11.4.15

centrum i interior - cd.

Optymistycznym i ważnym zjawiskiem jest zjawisko odradzania się galerii w tzw. mniejszych, prowincjonalnych ośrodkach. W niektórych miastach galerie znakomicie funkcjonowały od transformacji po dziś dzień wyznaczając standardy wprowadzania ambitniejszej kultury do środowisk mających własne potrzeby, własne historie: mniejszych, co nie znaczy peryferyjnych. Jest to po prostu inny model instytucji.
Tego typu instytucje pełniły rolę zwornika ambicji modernizujących lokalnego środowiska działając wedle modelu charyzmatyczny dyrektor i koło przyjaciół wokół niego. Mają na swoim koncie mnóstwo znakomitych, nowatorskich dokonań. Lubelskie BWA było pionierem
wystawiania i promowania performance w Polsce.
W tym kontekście wymienia się zawsze BWA w Zielonej Górze, Białymstoku, od trzech lat – w Tarnowie. I świetnie – bo to są niezwykłe, bardzo dobre galerie. Jednak, nie rozpoznaje się specyfiki i okoliczności działania takich galerii. Opisuje się je jako peryferyjne, przejmujące systemy wartości wzięte z centrum. Jest to kompletna bzdura, wynikająca przeniesienia wartości centrum na terytoria, na których działają galerie. Ich rola jest niezwykle ważna i jest ich o wiele więcej niż wymienione, począwszy od Słupska, poprzez Legnicę, Gorzów Wielkopolski, Opole, Jelenią Górę, po Katowice (przecież wielkie miasto i metropolia!), i dalej - po Kalisz, Tarnów, Nowy Sącz, Sanok – i pewnie moi czytelnicy dodadzą więcej przykładów.

30.3.15

centrum czy interior

Gdzie znajduje się instytucjonalne centrum sztuki polskiej? W ogóle centrum sztuki polskiej (mam spore zastrzeżenia do hasła "sztuka polska", ale posługuję się nim użytkowo).
Oto jest pytanie. Czy, jak protekcjonalnie sugerował Adam Mazur, owo cytowane centrum znajduje się w instytucjach w warszawskim centrum, włączywszy w to łaskawie Muzeum Sztuki w Łodzi i ewentualnie - jednak prowadzone przez osobę z Warszawy - Muzeum Współczesne Wrocław? Ostatnio Artur Żmijewski, który dość naiwnie, pogłębił owe analizy z pozycji zatroskanego, ale wciąż tkwiącego w układzie władzy, znajdującego pola odniesienia wyłącznie w centrum, jedynego pola odniesienia, rozdającego pieniądze i dystynkcje. Być może jednak owo centrum: źródło nowych definicji instytucji kultury, pracy z odbiorcami - znajduje się jednak na zewnątrz bezrefleksyjnie uznanego centrum, w interiorze? Co ze świetnymi instytucjami i uczelniami, które nie znajdują odzewu w oficjalnym / medialnym dyskursie?

Bardzo obiecującym zjawiskiem ostatnich lat w polskim życiu artystycznym jest odrodzenie lokalnych galerii publicznych poza centrum.

cdn.

24.3.15

muzea?

Nie rozumiem szału związanego z muzeami sztuki współczesnej. 
Czy rzeczywiście wiemy czym jest muzeum? Część z tych, które powstały dopiero co, wyczerpuje definicje centrum sztuki współczesnej, większej galeriii autorskiej - i dobrze. Po co od razu ambicje, żeby tworzyć muzeum? Wystarczy poczytać ustawę o muzeach, żeby się przekonać jakie są wymogi. Ustawa mówi o muzeach nierejestrowanych i rejestrowanych. Jeśli chodzi o te pierwsze, to obowiązuje tutaj wielka dowolność. Te drugie sa niewątpliwie bardziej kontrolowane, więc także bardziej godne zaufania, merytoryczne, produkujące wiedzę, zostały objęte kontrolą naukowąi respektują odgórne wymogi. Z tego też powodu mogą liczyć na państwową dotację.
Muzea rejestrowane są wpisane na listę Ministerstwa. Reszta: hulaj dusza! Ja też mogę założyć muzeum w swojej pracowni czy w mieszkaniu. Nie ma właściwie żadnych wytycznych dotyczących kryteriów muzealności placówek nierejestrowanych. Można nazwać „coś” muzeum i owo „coś” może być czymkolwiek. Nie musi zatrudniać kustoszy, nie musi wypełniać triady „upamiętnianie, badanie, uprzystępnianie””, nie musi w ogóle pamiętać o swojej roli w kształtowaniu pamięci, nie musi spełniać wymogów ustawy, pełna dowolność. Dlatego wiele muzeów sztuki współczesnej nie jest w gruncie rzeczy muzeami, a rodzajem większych galerii. Co najwyżej centrami sztuki współczesnej.
Glos ten poddaję pod dyskusję. Być może niektóre centra sztuki współczesnej są bardziej muzeami niż wielkimi galeriami?
Ale też skąd pęd wielu galerii, zeby obciążać się tworzeniem kolekcji?

