24.3.10
Czarny Łabędź
Pozwolę sobie na tekst odrobinę bardziej osobisty. Ślad chwilowego nastroju.
Zgodnie z przekonaniami, do jakich doszłam po długich latach praktyki i bojów jako krytyk (nawet jeśli niedostrzeżonych, bo najczęściej bojów wewnętrznych), po publikacji iluś tam manifestów, ukrytych w innych tekstach, schowanych w wywiadach lub poutykanych na stronach internetowych, nieodmiennie sądzę, że krytyka dzisiaj albo przybiera formę wypowiedzi podszytej autobiografią, albo w ogóle jej nie ma. Czuję się zatem uprawniona, żeby napisać jeszcze bardziej od siebie niż zwykle. Jeszcze bardziej, to znaczy – o tym, że na wiosnę dopadła mnie melancholia. Nadchodzi niemoc twórcza, i stan, że mam z 10 tekstów pozaczynanych, ileś tam planów, ileś tam całkiem w innych warunkach ekscytujących pomysłów, a tu nic – nic nie rusza do przodu, po prostu leżałabym tylko i gapiła się w sufit i słuchała jak pierwszy wiosenny deszcz uderza kroplami o szyby, sąsiedzi wrzeszczą na siebie za ścianą, a dziecko bawi się w pokoju obok. W takim stanie ducha mózg przykleja się do jednego utworu i nie chce innych. Z dzisiejszym stanem ducha najlepiej zgadza się Black Swan Thoma Yorke’a. Sącząca się melodia koi i wprowadza w lekki, prawie niezauważalny trans, kiedy nawet nieuchronne zdaje się łatwe do zaakceptowania, i utwierdza w przekonaniu, że melancholię można przeżywać na sposób estetyczny. Melancholia to stan estetyczny? (Co za bezceremonialne pytanie! – powiedzą dogmatycy) Ktoś inny śpiewa za ciebie i nagle okazuje się, że płacz może być piękny. Niepozorny, powstrzymywany płacz. Nic po szlochu – same łzy.
Niełatwo znaleźć czarnego łabędzia w naturze. To niezmiernie rzadki i piękny ptak. Jego czerń to jednocześnie kolor melancholii, czarny łabędź jest wysłannikiem paraliżującego smutku, czarnego słońca, którego matowy blask lśni w jego piórach. Czarne słońce nie świeci i nie daje ciepła, nie ujawnia rzeczy, nie ożywia. Według mitologii łabędź śpiewa tylko przed śmiercią – i śpiewa przepięknie. Łabędzi śpiew opiewa byt melancholiczny. Kończy takie frustrujące życia, które polegają na zaniemówieniu, wstrzymaniu sił życiowych, by przemówić dopiero przed końcem. Pamiętam, jakiś złośliwiec napisał, że Thom Yorke zawsze opiewa zdechłego chomika, jednak w tej złośliwości trafił w sedno. Melancholia przenika jak mżawka, jest codziennym, monotonnym płynięciem czasu. Rzeczywiście, nie skupia się ona na wielkich rzeczach, a na indywidualnej niemocy. Jednak śpiew Yorke'a, delikatny i przejmujący, stanowi wyraz melancholii i jej przezwyciężenie.
Melancholia lidera Radiohead, nie ujmując jej nic ze znamion indywidualności, wpisuje się moim zdaniem w to, co Anda Rottenberg nazwała postindustrial sorrow, i o czym zrobiła wystawę w roku 2000 w Niemczech (w tym wypadku zresztą tytuł zdaje się być chyba bardziej nośny od zawartości ekspozycji, mówi więcej, przeczuciem sięga głębiej). Ale Radiohead lokują się w głównym nurcie nastrojów smutku niewiadomego pochodzenia, który wydaje się wynikać po prostu z ponowoczesnej cywilizacji. Postindustrialna melancholia oksfordzkiej grupy rozkłada się na sample i w pełni rozkwita na laptopach. Melancholia połamanych melodii. Jakżeby inaczej, odmienia się przez poczucie bycia nieprzystosowanym, odczuwającym inaczej niż wszyscy. Coś w rodzaju: „Ja-odmieniec. Zagubiony wśród betonowych ścian i asfaltowej ziemi.” Jednak ten odmieniec ma szansę wykrzyczeć swoją frustrację tłumom, które jak się okazuje, składają się z takich samych odmieńców, dziwaków i samotników, jednostkowych okazów, po prostu wyjątkowych czarnych łabędzi, które ukazują swoje piękno jeśli poświęcić im trochę uwagi, Czy w Japonii, czy w Australii, wszyscy twierdzą, że Yorke śpiewa właśnie o nich.
Łabędzi śpiew, czyli śpiew, którym łabędź ogłasza własną śmierć. Tak można określić śpiew Yorke’a. Bo on sam i Radiohead też śpiewają w pewnym sensie o śmierci, opiewają ją, krążą wokół niej. Piękne dźwięki emitowane ze środka zgładzonego świata, w którym czarny łabędź staje się marzeniem o złotym wieku.
Thom Yorke: Bycie „gwiazdą rocka" wymaga super pewności siebie. Ja takiej nigdy nie miałem. Jest zbyt niepewny siebie, by być gwiazdorem. Czy to nie jest właśnie program bycia krytykiem? Pani Melancholia równa się Pani Niepewność. Taki model bycia w świecie szalenie mi odpowiada. Owocuje według mnie krytykiem idealnym. Antygwiazdorstwo i antykrytyka. Jak dalece można być niepewnym siebie, by stracić możliwość bycia krytykiem? Nie da się być zbyt niepewnym siebie. Właśnie szczepionka z niepewności powoduje, że ma się prawo pisać o innych i oceniać ich pracę. Nie pewność, że ja jestem pępkiem świata, lecz raczej pewność, że nim nie jestem i mogę jedynie proponować pewne rozpoznania. Krytyk dobry, to taki, który wyrokuje, ale ma wątpliwości, czy to on właśnie powinien wyrokować (kto mu dał to prawo). Jednocześnie został uczulony na błąd, lapsus, niekonsekwencję. Z łatwością w gruncie rzeczy dopuszcza zdanie innych. Został uodporniony bowiem szczepionką melancholii i niepewności. Dlatego nie uważa (jakże mu mogłoby to w ogóle przyjść do głowy!), że zjadł wszystkie rozumy i jest prawodawcą.
...
I tak już jest. Piosenka się skończyła. Melancholia ulotniła się. (Na chwilę.)
Traf chciał, że znalazłam właśnie w sieci zdjęcie 3-letniego Raymonda Roussela na łabędziu.
A oto Black Swan na You Tube
14.3.10
Taniec rzeźb
Niektóre rzeźby wydają się być zastygłym tańcem. Tak dzieje się z rzeźbami Aliny Szapocznikow, a opisała to Anna Markowska. Ekstatyczne zapamiętanie się w ruchu, rytm jako zasada budowy formy, chłonięcie życia wszystkimi zmysłami, wczepienie się pazurami w „teraz”, wyciskanie wszystkich soków z tego, co dostępne.
*
Przypadek Thei Djordjadze jest inny. O jej rzeźbach krytycy piszą, że są jak szczątki obcej cywilizacji wyrzucone na brzeg morza, okaleczone i nieme. Widzimy to, co pozostało, pozbawione kluczy do otwarcia zatrzaśniętych na głucho znaczeń, rzeźby te po prostu są obok nas. Możemy zresztą próbować otwierać je na wiele sposobów, uzyskane odpowiedzi nie potrafią jednak prawdziwie zadowolić, bo towarzyszy im świadomość, że inne są równie trafne. Tak zatem źródeł powstania tych rzeźb, przybrania przez nie takiej, a nie innej formy można poszukiwać w krytyce modernizmu, w postkolonializmie, w powrocie do rękodzieła, ale także np. w przeprowadzaniu swoistej archeologii przestrzeni i oczywiście – w analizie dotychczasowych sposobów wystawiania sztuki i artefaktów z przeszłości.
