerwania w trakcie trwania konkursu na dyrektora w Galerii Arsenał w Poznaniu, świadczą o niebezpiecznym trendzie.

Funkcjonowanie publicznych instytucji kultury wraz z ich zespołami donaga się bez wątpienia reform. Jak słusznie wskazał Mikołaj Iwański, niefortunna dla nich była ustawa o samorządzie lokalnym, i przeniesienie władzy w zakresie prowadzenia instytucji kultury na poziom lokalny. To są być może choroby wieku dziecięcego, to traktowanie instytucji kultury jako synekury (o ile instytucje tego dotrwają).

Tak zatem dominującą wizją jest kultura sprywatyzowana. Nie każdy rodzaj kultury nadaje się jednak do prywatyzacji. Już tutaj nie wspominam nawet o podstawowych powinnościach władzy, reprezentującej różne grupy obywateli, nie mówię o potrzebie dobrej edukacji czy miejsc prawdziwie publicznych. Mówię o tym, że jeśli publiczne galerie zostaną sprywatyzowane, to będą wyłącznie zależały od dotacji na projekt - i wtedy zatracą swój charakter.

Dobro publiczne i dobro wspólne - najwyższy czas przypomnieć sobie ich znaczenie, żeby starczyło w naszych miejscach zamieszkania miejsca dla wszystkich. 

10.8.13

Gruzja jako fantazmat. Guerilla gardening




W końcu i ja trafiłam do Gruzji. I z tego powodu zaczynam rozumieć przyczyny miłości tak wielu osób z Polski do tego kraju. Są wśród nich nie tylko podróżnicy i turyści, ale ludzie sztuki, dziennikarze, reportażyści, nie wspominając o politykach. Ile książek dokumentujących tę fascynację powstało? A Pawilon Gruzji w Wenecji?



widok Mestii, sierpień 2013, fot. Social Photography Caucasus Foundation


Kolejka podróżnych w Katowicach-Pyrzowicach do destynacji Kutaisi jest specyficzna. Wrażenie potwierdza się gdy nad ranem odbieramy bagaże. Dredy, sportowe stroje, trekkingowo-wspinaczkowy ekwipunek: plecaki, pontony, rowery. Brak wydekoltowanych koszulek, powiewnych sukien, plastikowych klapków i kraciastych spodenek, charakteryzujących polskiego wczasowicza w Grecji czy Egipcie. Jedna dziewczyna, włosy zaplecione w warkoczyki, w hostelu nie da nam spać popisując się solowymi występami wokalnymi o rozpiętości od Janis Joplin po Edith Piaf.

Nie zapomnę widoku Gruzji z samolotu. (Realizacja marzenia: i co mam z nim począć?) Najpierw wschód słońca nad Morzem Czarnym, potem łańcuchy górskie i rzeki. Na płycie lotniska uderza nas powietrze wilgotne i przesiąknięte zapachem roślin. Pomaga mi współpasażer mówiący po gruzińsku, czego kompletnie nie rozumiem tak jak on mojej polszczyzny. Pomaga wynieść uśpione dziecko z samolotu, niesie mój bagaż. I tak potem już będzie, spontaniczna pomoc obcych ludzi. Jakby potwierdzała się obiegowa opinia, wyrażona na stronie radia Tok Fm: Gruzja to jeden z niewielu krajów na świecie, w którym naprawdę lubią Polaków. Doprawdy? A może jej mieszkańcy są otwarci na kontakt z innymi, niezależnie czy są Polakami, czy nie? Jednak zdanie takie grzeje nasze zakompleksione ego i to najważniejsze. Gruzja dostarcza nam przy tym bliskiej egzotyki, łatwiej osiągalnej i łatwiejszej do przyswojenia niż np. kraje arabskie czy Dalekiego Wschodu.