3.3.15

I had a farm in Africa

Krytyka sztuki jest tworzeniem literatury. Także i ją – sztukę słowa – obejmuje prawo pisania
Kiedy poznaję jakąś książkę i chcę zbadać czy mi na niej zależy, czytam pierwsze zdanie i ostatnie.
Właśnie przeczytałam książkę Joanny Bator „Wyspa łza”. Tak jak w przypadku „Chmurdalii" nie widzę powodu do jej stworzenia. Uderza mnie także styl autorki. Otóż, wyczuwam w nim przekonanie, że „pisanie”, czyli bycie pisarką przez duże "P", to pisanie kwieciste i zawieranie w każdym właściwie zdaniu porównań, parafraz, językowych ekwilibrystyk. Im bardziej wymyślnych, tym lepiej. Typu wielokrotnie już cytowane „chilli ostre jak seks”.
Rozmawiałam z moją mamą. I ona przytoczyła z kolei zdanie mojej siostry-tłumaczki (świetnej). Monika za najgenialniejsze (zapewne sama nazwałaby to w sposób o wiele bardziej wymowny i prosty) rozpoczęcie opowieści uważa „I had a farm in Africa”. Co mogę dodać?

2.3.15

Nowe / zmiana

Moi Drodzy Czytelnicy, dziękuję Wam za pamięć o blogu.  niedługo reaktywacja! Śledźcie zmiany i linki! Serdeczności!

4.12.13

Domek z kart

Melancholia i zbrodnie zawsze mnie interesowały i zrobię o tym wystawę. Zajmuje mnie krytyka jako projekt egzystencjalny.

9.10.13

Wystawa "Co pozostaje" w BWA Sokół, Nowy Sącz

otwarcie 18 października (piątek), godz. 18.00. 


Podczas wernisażu odbędzie się performance Ewy Zarzyckiej i Karoliny Oleksik "Zdarzyło się w przyszłości"

Kuratorka: Magdalena Ujma

Olaf Brzeski, Bogna Burska, Helen Ganly, Veli Granö, Polina Kanis, Jacob Kirkegaard, Rä di Martino, Lucia Nimcová, Karolina Niwelińska, Eugenio Percossi, Jadwiga Sawicka, Jacek Zachodny, Ewa Zarzycka i Karolina Oleksik

Co pozostaje to wystawa o psychicznych uzależnieniach w życiu codziennym. O poszukiwaniu bodźców emocjonalnych oraz ich uporczywym odtwarzaniu. O prywatnych rytuałach i nadmiernym zaabsorbowaniu najbliższym otoczeniem. I, wreszcie, o uzależnieniu od autoanalizy. Wystawa jest całościowym projektem, w którym splatają się różne sposoby prowadzenia narracji o emocjach i różne dyscypliny. Sztuki wizualne łączą się tutaj z literaturą i audioartem. Wystawa ma oddziaływać na zmysły i odwoływać się do wspomnień oraz indywidualnych skojarzeń widzów, a dźwięk, tekst i obraz mają się nawzajem uzupełniać.
Co pozostaje to również próba podejścia z innej niż zwykle strony do gorących idei polskiej sceny artystycznej, do pytań o użyteczność sztuki, jej moc zmieniania rzeczywistości. Wbrew popularnemu dzisiaj ujmowaniu tej problematyki, nasza perspektywa podkreśla subiektywne poznanie i oddaje głos wewnętrznym światom pojedynczych osób.

Jedną z inspiracji projektu jest powieść Toma McCarthy’ego „Remainder” (2005, polskie tłumaczenie ukazało się w 2013 roku nakładem WAB). Książka poświęcona jest utracie pamięci w wyniku stresu pourazowego i zagadnieniu re­-enactment. Początkowo rozpowszechniały ją galerie sztuki współczesnej. Tom McCarthy jest prezesem fikcyjnego Neuronautical Society i autorem wielu manifestów, a także akcji artystycznych.

Wystawie towarzyszyć będą projekcje filmów: "Zakochany bez pamięci", „Synekdocha”, „Rekonstrukcja”, warsztaty prowadzone przez grupę STUDNIA O., spotkanie z pisarzem, tłumaczem i krytykiem Janem Gondowiczem oraz katalog w postaci antologii tekstów literackich, podejmujących zagadnienie uzależnień psychicznych.



Helen Ganly, szkic instalacji realizowanej w BWA SOKÓŁ, 2013 © Helen Ganly 

 
Szkic do performance'u Ewy Zarzyckiej i Karoliny Oleksik Zdarzyło się w przyszłości, 2013 © Ewa Zarzycka & Karolina Oleksik




Partner wystawy:



Współfinansowanie wystawy:

Patronat medialny : 

11.9.13

Dzień jest za krótki (Kilka opowieści autobiograficznych


Otwarcie: piątek, 13.09.13, godz.19

Muzeum Współczesnej Wrocław

Wystawa będzie trwać do 21.10.2013

Kuratorka: Magdalena Ujma


Wystawa jest poświęcona autobiograficznym relacjom w najnowszej sztuce polskiej. Zaproszeni artyści opowiadają własne historie. Są to historie z życia wzięte, w których narracja zazwyczaj jest snuta w pierwszej osobie. Napięcie pomiędzy figurą autora a podmiotem dzieła z jednej strony, a z drugiej – pomiędzy fikcją a prawdą przedstawienia tworzy oś tej wystawy.