Widzimy, że o twórczości Djordjadze da się powiedzieć wiele. A przecież wytwory jej rąk zachowując ciepło ręcznego, rzemieślniczego wykonania i zawierając w sobie emocje, jednocześnie trzymają dystans i nie można się z nimi zaprzyjaźnić. Zatrzymują się w pół zdania, a warstwy kulturowe i znaczenia artystka zestawia ze sobą – jak piszą krytycy – na zasadzie skojarzeń intuicyjnych, chyba bardziej trafnie byłoby powiedzieć, że w wyniku postawienia obok siebie wyborów intuicyjnych i podyktowanych przez rozum.
Suche i lakoniczne? Co można wywnioskować o stosunku do życia Thei Djordjadze, gdy się wie o pracach, które wykonała wraz z Rosemarie Trockel, by je spalić? W Polsce fakt ten kojarzy się z heroi(ni)cznym czynem Katarzyny Kobro, która wrzuciła do ognia swe unikalne rzeźby, by podgrzać kaszkę dziecku. Działo się to jednak w larach 40. Thea Djordjadze nie miała prawdopodobnie tej historii na myśli. Gdy dokonała aktu zniszczenia, to pewnie mierząc w tradycję rzeźby, być może też w fakt znikania artystek w historii sztuki, albo by podkreślić przewagę samego życia, a raczej po prostu bycia nad sztuką. Nade wszystko był to także gest konceptualny – przez destrukcję (w ogniu żywiołu) do nowego życia, nowej jakości, która wyrasta z ziemi – działki, w której został umieszczony popiół z rzeźb.
Na pewno prowizorycznym kluczem (choć z punktu widzenia samych rzeźb pewnie raczej wytrychem) do wystawy Djordjadze odbywającej się właśnie w FGF, jest słowo „choreografia”. Rzeźby składają się tutaj na rodzaj przeglądu rozmaitych podejść formalnych i wystawienniczych, stosowanych przez artystkę. Mamy tutaj i miękkie, jakby bezforemne obiekty niosące jeszcze ślady kształtowania, mamy też malarstwo, mininimalistyczne obiekty-znaki, obiekty stanowiące jakby rodzaj makiet architektonicznych i jakby niepełne geometryczne rzeźby. Tytuł - "Capital Letter" wydaje się być nadany wystawie na przekór, gdyż brakuje tu dominanty. Nawiązuje on do alfabetu gruzińskiego, w którym brak wielkich liter.
Wszystkie rzeźby wydają się być rozrzucone w sposób lekko nonszalancki. Nie ma tu czytelnego od razu planu, centralnych osi, rzeźby odwracają się tyłem, bokami, ulokowane są na rozmaitych wysokościach, dość gęsto, nie sprawiają jednak wrażenia ciasnoty poprzez swoje niewielkie rozmiary. Takie ustawienie koresponduje z samym charakterem rzeźb, będącym wypadkową podejścia intuicyjnego i przemyślnego. Gdy widz pragnie przespacerować się po ich świecie, jest zmuszony do nieustannego kluczenia, obracania się, zmian punktów widzenia, przechodzenia z jednego końca sali na drugi. Nieustannie także patrzy na te rzeźby z miastem w tle.
Tym, co bardzo pociąga mnie w tych milczących jak zaklęte pracach (bo gwar tworzymy my sami podejmując wysiłek objaśniania), to brak napięcia w ich ustawieniu. Nie ma tutaj doprowadzonych do stanu nieuchronności proporcji i osi widokowych, które powodowałyby w widzu poczucie bycia zbędnym.
Tak, w znieruchomieniu i spokoju, te rzeźby zostały ustawione choreograficznie. Same nie tańczą, zmuszają jednak do tańca widza.
Inne słowo, jakie przychodzi do głowy na widok wystawy w FGF, to „inscenizacja”. Inscenizacja czegoś, co tylko przeczuwamy, co odpłynęło w mglistą przeszłość, może wyparte, a może dlatego, ponieważ taka jest kolej rzeczy.
Thea Djordjadze, „Capital Letter”, 14 lutego – 26 marca 2010, FGF
*
Przypadek Thei Djordjadze jest inny. O jej rzeźbach krytycy piszą, że są jak szczątki obcej cywilizacji wyrzucone na brzeg morza, okaleczone i nieme. Widzimy to, co pozostało, pozbawione kluczy do otwarcia zatrzaśniętych na głucho znaczeń, rzeźby te po prostu są obok nas. Możemy zresztą próbować otwierać je na wiele sposobów, uzyskane odpowiedzi nie potrafią jednak prawdziwie zadowolić, bo towarzyszy im świadomość, że inne są równie trafne. Tak zatem źródeł powstania tych rzeźb, przybrania przez nie takiej, a nie innej formy można poszukiwać w krytyce modernizmu, w postkolonializmie, w powrocie do rękodzieła, ale także np. w przeprowadzaniu swoistej archeologii przestrzeni i oczywiście – w analizie dotychczasowych sposobów wystawiania sztuki i artefaktów z przeszłości.
Widzimy, że o twórczości Djordjadze da się powiedzieć wiele. A przecież wytwory jej rąk zachowując ciepło ręcznego, rzemieślniczego wykonania i zawierając w sobie emocje, jednocześnie trzymają dystans i nie można się z nimi zaprzyjaźnić. Zatrzymują się w pół zdania, a warstwy kulturowe i znaczenia artystka zestawia ze sobą – jak piszą krytycy – na zasadzie skojarzeń intuicyjnych, chyba bardziej trafnie byłoby powiedzieć, że w wyniku postawienia obok siebie wyborów intuicyjnych i podyktowanych przez rozum.
Suche i lakoniczne? Co można wywnioskować o stosunku do życia Thei Djordjadze, gdy się wie o pracach, które wykonała wraz z Rosemarie Trockel, by je spalić? W Polsce fakt ten kojarzy się z heroi(ni)cznym czynem Katarzyny Kobro, która wrzuciła do ognia swe unikalne rzeźby, by podgrzać kaszkę dziecku. Działo się to jednak w larach 40. Thea Djordjadze nie miała prawdopodobnie tej historii na myśli. Gdy dokonała aktu zniszczenia, to pewnie mierząc w tradycję rzeźby, być może też w fakt znikania artystek w historii sztuki, albo by podkreślić przewagę samego życia, a raczej po prostu bycia nad sztuką. Nade wszystko był to także gest konceptualny – przez destrukcję (w ogniu żywiołu) do nowego życia, nowej jakości, która wyrasta z ziemi – działki, w której został umieszczony popiół z rzeźb.
Na pewno prowizorycznym kluczem (choć z punktu widzenia samych rzeźb pewnie raczej wytrychem) do wystawy Djordjadze odbywającej się właśnie w FGF, jest słowo „choreografia”. Rzeźby składają się tutaj na rodzaj przeglądu rozmaitych podejść formalnych i wystawienniczych, stosowanych przez artystkę. Mamy tutaj i miękkie, jakby bezforemne obiekty niosące jeszcze ślady kształtowania, mamy też malarstwo, mininimalistyczne obiekty-znaki, obiekty stanowiące jakby rodzaj makiet architektonicznych i jakby niepełne geometryczne rzeźby. Tytuł - "Capital Letter" wydaje się być nadany wystawie na przekór, gdyż brakuje tu dominanty. Nawiązuje on do alfabetu gruzińskiego, w którym brak wielkich liter.
Wszystkie rzeźby wydają się być rozrzucone w sposób lekko nonszalancki. Nie ma tu czytelnego od razu planu, centralnych osi, rzeźby odwracają się tyłem, bokami, ulokowane są na rozmaitych wysokościach, dość gęsto, nie sprawiają jednak wrażenia ciasnoty poprzez swoje niewielkie rozmiary. Takie ustawienie koresponduje z samym charakterem rzeźb, będącym wypadkową podejścia intuicyjnego i przemyślnego. Gdy widz pragnie przespacerować się po ich świecie, jest zmuszony do nieustannego kluczenia, obracania się, zmian punktów widzenia, przechodzenia z jednego końca sali na drugi. Nieustannie także patrzy na te rzeźby z miastem w tle.
Tym, co bardzo pociąga mnie w tych milczących jak zaklęte pracach (bo gwar tworzymy my sami podejmując wysiłek objaśniania), to brak napięcia w ich ustawieniu. Nie ma tutaj doprowadzonych do stanu nieuchronności proporcji i osi widokowych, które powodowałyby w widzu poczucie bycia zbędnym.