Wspomnę o wydarzeniu, które miałam okazję obserwować w Mestii, stolicy wysokogórskiego regionu Swanetia, dodajmy stolicy liczącej sobie trzy i pół tysiąca mieszkańców. Od kilku lat władze stawiają na rozwój turystyki. Stąd piorunująca (i uwodząca) mieszanka nowoczesności i archaiczności. Z jednej strony mamy spełnienie marzeń o wakacyjnej dzikości i kiepskich warunkach bytowania, dla których Gruzja tak nas pociąga: „prawdziwe średniowiecze” (jak czytałam w przewodnikach i słyszałam z ust turystów różnych nacji), kamienne wieże, polifoniczny śpiew przy obiedzie, tradycje klanowej zemsty i legendarna gościnność (mieszkańcy zdają się być niekiedy jej niewolnikami), do tego wysokie góry, wartkie rzeki oraz stare ikony. Z drugiej strony mamy już zaczątek patologii, która zabiła w Polsce Zakopane, Międzyzdroje czy Kazimierz nad Wisłą, gdzie nie ma ani krztyny spokoju i autentyczności. Nagabujące na ulicach babcie, guesthousy urządzone na środku placu budowy, stada chodzących luzem krów i psów. Kamienne centrum pachnie nowością, postawione od jednego projektu, wszystko jednolite, stylizowane na architekturę ludową. Jest piazza (skąd taka nazwa?), nowe-stare budynki ją okalające świecą pustkami, nie ma komu wynajmować ich pomieszczeń. W hotelu mieliśmy nasz własny Berghof z niezapomnianymi widokami z tarasu i możliwością leżakowania. Bo Mestia bardzo chce stać się nowym Davos. Turystyka zabije to miejsce, ale taka jest kolej rzeczy, mieszkańcy gdyby nadal uprawiali swoje poletka ziemniaków, śpiewali oraz jeździli konno, to z czasem staliby się eksponatami w wielkim skansenie, który i tak ktoś wykorzystałby dla celów zarobkowych.

W Mestii, na początku sierpnia, odbyła się druga po Zugdidi odsłona festiwalu „Art Active”. Jest to pierwszy festiwal street artu w Gruzji. Organizowany przez Social Photography Caucasus Foundation oraz GeoAIR Collaborative Cultural Projects, a także Internews Georgia, pod egidą Unii Europejskiej, ma za cel – jak rozumiem – niekoniecznie wykonanie znakomitych (i wiekopomnych – jak mawiał pewien artysta) dzieł, lecz zajmowanie się lokalnymi problemami, związanymi z ekologią, społeczeństwem obywatelskim, braniem spraw w swoje ręce. Podkreślano kreatywną działalność mieszkańców, zwłaszcza dzieci. Akcja w Mestii odbyła się z udziałem lokalnych szkół, pod kierownictwem Richarda Raynoldsa, pioniera ruchu guerilla gardening w UK. Za punkt wyjścia uznano lawinowy rozwój przemysłu turystycznego. Rozwój owocujący rosnącą ilością śmieci, które lądują w dolinach rzek, krzakach, przydomowych ogrodach.

Najpierw odbyło się oczyszczanie zakątków miasta z plastikowych butelek typu PET, szkła różnego koloru i innych odpadów. Następnie wszyscy chętni, wraz z uczniami i artystą, pod czujnym okiem grupy EU Monitoring, mogli uczestniczyć w akcji sadzenia roślin oraz zdobienia niewielkiego parku, znajdującego się w samym centrum, przy wspomnianej piazzy, naprzeciwko siedziby władz miasta oraz policji. Idea guerilla gardening wydała mi się w tym miejscu i w ogóle w Swanetii absurdalna. Osiedle typu miejskiego (jak opisano Mestię w Wikipedii) wciśnięte w wąską dolinę pomiędzy majestatycznymi szczytami Kaukazu, wszędzie króluje dzika przyroda, na której pastwę wydani są ludzie, nie potrzebuje partyzantki ogrodniczej, bo jest z nią od wieków za pan brat. Przyroda determinuje tutaj życie, uniemożliwia chociażby dostęp do miejscowości w miesiącach zimowych. Po co wprowadzać zwyczaj wzięty z przeludnionych metropolii Zachodu, oderwanych od rytmu pór roku? Mieszkańcy Mestii nie potrzebują powrotu do życia w zgodzie z naturą: posiadają własne działki, pola i ogrody. Do głowy nie przyszedłby im guerilla gardening, przeprowadza się tutaj raczej jego odwrotność: modernizację poprzez odgórnie podyktowaną stylizację na coś starego.

Nie rozumiem do końca akcji w Mestii, nie zamierzam jej jednak potępiać. Nie znam bowiem wszystkich jej kontekstów. Przypuszczam, że jej wartość może polegać na działaniu wspólnotowym, wzbudzaniu poczucia odpowiedzialności za przestrzeń publiczną, poprzez to nieszczęsne, męczące zbieranie śmieci. Turystyka w dzisiejszych czasach równa się wszak maksymalnemu i bezlitosnemu wyzyskowi danego miejsca. Wyjałowienie i góry śmieci to jej efekty. Akcja w Mestii może być dzwonkiem alarmowym dla władz i dla mieszkańców. "Patrzcie, turystyka może dać wam pracę i niezłe zarobki, ale przynosi też ze sobą wiele szkodliwych rzeczy".