Słowa „dzień jest za krótki” to cytat z wypowiedzi pewnego dyrektora galerii, który jest również artystą. Wypowiedź dotyczyła niemożliwości pogodzenia aktywności artystycznej z zarządzaniem instytucją. Słowa stanowią jednocześnie wyraz frustracji osoby, która jest świadomym obserwatorem własnych życiowych wypadków i na bieżąco je komentuje, starając się nie przeoczyć niczego. Jej zmartwienie można nazwać troską diarysty.

Autobiograficzność sztuki najnowszej to rozległy temat, gąszcz tropów i możliwych podejść, zarazem artystycznych, jak i badawczych. Na wystawie wytyczone zostają dwie ścieżki. Pierwsza została już wymieniona: sprzeczności towarzyszące zapisywaniu własnego życia, frustracja diarysty. Jak zanotować wszystko? Dokonywać wyborów? Przewidzieć co w przyszłości będzie ważne? Drugi trop to z kolei historia, która odbija się i w osobistych zapiskach, i w bardziej kronikarskim notowaniu codzienności.

Wystawa „Dzień jest za krótki” skupi się na wybranych przykładach dokumentu osobistego. Pokaże wyraziste zastosowania pierwszoosobowej narracji, by zastanowić się dlaczego i w jakim celu artyści współcześni tak często bazują na własnej autobiografii, ujawniają siebie jako narratora opowieści.

W trakcie wernisażu odbędzie się performance Ewy Zarzyckiej oraz akcja artystyczna Malwiny Niespodziewanej „Urodziny”.

***
Artyści: Azorro, Basia Bańda, Wojciech Bąkowski, Agata Bogacka, Monika Drożyńska, Pola Dwurnik, Aneta Grzeszykowska, Elżbieta Jabłońska, Zuzanna Janin, Łukasz Jasturbczak & Małgorzata Mazur, Katarzyna Józefowicz, Katarzyna Kozyra, Robert Kuśmirowski, Maess, Cecylia Malik, Malwina Niespodziewana, Hanna Nowicka, Joanna Pawlik, Joanna Rajkowska, Wilhelm Sasnal, Maciej Sieńczyk, Janek Simon, Mariusz Tarkawian, Zorka Wollny, Ewa Zarzycka, Erwina Ziomkowska, Artur Żmijewski. 


Organizator: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu



A oto przedruk mojego esej do katalogu wystawy: Drugie życie autorów

26.8.13

Arsenał

Popieram protest przeciwko polityce władz Poznania w sprawie prowadzonej przez nią do tej pory Galerii Arsenał.

Jak w ciągu ostatnich lat się przekonaliśmy, w Polsce po 1989 roku stopniowo zanikało pojęcie dobra wspólnego na rzecz faworyzowania własności prywatnej. Początkowo było to zrozumiałe i witane entuzjastycznie. Rzeczywiście, właściciele działek mogą sobie na nich stawiać co chcą, a zatem Polska stała się wizualnym śmietniskiem, posiadając takie natężenie reklam wielkoformatowych przy drogach (i reklam na murach domów), że zaprzeczyło to nie tylko samej skuteczności reklamowania się czy też estetyce krajobrazu, lecz i komfortowi samych mieszkańców. Rzeczywiście, ludzie potrzebują gdzie pójść z dziećmi po kościele, gdzie byłoby sucho, ciepło, jasno i przyjemnie, nie byłoby żebraków, biedaków i pijaków. No to w całej Polsce wzdłuż i wszerz rosną wspaniałe galerie handlowe z palmami i wodotryskami, do których walą tłumy, szczególnie w soboty i niedziele. I tak dalej, przykłady można mnożyć: grodzone osiedla? (Trzeba być na własnym i odgrodzić się od hołoty). Zatłoczone ulice? (Przecież każdy może jeździć, no i spełniać podstawowe problemy życiowe, nie mieszając się z hołotą, nie marznąc, czekając na przystanku oraz – co jest moim ulubionym argumentem – nie wąchając czyjegoś… braku higieny). Brak miejsc parkingowych? (Spisek mieszkańców okolicznych wsi). Fatalna opieka zdrowotna, zły system edukacji? (Wina wszystkich, tylko nie nasza). A poczytajcie sobie na forach w Internecie, gdzie zasadniczą rolę odgrywa vox populi: kto temu winny? Przecież wiadomo, że za wszystko trzeba zapłacić. To proste: nie zarabiasz, to się nie skarż, że zły lekarz, kiepskie przedszkole. Chcesz dobrych usług? Płać.  