Tak, w znieruchomieniu i spokoju, te rzeźby zostały ustawione choreograficznie. Same nie tańczą, zmuszają jednak do tańca widza.
Inne słowo, jakie przychodzi do głowy na widok wystawy w FGF, to „inscenizacja”. Inscenizacja czegoś, co tylko przeczuwamy, co odpłynęło w mglistą przeszłość, może wyparte, a może dlatego, ponieważ taka jest kolej rzeczy.
Thea Djordjadze, „Capital Letter”, 14 lutego – 26 marca 2010, FGF
18.2.10
Rankingi. Wizjonerzy
[komentarz]
Mamy czas rankingów. Dowiadujemy się kto odnosi sukces w Polsce (zazwyczaj jako konsekwencja sukcesu zagranicznego) i zyskujemy listę wpływowych osób, wydarzeń, a także instytucji. Dostajemy więc świat polskiej sztuki w pigułce – oczywiście, świat, który rozpościera się w głównym nurcie, bo paralelne rzeczywistości artystyczne nie mają w rankingach większej racji bytu.
Kryteria dobiera się takie, które są najbardziej adekwatne do świata kultury masowej, szybkiego przekazu, atrakcyjności na rynku; świata ceniącego pieniądze, władzę i skuteczność w ich pozyskiwaniu. Tak więc – na skalę naszej, wciąż biednej sztuki – premiuje się wpływowość, rozgłos, głównie zagraniczny. Premiuje się też oczywiście, jakość pracy, aktywność, rezonans, jaki praca wywołuje, aktualność podejmowanej tematyki. Zupełnie normalne w wypadku tak postawionych założeń kryteria. Może by jednak na drugi raz bardziej się przyłożyć, drogie czasopisma i ważni krytycy, którzy te rankingi układacie. Może by się trochę bardziej wysilić i wyliczyć ile razy był cytowany ten czy tamten itd. Stworzyć ranking na modłę techniczną. Stworzyć siatkę kryteriów i punktować. Wtedy dopiero pokaże się to nasze centrum w pełnej krasie – nie „subiektywny” dobór tego, co redaktorom serce dyktuje i co uważają za ważne, jak w przypadku Setki „Obiegu” czy rankingu „Polityki” na najlepsze galerie polskie, ale po prostu rzeczywistość.
Tu uwaga. Kto tworzy ranking, sam pragnie być ważny. Stosuje to narzędzie także i po to, aby samemu być na ustach ludzi, być cytowanym, zwracać na siebie uwagę, by się z nim liczono, bo rozdaje laurki i nagany. Dlatego rankingi poświęca się tym, którzy są najbardziej opiniotwórczy, wpływowi, kasowi, bo ludzie ekscytują się władzą (i wyścigami). Trudno jednak taką postawę krytykować. Nie będę zatem miażdżyła tutaj zestawień z mediów: wyborów „Arteonu”, „Obiegu”, czy też pism codziennych. Słowa krytyki można jedynie skierować wobec takiego sposobu myślenia o sztuce, z jakiego wyrastają najczęściej rankingi, bo to niesłychanie je zawęża: tylko do tych, co odnieśli sukces, którzy stali się opiniotwórczy. W ten sposób promuje się myślenie o sztuce nie jako o dziedzinie wolności, trudnych wyborów, cierpienia, podejmowania eksperymentów, poszerzania jej pola, lecz o sztuce jako o jeszcze jednej drodze do zrobienia kariery. Myślenie o sztuce w kategoriach sukcesu powoduje utożsamianie jej z zestawem umiejętności, które można nabyć. Dlatego rankingi „Arteonu” czy „Obiegu” spowodowały także i moje poczucie ciasnoty oraz duszności. Sztuka i władza to nie są światy, które łatwo się godzą ze sobą.
[pomysł]
W odpowiedzi na rankingowy szał w naszych mediach, tworzę ranking specjalny.
Jest on dla mnie sto razy bardziej interesujący niż te, które mają układać listę ważności w Grupie Sprawującej Władzę i które wynikają z rozgrywek towarzysko-ideologicznych. To ranking, który zajmuje się sztuką, a nie wszystkim, co dookoła niej i co może być balastem (chociaż nie zawsze musi).
Ranking specjalny będzie poświęcony postaciom największych wizjonerów w sztuce polskiej. Spróbuję odnaleźć tych, którzy myślą o sztuce w sposób niespotykany, którzy mają odwagę, by patrzeć nie tam, gdzie wszyscy lub którzy patrząc tam, gdzie wszyscy, dostrzegają w tym zupełnie nowe elementy. Interesują mnie ludzie, których działalność przełamuje nasze tabu i aktualne zahamowania, które mogą pochodzić z rozmaitych źródeł: przede wszystkim jednak, jak sądzę, z mód towarzyskich i środowiskowych przeświadczeń, bardzo silnych w sztuce polskiej, że to wypada lub tego nie wypada. Jednym słowem, interesują mnie outsiderzy.
Moje ogłoszenie rankingu wynika ze zniecierpliwienia. I z walnięcia pięścią w stół: „koniec!” Bo gdyby nie ci niepokorni, ci, którzy nie boją się zarabiać tyle, co kot napłakał, być niepopularni, lecz za to przeżywać niesłychane przygody w świecie wyobraźni, lęków, przeczyć, utopii, potem w ogóle nie byłoby co się kręcić w obiegu sztuki, co być pokazywane i sprzedawane.
Widzę to i w głowę zachodzę kto mógłby dzisiaj być taką osobą, widzącą więcej i czującą więcej. Jako modelowe postacie outsiderów-wizjonerów przychodzą mi do głowy postacie z tej samej generacji, ba, z tej samej grupy na początku kariery – obaj już nieżyjący: Jerzy Ludwiński i Włodzimierz Borowski.
Ogłaszam więc, że zbieram propozycje do rankingu postaci, które wytyczają nowe horyzonty w sztuce polskiej, które sprawiają, że ona się zmienia; osób, które wpływają na nasze myślenie, które otwierają oczy. Jednym słowem ranking osób najbardziej twórczych w sztuce. Wizjonerów.
Zapraszam i czekam na propozycje!
Mamy czas rankingów. Dowiadujemy się kto odnosi sukces w Polsce (zazwyczaj jako konsekwencja sukcesu zagranicznego) i zyskujemy listę wpływowych osób, wydarzeń, a także instytucji. Dostajemy więc świat polskiej sztuki w pigułce – oczywiście, świat, który rozpościera się w głównym nurcie, bo paralelne rzeczywistości artystyczne nie mają w rankingach większej racji bytu.
Kryteria dobiera się takie, które są najbardziej adekwatne do świata kultury masowej, szybkiego przekazu, atrakcyjności na rynku; świata ceniącego pieniądze, władzę i skuteczność w ich pozyskiwaniu. Tak więc – na skalę naszej, wciąż biednej sztuki – premiuje się wpływowość, rozgłos, głównie zagraniczny. Premiuje się też oczywiście, jakość pracy, aktywność, rezonans, jaki praca wywołuje, aktualność podejmowanej tematyki. Zupełnie normalne w wypadku tak postawionych założeń kryteria. Może by jednak na drugi raz bardziej się przyłożyć, drogie czasopisma i ważni krytycy, którzy te rankingi układacie. Może by się trochę bardziej wysilić i wyliczyć ile razy był cytowany ten czy tamten itd. Stworzyć ranking na modłę techniczną. Stworzyć siatkę kryteriów i punktować. Wtedy dopiero pokaże się to nasze centrum w pełnej krasie – nie „subiektywny” dobór tego, co redaktorom serce dyktuje i co uważają za ważne, jak w przypadku Setki „Obiegu” czy rankingu „Polityki” na najlepsze galerie polskie, ale po prostu rzeczywistość.