Owocem takiego myślenia jest również przekonanie, że na instytucjach kultury da się zaoszczędzić, a co więcej, mogą one zarabiać na siebie. Że kuratorzy i artyści to roszczeniowcy. Wiadomo przecież, że są dawcami usług. Chcesz mieć dobrą płacę? To rób tak, żeby tłumy waliły na twoją wystawę, a nie płacz i żeruj na pieniądzach podatnika, ty darmozjadzie.

Na tym zresztą nie koniec. Jak słusznie wskazała Agnieszka Graff, w Polsce zdarzył się przedziwny alians pomiędzy NGOsami a organami publicznej władzy. Zamiast budować społeczeństwo obywatelskie ze wszystkimi jego niuansami, NGOsy zaczęły wypełniać luki w działalności publicznej, zastępując instytucje kultury działające w interesie podatnika.

W tej chwili mamy do czynienia z rosnącą (jak się obawiam) falą myślenia "rynkowego" w kulturze, sprzyja temu tzw. kryzys finansowy, jakiemu obecnie stawiamy czoła. Konkurs na operatora Trafostacji w Szczecinie, którą wygrała nikomu nie znana firma, stworzona ad hoc przed konkursem, dobiegające stąd i zowąd głosy o "zachęcaniu" kuratorów do przejścia na kontrakty, a teraz sprawa przerwania w trakcie trwania konkursu na dyrektora w Galerii Arsenał w Poznaniu, świadczą o niebezpiecznym trendzie.

Funkcjonowanie publicznych instytucji kultury wraz z ich zespołami donaga się bez wątpienia reform. Jak słusznie wskazał Mikołaj Iwański, niefortunna dla nich była ustawa o samorządzie lokalnym, i przeniesienie władzy w zakresie prowadzenia instytucji kultury na poziom lokalny. To są być może choroby wieku dziecięcego, to traktowanie instytucji kultury jako synekury (o ile instytucje tego dotrwają).

Tak zatem dominującą wizją jest kultura sprywatyzowana. Nie każdy rodzaj kultury nadaje się jednak do prywatyzacji. Już tutaj nie wspominam nawet o podstawowych powinnościach władzy, reprezentującej różne grupy obywateli, nie mówię o potrzebie dobrej edukacji czy miejsc prawdziwie publicznych. Mówię o tym, że jeśli publiczne galerie zostaną sprywatyzowane, to będą wyłącznie zależały od dotacji na projekt - i wtedy zatracą swój charakter.

Dobro publiczne i dobro wspólne - najwyższy czas przypomnieć sobie ich znaczenie, żeby starczyło w naszych miejscach zamieszkania miejsca dla wszystkich. 

10.8.13

Gruzja jako fantazmat. Guerilla gardening




W końcu i ja trafiłam do Gruzji. I z tego powodu zaczynam rozumieć przyczyny miłości tak wielu osób z Polski do tego kraju. Są wśród nich nie tylko podróżnicy i turyści, ale ludzie sztuki, dziennikarze, reportażyści, nie wspominając o politykach. Ile książek dokumentujących tę fascynację powstało? A Pawilon Gruzji w Wenecji?



widok Mestii, sierpień 2013, fot. Social Photography Caucasus Foundation


Kolejka podróżnych w Katowicach-Pyrzowicach do destynacji Kutaisi jest specyficzna. Wrażenie potwierdza się gdy nad ranem odbieramy bagaże. Dredy, sportowe stroje, trekkingowo-wspinaczkowy ekwipunek: plecaki, pontony, rowery. Brak wydekoltowanych koszulek, powiewnych sukien, plastikowych klapków i kraciastych spodenek, charakteryzujących polskiego wczasowicza w Grecji czy Egipcie. Jedna dziewczyna, włosy zaplecione w warkoczyki, w hostelu nie da nam spać popisując się solowymi występami wokalnymi o rozpiętości od Janis Joplin po Edith Piaf.

Nie zapomnę widoku Gruzji z samolotu. (Realizacja marzenia: i co mam z nim począć?) Najpierw wschód słońca nad Morzem Czarnym, potem łańcuchy górskie i rzeki. Na płycie lotniska uderza nas powietrze wilgotne i przesiąknięte zapachem roślin. Pomaga mi współpasażer mówiący po gruzińsku, czego kompletnie nie rozumiem tak jak on mojej polszczyzny. Pomaga wynieść uśpione dziecko z samolotu, niesie mój bagaż. I tak potem już będzie, spontaniczna pomoc obcych ludzi. Jakby potwierdzała się obiegowa opinia, wyrażona na stronie radia Tok Fm: Gruzja to jeden z niewielu krajów na świecie, w którym naprawdę lubią Polaków. Doprawdy? A może jej mieszkańcy są otwarci na kontakt z innymi, niezależnie czy są Polakami, czy nie? Jednak zdanie takie grzeje nasze zakompleksione ego i to najważniejsze. Gruzja dostarcza nam przy tym bliskiej egzotyki, łatwiej osiągalnej i łatwiejszej do przyswojenia niż np. kraje arabskie czy Dalekiego Wschodu.

Wspomnę o wydarzeniu, które miałam okazję obserwować w Mestii, stolicy wysokogórskiego regionu Swanetia, dodajmy stolicy liczącej sobie trzy i pół tysiąca mieszkańców. Od kilku lat władze stawiają na rozwój turystyki. Stąd piorunująca (i uwodząca) mieszanka nowoczesności i archaiczności. Z jednej strony mamy spełnienie marzeń o wakacyjnej dzikości i kiepskich warunkach bytowania, dla których Gruzja tak nas pociąga: „prawdziwe średniowiecze” (jak czytałam w przewodnikach i słyszałam z ust turystów różnych nacji), kamienne wieże, polifoniczny śpiew przy obiedzie, tradycje klanowej zemsty i legendarna gościnność (mieszkańcy zdają się być niekiedy jej niewolnikami), do tego wysokie góry, wartkie rzeki oraz stare ikony. Z drugiej strony mamy już zaczątek patologii, która zabiła w Polsce Zakopane, Międzyzdroje czy Kazimierz nad Wisłą, gdzie nie ma ani krztyny spokoju i autentyczności. Nagabujące na ulicach babcie, guesthousy urządzone na środku placu budowy, stada chodzących luzem krów i psów. Kamienne centrum pachnie nowością, postawione od jednego projektu, wszystko jednolite, stylizowane na architekturę ludową. Jest piazza (skąd taka nazwa?), nowe-stare budynki ją okalające świecą pustkami, nie ma komu wynajmować ich pomieszczeń. W hotelu mieliśmy nasz własny Berghof z niezapomnianymi widokami z tarasu i możliwością leżakowania. Bo Mestia bardzo chce stać się nowym Davos. Turystyka zabije to miejsce, ale taka jest kolej rzeczy, mieszkańcy gdyby nadal uprawiali swoje poletka ziemniaków, śpiewali oraz jeździli konno, to z czasem staliby się eksponatami w wielkim skansenie, który i tak ktoś wykorzystałby dla celów zarobkowych.

W Mestii, na początku sierpnia, odbyła się druga po Zugdidi odsłona festiwalu „Art Active”. Jest to pierwszy festiwal street artu w Gruzji. Organizowany przez Social Photography Caucasus Foundation oraz GeoAIR Collaborative Cultural Projects, a także Internews Georgia, pod egidą Unii Europejskiej, ma za cel – jak rozumiem – niekoniecznie wykonanie znakomitych (i wiekopomnych – jak mawiał pewien artysta) dzieł, lecz zajmowanie się lokalnymi problemami, związanymi z ekologią, społeczeństwem obywatelskim, braniem spraw w swoje ręce. Podkreślano kreatywną działalność mieszkańców, zwłaszcza dzieci. Akcja w Mestii odbyła się z udziałem lokalnych szkół, pod kierownictwem Richarda Raynoldsa, pioniera ruchu guerilla gardening w UK. Za punkt wyjścia uznano lawinowy rozwój przemysłu turystycznego. Rozwój owocujący rosnącą ilością śmieci, które lądują w dolinach rzek, krzakach, przydomowych ogrodach.

Najpierw odbyło się oczyszczanie zakątków miasta z plastikowych butelek typu PET, szkła różnego koloru i innych odpadów. Następnie wszyscy chętni, wraz z uczniami i artystą, pod czujnym okiem grupy EU Monitoring, mogli uczestniczyć w akcji sadzenia roślin oraz zdobienia niewielkiego parku, znajdującego się w samym centrum, przy wspomnianej piazzy, naprzeciwko siedziby władz miasta oraz policji. Idea guerilla gardening wydała mi się w tym miejscu i w ogóle w Swanetii absurdalna. Osiedle typu miejskiego (jak opisano Mestię w Wikipedii) wciśnięte w wąską dolinę pomiędzy majestatycznymi szczytami Kaukazu, wszędzie króluje dzika przyroda, na której pastwę wydani są ludzie, nie potrzebuje partyzantki ogrodniczej, bo jest z nią od wieków za pan brat. Przyroda determinuje tutaj życie, uniemożliwia chociażby dostęp do miejscowości w miesiącach zimowych. Po co wprowadzać zwyczaj wzięty z przeludnionych metropolii Zachodu, oderwanych od rytmu pór roku? Mieszkańcy Mestii nie potrzebują powrotu do życia w zgodzie z naturą: posiadają własne działki, pola i ogrody. Do głowy nie przyszedłby im guerilla gardening, przeprowadza się tutaj raczej jego odwrotność: modernizację poprzez odgórnie podyktowaną stylizację na coś starego.