Tu uwaga. Kto tworzy ranking, sam pragnie być ważny. Stosuje to narzędzie także i po to, aby samemu być na ustach ludzi, być cytowanym, zwracać na siebie uwagę, by się z nim liczono, bo rozdaje laurki i nagany. Dlatego rankingi poświęca się tym, którzy są najbardziej opiniotwórczy, wpływowi, kasowi, bo ludzie ekscytują się władzą (i wyścigami). Trudno jednak taką postawę krytykować. Nie będę zatem miażdżyła tutaj zestawień z mediów: wyborów „Arteonu”, „Obiegu”, czy też pism codziennych. Słowa krytyki można jedynie skierować wobec takiego sposobu myślenia o sztuce, z jakiego wyrastają najczęściej rankingi, bo to niesłychanie je zawęża: tylko do tych, co odnieśli sukces, którzy stali się opiniotwórczy. W ten sposób promuje się myślenie o sztuce nie jako o dziedzinie wolności, trudnych wyborów, cierpienia, podejmowania eksperymentów, poszerzania jej pola, lecz o sztuce jako o jeszcze jednej drodze do zrobienia kariery. Myślenie o sztuce w kategoriach sukcesu powoduje utożsamianie jej z zestawem umiejętności, które można nabyć. Dlatego rankingi „Arteonu” czy „Obiegu” spowodowały także i moje poczucie ciasnoty oraz duszności. Sztuka i władza to nie są światy, które łatwo się godzą ze sobą.
[pomysł]
W odpowiedzi na rankingowy szał w naszych mediach, tworzę ranking specjalny.
Jest on dla mnie sto razy bardziej interesujący niż te, które mają układać listę ważności w Grupie Sprawującej Władzę i które wynikają z rozgrywek towarzysko-ideologicznych. To ranking, który zajmuje się sztuką, a nie wszystkim, co dookoła niej i co może być balastem (chociaż nie zawsze musi).
Ranking specjalny będzie poświęcony postaciom największych wizjonerów w sztuce polskiej. Spróbuję odnaleźć tych, którzy myślą o sztuce w sposób niespotykany, którzy mają odwagę, by patrzeć nie tam, gdzie wszyscy lub którzy patrząc tam, gdzie wszyscy, dostrzegają w tym zupełnie nowe elementy. Interesują mnie ludzie, których działalność przełamuje nasze tabu i aktualne zahamowania, które mogą pochodzić z rozmaitych źródeł: przede wszystkim jednak, jak sądzę, z mód towarzyskich i środowiskowych przeświadczeń, bardzo silnych w sztuce polskiej, że to wypada lub tego nie wypada. Jednym słowem, interesują mnie outsiderzy.
Moje ogłoszenie rankingu wynika ze zniecierpliwienia. I z walnięcia pięścią w stół: „koniec!” Bo gdyby nie ci niepokorni, ci, którzy nie boją się zarabiać tyle, co kot napłakał, być niepopularni, lecz za to przeżywać niesłychane przygody w świecie wyobraźni, lęków, przeczyć, utopii, potem w ogóle nie byłoby co się kręcić w obiegu sztuki, co być pokazywane i sprzedawane.
Widzę to i w głowę zachodzę kto mógłby dzisiaj być taką osobą, widzącą więcej i czującą więcej. Jako modelowe postacie outsiderów-wizjonerów przychodzą mi do głowy postacie z tej samej generacji, ba, z tej samej grupy na początku kariery – obaj już nieżyjący: Jerzy Ludwiński i Włodzimierz Borowski.
Ogłaszam więc, że zbieram propozycje do rankingu postaci, które wytyczają nowe horyzonty w sztuce polskiej, które sprawiają, że ona się zmienia; osób, które wpływają na nasze myślenie, które otwierają oczy. Jednym słowem ranking osób najbardziej twórczych w sztuce. Wizjonerów.
Zapraszam i czekam na propozycje!
15.2.10
Nieuchronna kolejność rzeczy?
Do napisania o gentryfikacji na przykładzie Krakowa przymierzałam się od dawna.
Tymczasem powstał projekt Ulica Smoleńsk sióstr Justyny Koeke i Cecylii Malik. To wokół historii ich rodzinnego mieszkania w centrum miasta, w zmieniającej się rzeczywistości. Już działa blog. Start projektu w połowie marca.
Tymczasem powstał projekt Ulica Smoleńsk sióstr Justyny Koeke i Cecylii Malik. To wokół historii ich rodzinnego mieszkania w centrum miasta, w zmieniającej się rzeczywistości. Już działa blog. Start projektu w połowie marca.
13.2.10
Dzwonienie i mrowienie
Książka „Remainder” Toma McCarthy’ego w całości poświęcona jest tematowi reenactment – odtworzenia konkretnych wydarzeń z przeszłości. Bohater książki, bezimienny mężczyzna około trzydziestki, przeżył straszliwy wypadek, z którego ledwie uszedł z życiem, a pamięta jedynie fakt, że coś na niego spadło. Nie interesuje go co się naprawdę stało, zachowuje w tej kwestii daleko posuniętą obojętność. Po długiej rekonwalescencji niby jest tym samym chłopakiem, którym był przed wypadkiem, ale w gruncie rzeczy staje się kimś zupełnie innym. Nie musi pracować. Nie interesuje go dawne życie, kumple, rozrywki, rezygnuje też z życia uczuciowego. Staje się rodzajem człowieka-wydmuszki. Gdyby musiał żyć dawnym życiem po tym, jak jego istnienie zawisło na włosku, po długotrwałej rekonwalescencji, kiedy musiał się uczyć wszystkich czynności na nowo, to być może zrobiłby sobie w końcu coś złego. Nie udałoby mu się przecież cieszyć nieskomplikowanymi rozrywkami jakie bawiły go w czasach gdy pracował jako PR-owiec jakiejś firmy. Dobry prawnik jednak zdziałał cuda: nasz bohater zyskał bardzo poważną kwotę odszkodowania i w związku z tym – praktyczne nieograniczone możliwości działania.
Znalazłszy Naza, który wiedział jak załatwić najbardziej nieoczekiwane rzeczy i nie zadawał pytań typu „dlaczego”, „w jakim celu”, „po co” (ci, którzy takie pytania zadali bądź usiłowali lansować własne pomysły, szybko wylatywali z pracy przy reenactment), bezimienny facet zaczyna działać. Wiodą go silne, lecz bliżej nieokreślone obsesje, fale mglistych przeczuć, wyblakłych obrazów, które mają zwyczaj materializować się nieoczekiwanie w jakimś przedmiocie, zdarzeniu i miejscu. Tak więc, jadąc na spotkanie z brokerem, gdy zyskał niewyobrażalną sumę pieniędzy jako odszkodowanie, od nieokreślonej firmy? agencji?, staje przy wejściu do stacji metra i zaczyna żebrać. Dzieje się to jednak niespektakularnie, nikt nie zwraca uwagi, szybko się kończy. Nieważna sama czynność, ważne porzucenie na chwilę poczucia wtórności, powtarzania. Szybko zresztą okazuje się, że w książce zrezygnowano w ogóle z tropu kryminalnego. Nie znajdzie się tu w ogóle dociekania co się zdarzyło i kto to spowodował. Bohater nie zaprząta sobie głowy bynajmniej tym kto okaleczył jego psychikę. Nie pyta, nie poszukuje, nie dąży do zemsty. Warunkiem zachowania przez niego pieniędzy było milczenie w kwestii wspomnień, ale on i tak nie zaprząta sobie głowy odkryciem prawdy.
Tak samo nie zaprząta sobie głowy zwyczajnym życiem. Nie pracuje zawodowo, nie ma głębszych związków z ludźmi, wykorzystuje ich do swoich celów. Jakich? Po prostu: docierać do momentu, w którym słyszy dzwonienie i czuje mrowienie, w których nie będzie czuć sztuczności własnych działań, żeby otwierać lodówkę i tylko to – bez myślenia o otwieraniu lodówki. To znaczy, jak w pułapkę łapią go rzeczy najzwyklejsze: hałasy we kamienicy, w której kiedyś pewnie mieszkał (chociaż nie jest tego pewny), smród smażonej wątroby wieprzowej, dźwięki gry na pianinie, potem – głupi incydent w warsztacie samochodowym. I jeszcze inne historie, coraz bardziej sensacyjne.