Nie rozumiem do końca akcji w Mestii, nie zamierzam jej jednak potępiać. Nie znam bowiem wszystkich jej kontekstów. Przypuszczam, że jej wartość może polegać na działaniu wspólnotowym, wzbudzaniu poczucia odpowiedzialności za przestrzeń publiczną, poprzez to nieszczęsne, męczące zbieranie śmieci. Turystyka w dzisiejszych czasach równa się wszak maksymalnemu i bezlitosnemu wyzyskowi danego miejsca. Wyjałowienie i góry śmieci to jej efekty. Akcja w Mestii może być dzwonkiem alarmowym dla władz i dla mieszkańców. "Patrzcie, turystyka może dać wam pracę i niezłe zarobki, ale przynosi też ze sobą wiele szkodliwych rzeczy". 


26.6.13

"Monstrualna infekcja zatok"*

Po jaką cholerę to napisała? Po co opublikowali? Tę Wiosnę w Pekinie. Przecież ktoś ją zaprosił, przecież pojechała tam, a właściwie poleciała z własnej woli. Jeśli dobrze zrozumiałam, na święto jednej z tamtejszych szkół, na spotkanie z dziećmi.

Dorota Masłowska popełniła wielostronicowy tekst, który językowy karnawał, nieustanny wysiłek, by być jak najbardziej zaskakującą, efektowną, uwodzącą czytelnika, wykorzystuje w celu przekazania piorunującej wiązki złych uczuć. Królują wśród nich: obrzydzenie, odrzucenie i pogarda. W tekście piętrzą się wieże określeń mające jak najprecyzyjniej oddać owe stany, po to, by hojnie zarażać nimi czytelnika. Taki styl pisania na pewno przełamuje monotonię odnoszenia się do Obcych z bagażem (pewnie niezrozumiałego dla wielu) szacunku, sytuacji, w której bada się samą siebie jako Obcą. Po co angażować się w tak ryzykowne przygody, skoro można wskoczyć w wydeptane tory naszości? Chcecie więcej? Proszę: ... Poza tym Warszawa zdaje się z perspektywy Pekinu wakacjami pod gruszą, Raciborzem, ogródkiem pełnym kapusty. (Dlaczego Racibórz? Ze względu na nazwę? No to może Wejherowo? a może punkty odniesienia nie z Polski?). ... Nawet Moskwa, której horyzont obleczony jest ołowianą wstążką spalin, wydaje się z tutejszej perspektywy do rany przyłóż. Te obserwacje wnikliwością przywołują uwagi, które pamiętam ze spotkania autorskiego z Andrzejem Stasiukiem w Świnoujściu. Samo miasto, w którym owa impreza się odbywała, jest niebywale ciekawe, ale my buszowaliśmy wyobraźnią po rozległych stepach. Liczyła się tylko Mongolia. Wstydliwie zatanawiałam się dlaczego i nie dostałam zadowalającej odpowiedzi. Chyba po prostu dlatego, że jest tak odmienna od nas, że inteligent o ciągotach eskapistycznych, nie lubiący swej grupy społecznej, zachwyca się czymś, czym nikt z tej grupy by się w jego mniemaniu nie zachwycał. Zachwalać kompletną nudę i monotonię stepów. No, kurewsko płasko tam jest. I dlatego tak megafajnie tam jest.

Największej wrażenie robią opisy miejsc, ludzi i sytuacji, które trudno przytoczyć, gdyż roztaczają się na całe akapity. Tam dopiero kwitnie kwiat pogardy. Okularów "Jestem z Europy", okularów wyższości kulturowej zdjąć się nie da. Przyrośnięte na amen. Kilka przykładów, ale w gruncie rzeczy na nich opiera się cały tekst.
... bycie Europejczykiem albo Amerykaninem w Pekinie przy tutejszej wartości pieniądza może szalenie ułatwić bycie sobą, kochanie siebie i posiadanych przedmiotów. Co drugie drzwi to salon masażu wszystkiego, gdzie mrowisko bezszelestnych masażystów w higienicznych maseczkach masuje ci paznokcie i rzęsy i rozsypuje płatki róż pod twoimi stopami. W restauracji zamówienie wszystkich potraw kosztuje 200 złotych, zjadasz po kęsie z każdej. a resztę odsyłasz. ...
Co innego na słynnym bazarze perełkowym. [...] Tu już trwa otwarta wojna, front. W gorączce przedmiotów i szmat walczysz o swoje elementarne prawo do niekupienia ich wszystkich, o swoje prawo do wyjścia stąd żywym, całym, z kompletem kończyn, za które sprzedawcy próbują cię złapać, zaciągnąć za kotarę i zgwałcić swoimi sukniami, kimonami, swoimi zestawami do herbaty. ... 

Ciekawe, że ludzie stamtąd w ogóle nie istnieją jako istoty ludzkie. Są męczącymi handlarzami na bazarze, nachalnymi masażystami, wrzaskliwymi chamami, pozbawionymi wszelkiej subtelności i myślącymi tylko o zarobku. Dorota Masłowska nie popełnia grzechu zaznajomienia się z mieszkańcami Pekinu, nie przychodzi jej na myśl, że męczący, niegustownie ubrany i nie znający angielskiego rozsypywacz płatków pod jej stopy, ma swoją historię. Pewnie pozostawił rodzinę na wsi, pracuje za grosze itp. itd.