To, czego bezimienny mężczyzna bezwiednie poszukuje, ale właściwie poszukuje się za niego, a on tylko podąża za impulsami, to tworzenie siatki połączeń, linii, które łączą w ogóle nieprzystawalne do siebie rzeczy. Lubi sobie wyobrażać, że Ziemię oplatają sieci połączeń. Dlatego tropi powtarzalność, rytmy, symetrie. Jednocześnie zaś tęskni za autentycznością, odczuwaniem danej chwili i bycia w tej chwili – bez drugiego dna. Co zabawne, bezimienny odwołuje się do gry Roberta de Niro z filmu, który widział w kinie. Gra aktora wydaje mu się najbardziej autentyczną i bez zapośredniczeń. Stosuje więc swoistą przemoc wobec życia, niesamowitym nakładem sił stara się przywrócić banalną chwilę, stara się ją złapać w pułapkę nieustannego powtarzania, pętli czasowej, a wtedy, gdy mu się udaje, i nie musi wcale uczestniczyć w reenactment, wystarcza mu świadomość, że ono się dzieje dzień i noc, nieustannie odtwarza, bez znaczenia, traci przytomność, leży w malignie, nawiedzany przez serie wizji.
Zasada odwrócenia, widoczna przy opinii na temat gry aktora i zwykłego życia, przewija się we wszystkich działaniach, jakie podejmuje bohater „Remaindera”. Gdy rozmawia o inwestowaniu pieniędzy, większą jego uwagę niż sam ten fakt (elektryzujący pewnie dla jakichś 95% populacji ludzkiej) przyciąga wylana kawa, sposób, w jaki płynie i konsystencja, jaką przybiera na stole i rękawie. Rolę (wyśmianej tutaj w gruncie rzeczy) magdalenki przyjmuje rysa na ścianie WC podczas oblewania mieszkania jakiegoś nudnego kumpla. I tak dzieje się ciągle w trakcie tej książki. Nasz bohater podejmuje działania na wielką skalę dotyczące jednak słabo zauważalnej codzienności. Najpierw zatem wkłada niezwykłą energię w stworzenie na nowo kamienicy, jaką mgliście pamięta, z jej mieszkańcami, a nawet czarnymi kotami na czerwonym dachu (koty spadają co jakiś czas, zabijają się i trzeba je zastępować nowymi). Potem zaś szaleństwo odtworzeń jeszcze rośnie. Rusza więc odtworzony warsztat samochodowy, w którego kopii w baraku na Heathrow dzień i noc odgrywany jest pewien incydent. Ciągle odgrywana jest tu także dysproporcja pomiędzy wielką skalą prac i wysiłkiem włożonym w reenactment (pewnie można by tę dysproporcję wyjaśnić teorią entropii) a błahością i brakiem znaczenia odtwarzanych czynności.
Do czasu jednak. Z czasem prace nad odtworzeniem stają się tak bliskie działań rzeczywistych, wytartych jak stare szmaty, ale jednak mających prawdziwe, rzeczywiste reperkusje i konsekwencje, że się z nimi mieszają. „Remainder” nie kończy się bynajmniej jakimś pouczającym morałem, tkwi jednak mocno w głowie nie dając się łatwo przepędzić. Prosta w gruncie rzeczy i niezwykle konsekwentnie opowiedziana historia daje się interpretować na wielu poziomach.
Pierwszym jest pewnie odtworzenie psychiki osoby dotkniętej zespołem stresu pourazowego. Przeszłość, tak bardzo bolesna, że zepchnięta w nieświadomość, powraca jako zombie, nieuświadomiona i nieprzetrawiona.
Mimo, że powieść McCarthy’ego daje się odnieść do rozmaitych aspektów dzisiejszej rzeczywistości, chociażby do demonicznej roli korporacji, to i ma swoje znaczenie w obrębie polskich dyskusji o pamięci i o używaniu tejże. Mówi o obsesyjności pamięci, o jej wybiórczości, o jej związkach z emocjami. W Polsce lubi się odtworzenia scen historycznych - te wszystkie Grunwaldy i Wiktorie Wiedeńskie - i wciąż za rzadko dokonuje się interpretacji tych działań w kontekście kondycji psychicznej społeczeństwa.
Oczywiście, „Remainder” nie daje się sprowadzić do roli narzędzia w polskich dyskusjach o pamięci. Sam autor książki jest postacią wartą zainteresowania. Odebrał wykształcenie literackie, lecz do literatury ma stosunek nieortodoksyjny. Uważa mianowicie, że tkwi ona w martwym obiegu skostniałych gestów związanych z odbiorem. Uważa, że kontakt ze sztukami plastycznymi może podziałać ożywczo. Prowadzi Międzynarodowe Towarzystwo Nekronautyczne i publikuje manifesty, miał także wystawy, podczas których inscenizował rodzaj wielkiego biura wydającego komunikaty będące przetworzonymi wiadomościami z mass mediów.
Jednak „Remainder” jest powieścią, a nie wynikiem jakiejś akcji, jak zastrzega autor. A jego bohater nie ma żadnych ciągot artystycznych, nie należy do intelektualistów, nie jest członkiem żadnego establishmentu ani żadnej socjety. Jego psychika została zmiażdżona wypadkiem, jednak on nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów tej katastrofy. „Remainder” nie jest także powieścią psychologiczną. To raczej spokojny i konsekwentny opis zachowania będącego wynikiem stresu pourazowego. To wynik myślowego eksperymentu „co by było gdyby ofiara takiego stresu miała nieograniczone możliwości finansowe”… Ten ostatni element zdaje się być najbardziej wymowny w postliberalnym świecie.
PS Dziękuję Jadwidze Sawickiej za zwrócenie mi uwagi na tę książkę.
recenzja z The New York Times Review of Books
rozmowa z Tomem McCarthy
Znalazłszy Naza, który wiedział jak załatwić najbardziej nieoczekiwane rzeczy i nie zadawał pytań typu „dlaczego”, „w jakim celu”, „po co” (ci, którzy takie pytania zadali bądź usiłowali lansować własne pomysły, szybko wylatywali z pracy przy reenactment), bezimienny facet zaczyna działać. Wiodą go silne, lecz bliżej nieokreślone obsesje, fale mglistych przeczuć, wyblakłych obrazów, które mają zwyczaj materializować się nieoczekiwanie w jakimś przedmiocie, zdarzeniu i miejscu. Tak więc, jadąc na spotkanie z brokerem, gdy zyskał niewyobrażalną sumę pieniędzy jako odszkodowanie, od nieokreślonej firmy? agencji?, staje przy wejściu do stacji metra i zaczyna żebrać. Dzieje się to jednak niespektakularnie, nikt nie zwraca uwagi, szybko się kończy. Nieważna sama czynność, ważne porzucenie na chwilę poczucia wtórności, powtarzania. Szybko zresztą okazuje się, że w książce zrezygnowano w ogóle z tropu kryminalnego. Nie znajdzie się tu w ogóle dociekania co się zdarzyło i kto to spowodował. Bohater nie zaprząta sobie głowy bynajmniej tym kto okaleczył jego psychikę. Nie pyta, nie poszukuje, nie dąży do zemsty. Warunkiem zachowania przez niego pieniędzy było milczenie w kwestii wspomnień, ale on i tak nie zaprząta sobie głowy odkryciem prawdy.
Tak samo nie zaprząta sobie głowy zwyczajnym życiem. Nie pracuje zawodowo, nie ma głębszych związków z ludźmi, wykorzystuje ich do swoich celów. Jakich? Po prostu: docierać do momentu, w którym słyszy dzwonienie i czuje mrowienie, w których nie będzie czuć sztuczności własnych działań, żeby otwierać lodówkę i tylko to – bez myślenia o otwieraniu lodówki. To znaczy, jak w pułapkę łapią go rzeczy najzwyklejsze: hałasy we kamienicy, w której kiedyś pewnie mieszkał (chociaż nie jest tego pewny), smród smażonej wątroby wieprzowej, dźwięki gry na pianinie, potem – głupi incydent w warsztacie samochodowym. I jeszcze inne historie, coraz bardziej sensacyjne.
To, czego bezimienny mężczyzna bezwiednie poszukuje, ale właściwie poszukuje się za niego, a on tylko podąża za impulsami, to tworzenie siatki połączeń, linii, które łączą w ogóle nieprzystawalne do siebie rzeczy. Lubi sobie wyobrażać, że Ziemię oplatają sieci połączeń. Dlatego tropi powtarzalność, rytmy, symetrie. Jednocześnie zaś tęskni za autentycznością, odczuwaniem danej chwili i bycia w tej chwili – bez drugiego dna. Co zabawne, bezimienny odwołuje się do gry Roberta de Niro z filmu, który widział w kinie. Gra aktora wydaje mu się najbardziej autentyczną i bez zapośredniczeń. Stosuje więc swoistą przemoc wobec życia, niesamowitym nakładem sił stara się przywrócić banalną chwilę, stara się ją złapać w pułapkę nieustannego powtarzania, pętli czasowej, a wtedy, gdy mu się udaje, i nie musi wcale uczestniczyć w reenactment, wystarcza mu świadomość, że ono się dzieje dzień i noc, nieustannie odtwarza, bez znaczenia, traci przytomność, leży w malignie, nawiedzany przez serie wizji.
Zasada odwrócenia, widoczna przy opinii na temat gry aktora i zwykłego życia, przewija się we wszystkich działaniach, jakie podejmuje bohater „Remaindera”. Gdy rozmawia o inwestowaniu pieniędzy, większą jego uwagę niż sam ten fakt (elektryzujący pewnie dla jakichś 95% populacji ludzkiej) przyciąga wylana kawa, sposób, w jaki płynie i konsystencja, jaką przybiera na stole i rękawie. Rolę (wyśmianej tutaj w gruncie rzeczy) magdalenki przyjmuje rysa na ścianie WC podczas oblewania mieszkania jakiegoś nudnego kumpla. I tak dzieje się ciągle w trakcie tej książki. Nasz bohater podejmuje działania na wielką skalę dotyczące jednak słabo zauważalnej codzienności. Najpierw zatem wkłada niezwykłą energię w stworzenie na nowo kamienicy, jaką mgliście pamięta, z jej mieszkańcami, a nawet czarnymi kotami na czerwonym dachu (koty spadają co jakiś czas, zabijają się i trzeba je zastępować nowymi). Potem zaś szaleństwo odtworzeń jeszcze rośnie. Rusza więc odtworzony warsztat samochodowy, w którego kopii w baraku na Heathrow dzień i noc odgrywany jest pewien incydent. Ciągle odgrywana jest tu także dysproporcja pomiędzy wielką skalą prac i wysiłkiem włożonym w reenactment (pewnie można by tę dysproporcję wyjaśnić teorią entropii) a błahością i brakiem znaczenia odtwarzanych czynności.
Do czasu jednak. Z czasem prace nad odtworzeniem stają się tak bliskie działań rzeczywistych, wytartych jak stare szmaty, ale jednak mających prawdziwe, rzeczywiste reperkusje i konsekwencje, że się z nimi mieszają. „Remainder” nie kończy się bynajmniej jakimś pouczającym morałem, tkwi jednak mocno w głowie nie dając się łatwo przepędzić. Prosta w gruncie rzeczy i niezwykle konsekwentnie opowiedziana historia daje się interpretować na wielu poziomach.
Pierwszym jest pewnie odtworzenie psychiki osoby dotkniętej zespołem stresu pourazowego. Przeszłość, tak bardzo bolesna, że zepchnięta w nieświadomość, powraca jako zombie, nieuświadomiona i nieprzetrawiona.
Mimo, że powieść McCarthy’ego daje się odnieść do rozmaitych aspektów dzisiejszej rzeczywistości, chociażby do demonicznej roli korporacji, to i ma swoje znaczenie w obrębie polskich dyskusji o pamięci i o używaniu tejże. Mówi o obsesyjności pamięci, o jej wybiórczości, o jej związkach z emocjami. W Polsce lubi się odtworzenia scen historycznych - te wszystkie Grunwaldy i Wiktorie Wiedeńskie - i wciąż za rzadko dokonuje się interpretacji tych działań w kontekście kondycji psychicznej społeczeństwa.
Oczywiście, „Remainder” nie daje się sprowadzić do roli narzędzia w polskich dyskusjach o pamięci. Sam autor książki jest postacią wartą zainteresowania. Odebrał wykształcenie literackie, lecz do literatury ma stosunek nieortodoksyjny. Uważa mianowicie, że tkwi ona w martwym obiegu skostniałych gestów związanych z odbiorem. Uważa, że kontakt ze sztukami plastycznymi może podziałać ożywczo. Prowadzi Międzynarodowe Towarzystwo Nekronautyczne i publikuje manifesty, miał także wystawy, podczas których inscenizował rodzaj wielkiego biura wydającego komunikaty będące przetworzonymi wiadomościami z mass mediów.
Jednak „Remainder” jest powieścią, a nie wynikiem jakiejś akcji, jak zastrzega autor. A jego bohater nie ma żadnych ciągot artystycznych, nie należy do intelektualistów, nie jest członkiem żadnego establishmentu ani żadnej socjety. Jego psychika została zmiażdżona wypadkiem, jednak on nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów tej katastrofy. „Remainder” nie jest także powieścią psychologiczną. To raczej spokojny i konsekwentny opis zachowania będącego wynikiem stresu pourazowego. To wynik myślowego eksperymentu „co by było gdyby ofiara takiego stresu miała nieograniczone możliwości finansowe”… Ten ostatni element zdaje się być najbardziej wymowny w postliberalnym świecie.
PS Dziękuję Jadwidze Sawickiej za zwrócenie mi uwagi na tę książkę.
recenzja z The New York Times Review of Books
rozmowa z Tomem McCarthy
10.2.10
Rytuały: narzekanie
Odkąd pracuję w instytucjach, doskonale opanowałam rytuał narzekania. Och, jak dobrze go znam! Narzeka się wszędzie. Od narzekania rozpoczyna się dzień, bywa, że i kończy się na nim. W czasach gdy byłam mniej doświadczona i bardziej dawałam się wciągać w rozmaite emocjonalne szantaże i rozgrywki stosowane w instytucjach, bywało, że narzekanie stawało się dla mnie jedynym wyjściem. Jeśli nie narzekanie, to albo plotki, albo ucieczka do biblioteki. To, co teraz zdaje mi się teraz oczywiste, wtedy takie nie było. Nie zawsze praca w bibliotece zdawała mi się dobrym rozwiązaniem. Pragnęłam towarzyszy niedoli, pragnęłam potwierdzenia, że i inni cierpią na niewygodę pracy w instytucji, że ich uwierają i wręcz obrażają ich zdrowy rozsądek, godność, dobry smak, wymogi instytucjonalnego życia. Dzisiaj myślę zresztą, że to wszystko: przerost biurokracji, marnowanie czasu i zdolności zatrudnionych ludzi, wcale nie doskwierałoby tak bardzo, gdyby ktoś dał nam możliwość identyfikacji – z szefem bądź z samą instytucją. Nikt jednak nie wpadł na ten prosty pomysł. Nigdy mi nikt nie dał takiej możliwości – w żadnej z instytucji, w których miałam okazję spędzać dużą część swojego życia (czytaj: pracować).
Kompleks odrzucenia, poczucie obcości w stosunku do miejsca pracy zdają się być główną przyczyną narzekania. Wystarczyłoby tak niewiele: dać ludziom poczucie sensu. Pomyślcie jakie to proste. Sens, a nie czasochłonne i kosztowne, angażujące reformy instytucji, restrukturyzacje itp. Gdyby ludzie poczuli, że im zależy, to łatwiej by znosili arogancję różnych panów i pań zaopatrzeniowców, księgowych, technicznych i innych Wielce Ważnych Person Trzęsących Instytucjami Kultury (nie są nimi bynajmniej osoby odpowiedzialne za program). Narzekanie to zatem reakcja na poczucie osierocenia, porzucenia, może nawet zdrady w instytucjach. Jest to bez mała uniwersalny sposób na spędzanie czasu. Jak inaczej wytrzymać, gdy trzeba odsiedzieć swoje 8 godzin, a przecież tego czasu nie da się całości przepracować twórczo (jak pisał Bursa „poeta cierpi za miliony od 8 do 16” i jest w tym głęboka prawda), nie da się przez 8 godzin ciurkiem czytać, robić research do nowych projektów czy chociażby wypisywać umowy lub załatwiać ubezpieczenia bądź transporty. Tak więc, żeby zachować minimum poczucia dystansu do instytucji i szacunku do siebie, narzeka się.