Masłowska wciąż dostrzega ciekawostki, inteligentnie puentuje straszliwą niewygodę dziesięciodniowego pobytu w Chinach. W oczach pisarki, która liznęła trochę Pekinu i szalenie jej to nie odpowiadało estetycznie: co Polska, to nie Chiny. Dlaczego jednak Polska w oczach Masłowskiej ma uchodzić za wzór? To dopiero prowokacja. Taki passus: z głośników leciała chińska odpowiedź na Zbigniewa Wodeckiego i na motorynce przejeżdżał człowiek bez jednego boku - nie wiem jak to możliwe - śpiewając razem z wolalistą pełną piersią. Albo: Te okropne, spacyfikowane przez operację twarze, style, szampany. rajstopy z pumy i szpilki ze skóry wieloryba i energia osobista taka. że masz ochotę wrócić do Polski i zjeść dżem z Biedronki ręką. ... Piętrzą się te błyskotki anegdot i porównań, co jedna to smakowitsza: ... zamiast przewidywalnego pojazdu jednoosobowego - mamy elektryczną rakietofortecę,na którą wkłada się na oklep młodsze dziecko, starsze dziecko, jemu na kolana ciocię Ching z główką kapusty, starą matkę i kolegę (z jego rowerem w rękach) i jedzie się, gdzie nas koła poniosą pojadając wszyscy razem nasiona słonecznika z dziesięciokilowej torby. Najbardziej zdumiewa ta ukryta pogarda, brak prostej myśli o tym, skąd wzięła się ta sytuacja, brak docenienia ludzkiej wynalazczości i kreatywności, chęci zrozumienia, że oni nie jadą "dokąd koła poniosą", ale dokądś. Nie mam na myśli czułostkowych prób empatii w stosunku do kogoś, o kim nie ma się zielonego pojęcia i nie chce się go poznać. Tak jednak po prostu nie wypada pisać. Wystarczyłoby proste zrozumienie faktu, że Europa jest w Europie, a Azja w Azji. Że to oddzielny świat i nie ma sensu porównywanie, by oceniać. Nie mam ochoty cytować więcej złośliwych kawałków Doroty Masłowskiej, Jedyny sens jej donosu na rzeczywistość polega bowiem na tym, że obraziła się ona na Pekin, gdyż nie spełniał jej wyśrubowanych standardów higieniczno-estetycznych.

No tak, kwartał artystów mieści się - jakżeby inaczej - w dzielnicy przemysłowej, ludzie z modnego klubu są w złym guście, a taksówki przeraźliwie cuchną. Po co pisać o jakiejś podróży, skoro wzbudziła ona w autorce odruch wymiotny? Podzielić się obrzydzeniem? Zniechęcić innych do podróży? Hm, a może wszystko to fikcja, podrasowane doznania, po to, by sprzedać wyrazisty, atrakcyjny tekst, opis spełnionej antyutopii dla kolorowego magazynu?

Wymowa tekstu skłania do podejrzeń, że obrzydzenie pekińską wiosną jest wyłącznie pretekstem do rozwijania pawiego ogona jezyka. Pisarka oddaje się perwersyjnej grze, budując świat z odpadów, jej piętrowe metafory zbudowane są ze śmieci na wysypisku. Bo tylko język ją obchodzi, rzeczywistość jest tworzywem, niczym więcej. Język poniósł pisarkę. Myślenie o estetyce zabija myślenie o etyce. I to mam do zarzucenia tekstowi Doroty Masłowskiej z przedostatniego "Zwierciadła".

Szczelnie zamknięta na świat zewnętrzny figura podróżniczki, jaką buduje Masłowska (zapominając przy tym o podstawowej prawdzie: że to ona jest gościem tamtych ludzi, że sama jest Obca w tamtym świecie i tym ostrożniej powinna ferować wyroki), w gruncie rzeczy wynika z obezwładniającego lęku przed Innością. Polska tradycja reportażu, bazująca na szacunku dla Innych, Kapuściński, Szejnert, Szczygieł, Tochman, Jagielski, Hugo-Bader i wielu innych autorek i autorów, tutaj nie istnieje. Jest za to ple ple ple, bla bla bla. Nie wynika z tego nic oprócz może odruchu protestu u czytelnika. I tyle.


* Dorota Masłowska, Wiosna w Pekinie. "Zwierciadło" nr 6, 2013, s. 122:
Całą drogę siedziałam obok młodej,subtelnej, ubranej w manierze książęcej (koronki, złocenia) Chinki, mającej monstrualną infekcję zatok, co objawiało się siąkaniem, bezustannym kichaniem, głośny, połykaniem co większych porcji kataru oraz, jakby dla zachowania płodozmianu, zjadaniem kilogramowej torby ziaren słonecznika na godzinę.