Narzeka się, bo to daje poczucie wspólnoty. Rytuał ten pozwala zobaczyć, że nie jesteśmy sami. Jest nas mnóstwo i wszyscy cierpimy.
Jednak narzekanie uzależnia, z czasem narzeka się więcej i więcej. I poprzestaje się na nim, bowiem czynność ta niezwykle wyczerpuje, drenuje organizm z energii. Pamiętajmy więc, że narzekanie pozbawia woli działania. To dlatego szefowie je co najmniej tolerują. W gruncie rzeczy działa na korzyść tych szefów, którym się nie chce. Pewnie i oni w swoim gronie narzekają.
Kompleks odrzucenia, poczucie obcości w stosunku do miejsca pracy zdają się być główną przyczyną narzekania. Wystarczyłoby tak niewiele: dać ludziom poczucie sensu. Pomyślcie jakie to proste. Sens, a nie czasochłonne i kosztowne, angażujące reformy instytucji, restrukturyzacje itp. Gdyby ludzie poczuli, że im zależy, to łatwiej by znosili arogancję różnych panów i pań zaopatrzeniowców, księgowych, technicznych i innych Wielce Ważnych Person Trzęsących Instytucjami Kultury (nie są nimi bynajmniej osoby odpowiedzialne za program). Narzekanie to zatem reakcja na poczucie osierocenia, porzucenia, może nawet zdrady w instytucjach. Jest to bez mała uniwersalny sposób na spędzanie czasu. Jak inaczej wytrzymać, gdy trzeba odsiedzieć swoje 8 godzin, a przecież tego czasu nie da się całości przepracować twórczo (jak pisał Bursa „poeta cierpi za miliony od 8 do 16” i jest w tym głęboka prawda), nie da się przez 8 godzin ciurkiem czytać, robić research do nowych projektów czy chociażby wypisywać umowy lub załatwiać ubezpieczenia bądź transporty. Tak więc, żeby zachować minimum poczucia dystansu do instytucji i szacunku do siebie, narzeka się.
Narzeka się, bo to daje poczucie wspólnoty. Rytuał ten pozwala zobaczyć, że nie jesteśmy sami. Jest nas mnóstwo i wszyscy cierpimy.
Jednak narzekanie uzależnia, z czasem narzeka się więcej i więcej. I poprzestaje się na nim, bowiem czynność ta niezwykle wyczerpuje, drenuje organizm z energii. Pamiętajmy więc, że narzekanie pozbawia woli działania. To dlatego szefowie je co najmniej tolerują. W gruncie rzeczy działa na korzyść tych szefów, którym się nie chce. Pewnie i oni w swoim gronie narzekają.
5.2.10
Kobieta, która nie lubi złych kryminałów
Tylko 17% przeczytanych kryminałów uważam za stratę czasu.
KOBIETA siedziała przy dużym drewnianym stole i kręciła głową. Jej oczy pociemniały z niezadowolenia. Ostatnio nie czytała dużo, lecz teraz złapała to, co wpadło jej pod rękę. Miała do siebie pretensję. Przez chwilę patrzyła przez okno. Przed nią piętrzyła się w nieładzie sterta kartek. „Jak miło by było… – pomyślała. Jak miło gdybym w ogóle tego nie zrobiła”.
***
Przeczytałam w końcu książkę Stiega Larssona, od której nie można było się opędzić. Sterty opasłych tomów w każdym empiku, szybkie wydanie kolejnych części, dodruki, wydanie w twardej oprawie, sprzedaż wiązana całej trylogii przed Bożym Narodzeniem. Wydawnictwo Santorski doskonale poradziło sobie z towarem do opchnięcia.
Grubaśna cegła, którą - jak głoszą entuzjaści - czyta się bez bólu. Pierwszy tom ma ponad 500 stron, pozostałe dwa – jeszcze więcej. W pamięci miałam wiele dobrych recenzji, lecz do przeczytania książki ostatecznie przekonał mnie entuzjastyczny felieton Kingi Dunin, dotyczący zresztą także filmu, bo i film wyszedł na fali sukcesu, ponoć gorszy niż książka.
Czytałam, czytałam, czytałam i czytałam. I nadziwić się nie mogłam. Ta przegadana, naiwna i źle napisana historia narobiła tyle szumu? Jakim cudem?
Na pewno „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” mają kilka zalet. Jedną jest nietypowa i ciesząca serce m.in. Kingi Dunin postać jednej z bohaterek, Lisbeth Salander. Lisbeth jest nieprzystosowana społecznie, chorobliwie wręcz niezależna, mściwa, biseksualna i do tego – jest genialną researcherką oraz hakerką. Stara się żyć po swojemu i biada temu, kto chce się wtrącić. Lisbeth nie zna uczuć innych niż lęk, gniew i nienawiść.
Inny haczyk, na jaki mają się złapać widzowie, to nierównowaga sił: mały i niewiele znaczący (lecz poszukujący sprawiedliwości) zaatakował potężnego bogacza (którego życie składało się z samych szemranych interesów i ciemnych sprawek). Oczywiście, wszyscy sympatyzują z tym, co walczy w imię wartości i jest niby skazany na przegraną. A zatem biedny, lecz szlachetny dziennikarz, współwłaściciel niezależnego, cienko przędącego, lecz cenionego pisma, mierzy się z wielkim przedsiębiorcą – i przegrywa na własne życzenie. Potem zaś się odgrywa, a zemsta jego jest tak ogromna, dogłębna i wszechstronna, z oczyszczeniem kont bogacza i spowodowaniem jego zabójstwa, że aż staje się własną karykaturą.
Ów dziennikarz, Mikael Bloomkvist, jest dzieckiem szczęścia. Łatwo mu idzie z kobietami, które same się pchają do jego łóżka, a historie te nie pozostawiają żadnych konsekwencji i nie zmuszają go do jakiejkolwiek refleksji. Poza tym jednak w książce zdarza się mnóstwo rzeczy. Bogaci przemysłowcy finansują niezależnych dziennikarzy i ich pisma, dziennikarz odsiadując wyrok za zniesławienie czuje sie jak na wakacjach, starsze kobiety mają romanse z kilkanaście lat młodszymi mężczyznami, a nasz dziennikarz rozwiązuje zagadkę zaginięcia przez 40 laty kuzynki bogacza …
Całą to opowieść to naiwna bajka o złych proporcjach. Zbyt rozwlekły środek i zbyt zdawkowe zakończenie, w którym autor za wiele chciał upchnąć. Zakończenie… Relacja z bajkowo gigantycznego sukcesu Mikaela i dezercja z obowiązującego przez całą książkę styku opowiadania.
Larsson nie potrafi wnikać w psychikę opisanych ludzi. Wszystko im przychodzi za łatwo, rozterki i wątpliwości ani nimi nie wstrząsają, ani ich nie dręczą. Wszyscy, od pozytywnych bohaterów po psychopatów, są w gruncie rzeczy bezbarwni i jakoś tak w mieszczański sposób oczywisty. Mają swoje role i je spełniają, choćby Larsson rozpisywał się o ich swobodzie seksualnej czy psychopatii. Gadają za to ile wlezie, i to tłumaczą siebie – o zgrozo! -, nie pozostawiają spraw do domyślenia się.
Najbardziej zdumiewającym elementem w całej księdze – i to zarówno z punktu widzenia konstrukcji kryminału, jak i samej wymowy dzieła, jak w Polsce oceniono, przyjaznego feminizmowi i lewicowości, jest zakończenie. Dziennikarz wpada na trop seryjnego mordercy. Ten morderca – żeby było okropniej (i atrakcyjniej jednocześnie – wszystko w tej książce jest w podobny sposób przedobrzone) – przejął schedę po ojcu, tak więc mordowanie w tej rodzinie trwa już z 60 lat. Morderca pracuje systematycznie i wszystko ma dobrze zorganizowane, przez 40 lat nie zaliczył żadnej wpadki, a morduje z częstotliwością jednej, dwóch kobiet na rok, prowadząc dokumentację i poddając je okrutnym torturom, a na zewnątrz wiodąc żywot sympatycznego i trochę nieudolnego zarządcy przedsiębiorstwa.
Larsson nie zatrzymuje się ani na moment nad ofiarami. Przechodzi nad nimi do porządku dziennego, Bloomkvist nie ujawnia morderczego procederu mając lekką chandrę, ofiary przepadły na dnie morza i tak pozostały. Rodzina mordercy zajmie się wszystkim, zatuszuje dla dobra sprawy. Być może zidentyfikuje ofiary, być może skontaktuje się z rodzinami. W kryminale ta sprawa pozostaje nierozwiązana. Tytułowa nienawiść mężczyzn trwa. Ofiary nie mają prawa do żałoby. I jak Mikael może żyć z takim ciężarem?
A Lisbeth – żarliwa feministka? A przecież gdzieś w partiach początkowych dzieła mamy do czynienia z detalicznym opisem zemsty na psychopacie, któremu zdarzyło się być kuratorem sądowym dziewczyny. Czego ona nie robi? (i czegóż jej nie zrobiono?) Akt kończy się wytatuowaniem na brzuchu adwokata słów: „Jestem sadystyczną świnią, dupkiem i gwałcicielem”. Jak zwykle tak przesadnie, że aż groteskowo.
***
KOŁYSAŁA się na krześle leniwie. „I tak szybko wyleci z pamięci” – pomyślała. Wracając do sypialni zdała sobie sprawę, że czuje się znacznie lepiej.
KOBIETA siedziała przy dużym drewnianym stole i kręciła głową. Jej oczy pociemniały z niezadowolenia. Ostatnio nie czytała dużo, lecz teraz złapała to, co wpadło jej pod rękę. Miała do siebie pretensję. Przez chwilę patrzyła przez okno. Przed nią piętrzyła się w nieładzie sterta kartek. „Jak miło by było… – pomyślała. Jak miło gdybym w ogóle tego nie zrobiła”.
***
Przeczytałam w końcu książkę Stiega Larssona, od której nie można było się opędzić. Sterty opasłych tomów w każdym empiku, szybkie wydanie kolejnych części, dodruki, wydanie w twardej oprawie, sprzedaż wiązana całej trylogii przed Bożym Narodzeniem. Wydawnictwo Santorski doskonale poradziło sobie z towarem do opchnięcia.
Grubaśna cegła, którą - jak głoszą entuzjaści - czyta się bez bólu. Pierwszy tom ma ponad 500 stron, pozostałe dwa – jeszcze więcej. W pamięci miałam wiele dobrych recenzji, lecz do przeczytania książki ostatecznie przekonał mnie entuzjastyczny felieton Kingi Dunin, dotyczący zresztą także filmu, bo i film wyszedł na fali sukcesu, ponoć gorszy niż książka.
Czytałam, czytałam, czytałam i czytałam. I nadziwić się nie mogłam. Ta przegadana, naiwna i źle napisana historia narobiła tyle szumu? Jakim cudem?
Na pewno „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” mają kilka zalet. Jedną jest nietypowa i ciesząca serce m.in. Kingi Dunin postać jednej z bohaterek, Lisbeth Salander. Lisbeth jest nieprzystosowana społecznie, chorobliwie wręcz niezależna, mściwa, biseksualna i do tego – jest genialną researcherką oraz hakerką. Stara się żyć po swojemu i biada temu, kto chce się wtrącić. Lisbeth nie zna uczuć innych niż lęk, gniew i nienawiść.
Inny haczyk, na jaki mają się złapać widzowie, to nierównowaga sił: mały i niewiele znaczący (lecz poszukujący sprawiedliwości) zaatakował potężnego bogacza (którego życie składało się z samych szemranych interesów i ciemnych sprawek). Oczywiście, wszyscy sympatyzują z tym, co walczy w imię wartości i jest niby skazany na przegraną. A zatem biedny, lecz szlachetny dziennikarz, współwłaściciel niezależnego, cienko przędącego, lecz cenionego pisma, mierzy się z wielkim przedsiębiorcą – i przegrywa na własne życzenie. Potem zaś się odgrywa, a zemsta jego jest tak ogromna, dogłębna i wszechstronna, z oczyszczeniem kont bogacza i spowodowaniem jego zabójstwa, że aż staje się własną karykaturą.
Ów dziennikarz, Mikael Bloomkvist, jest dzieckiem szczęścia. Łatwo mu idzie z kobietami, które same się pchają do jego łóżka, a historie te nie pozostawiają żadnych konsekwencji i nie zmuszają go do jakiejkolwiek refleksji. Poza tym jednak w książce zdarza się mnóstwo rzeczy. Bogaci przemysłowcy finansują niezależnych dziennikarzy i ich pisma, dziennikarz odsiadując wyrok za zniesławienie czuje sie jak na wakacjach, starsze kobiety mają romanse z kilkanaście lat młodszymi mężczyznami, a nasz dziennikarz rozwiązuje zagadkę zaginięcia przez 40 laty kuzynki bogacza …
Całą to opowieść to naiwna bajka o złych proporcjach. Zbyt rozwlekły środek i zbyt zdawkowe zakończenie, w którym autor za wiele chciał upchnąć. Zakończenie… Relacja z bajkowo gigantycznego sukcesu Mikaela i dezercja z obowiązującego przez całą książkę styku opowiadania.
Larsson nie potrafi wnikać w psychikę opisanych ludzi. Wszystko im przychodzi za łatwo, rozterki i wątpliwości ani nimi nie wstrząsają, ani ich nie dręczą. Wszyscy, od pozytywnych bohaterów po psychopatów, są w gruncie rzeczy bezbarwni i jakoś tak w mieszczański sposób oczywisty. Mają swoje role i je spełniają, choćby Larsson rozpisywał się o ich swobodzie seksualnej czy psychopatii. Gadają za to ile wlezie, i to tłumaczą siebie – o zgrozo! -, nie pozostawiają spraw do domyślenia się.
Najbardziej zdumiewającym elementem w całej księdze – i to zarówno z punktu widzenia konstrukcji kryminału, jak i samej wymowy dzieła, jak w Polsce oceniono, przyjaznego feminizmowi i lewicowości, jest zakończenie. Dziennikarz wpada na trop seryjnego mordercy. Ten morderca – żeby było okropniej (i atrakcyjniej jednocześnie – wszystko w tej książce jest w podobny sposób przedobrzone) – przejął schedę po ojcu, tak więc mordowanie w tej rodzinie trwa już z 60 lat. Morderca pracuje systematycznie i wszystko ma dobrze zorganizowane, przez 40 lat nie zaliczył żadnej wpadki, a morduje z częstotliwością jednej, dwóch kobiet na rok, prowadząc dokumentację i poddając je okrutnym torturom, a na zewnątrz wiodąc żywot sympatycznego i trochę nieudolnego zarządcy przedsiębiorstwa.
Larsson nie zatrzymuje się ani na moment nad ofiarami. Przechodzi nad nimi do porządku dziennego, Bloomkvist nie ujawnia morderczego procederu mając lekką chandrę, ofiary przepadły na dnie morza i tak pozostały. Rodzina mordercy zajmie się wszystkim, zatuszuje dla dobra sprawy. Być może zidentyfikuje ofiary, być może skontaktuje się z rodzinami. W kryminale ta sprawa pozostaje nierozwiązana. Tytułowa nienawiść mężczyzn trwa. Ofiary nie mają prawa do żałoby. I jak Mikael może żyć z takim ciężarem?
A Lisbeth – żarliwa feministka? A przecież gdzieś w partiach początkowych dzieła mamy do czynienia z detalicznym opisem zemsty na psychopacie, któremu zdarzyło się być kuratorem sądowym dziewczyny. Czego ona nie robi? (i czegóż jej nie zrobiono?) Akt kończy się wytatuowaniem na brzuchu adwokata słów: „Jestem sadystyczną świnią, dupkiem i gwałcicielem”. Jak zwykle tak przesadnie, że aż groteskowo.
***
KOŁYSAŁA się na krześle leniwie. „I tak szybko wyleci z pamięci” – pomyślała. Wracając do sypialni zdała sobie sprawę, że czuje się znacznie lepiej.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