19.6.13

Monika Drożyńska "Lornetka". Inauguracja projektu "Grodzka 5"

Otwarcie: czwartek, 20 czerwca, godz. 18:00, Lublin, ul. Grodzka 5A, 2. piętro, na klatce schodowej
Projekt będzie dostępny od poniedziałku do piątku w godz. 9:00-17:00

fot. Monika Drożyńska

Praca Moniki Drożyńskiej, zatytułowana "Lornetka", jest niewielką interwencją artystyczną w przestrzeń kamienicy przy ul. Grodzkiej 5, w miejscu do tej pory dostępnym tylko dla nielicznych, położonym na drugim piętrze wewnętrznej klatki schodowej. Znajdują się tutaj solidne drewniane drzwi i podest schodów. Ze struktury budynku wynika, że miejsce to znajduje się dokładnie w środku zrośniętych ze sobą trzech kamienic, których dotyczy nasz projekt, położonych przy ulicy Grodzkiej pod numerami 3, 5 i 5A. Gdy stanie się na progu, przy otwartych drzwiach, można zobaczyć to zrośnięcie się trzech kamienic jakby w przekroju. Drzwi jednak zazwyczaj pozostają zamknięte.

"Lornetka" to para wizjerów zamontowanych w drzwiach, które umożliwiają zajrzenie do rzeczywistości znajdującej się za drzwiami. Widok ten jest jednak fragmentaryczny i pozornie niezrozumiały. Widz musi zatem samodzielnie skonstruować sobie cały obraz, tak jak dzieje się to z obrazami przeszłości w naszej pamięci.

***
Odsłonięcie pracy Moniki Drożyńskiej stanowi zarazem otwarcie większego projektu "Grodzka 5". Powstał on z chęci zdobycia wiedzy o historii trzech staromiejskich kamienic, których architektura i losy splotły się ze sobą nierozłącznie. Owe kamienice, Grodzka 3, 5 i 5A, po wojnie związały się z życiem kulturalnym Lublina, stanowiąc siedziby galerii, pisma literackiego, teatru, jak również licznych stowarzyszeń twórczych. Projekt "Grodzka 5" tworzony jest przez Warsztaty Kultury - nową w tym miejscu instytucję . Ma na celu spojrzenie na historię od strony architektury, budynków, dokumentów, śladów materialnych, ale też pojedynczych ludzi i ich wspomnień związanych z tym miejscem. Jednocześnie powstaną nowe alternatywne historie dotyczące kamienic przy Grodzkiej.

Projekt "Grodzka 5" jest długoterminowy, będzie składał się z serii pojedynczych interwencji zaproszonych artystów. Powstanie także publikacja i większa wystawa.

Projekt "Grodzka 5"
Warsztaty Kultury

16.5.13

Bezbrzeżna nuda krytyki

Publikuję na blogu coraz rzadziej. Mówiąc szczerze, ostatnimi czasy moja aktywność kompletnie zamarła. A przecież dzieje się mnóstwo, do tego stopnia, że nie trzeba nawet nigdzie wyjeżdżać, bo pod nosem odbywają się wydarzenia godne odnotowania, zaopiniowania, dyskusji. Taki „Powrót do domu” opisany przez wszystkich („Obieg”, „Dwutygodnik” i „Magazyn Szum” plus Facebook i blogi). Zdecydowanie zrobił się… nomen omen… szum godny zresztą lepszej sprawy. Mnóstwo innych rzeczy. Choćby i ta, że na Zabłociu, przy samym Mocaku, pokazuje się spreparowane ciała chińskich skazańców. O wystawie, która jest reklamowana obficie w tramwajach jako edukacyjny cud ("Poznaj tajemnice ludzkiego ciała") i na którą chodzą wycieczki szkolne, cicho, oprócz niewielkiego pojękiwania na początku. Notabene, jest zlokalizowana tam, gdzie wielu artystów ma pracownie. Była Fabryka Miraculum, na Zabłociu, rzut beretem od Mocaku, gorzej: równie niedaleko od tzw. Fabryki Schindlera. Z innych rzeczy dziejących się TERAZ: wystawa Dwurnika w Narodowym (z kabotyńskimi, jak zwykle, wywiadami z autorem), nieszczęsna „Ekonomia i sztuka” otwarta prawie bez PR i wstydliwym cichaczem w Mocaku. Cały Miesiąc Fotografii, który śledziłam… w radiu. Znajomi przyjechali z Warszawy, popędzili oglądać wystawy poświęcone innemu spojrzeniu na modę w ramach Miesiąca. Znakomicie. Sama też się pofatyguję, ale incognito. Nie lubię otwarć. 

I przecież cała Wenecja. Wenecja, do której polecieć miał cały samolot polskich kuratorów. Tonąca Wenecja, która jakimś cudem jeszcze unosi się na powierzchni laguny jak mocno przybrudzona porcelanowa zastawa. Nieraz pisałam co sądzę o fetyszyzmie Biennale Weneckiego w polskim życiu art. Tymczasem w tym roku mamy po prostu nadreprezentację Polaków. Polska "reprezentacja" to wszak nie tylko dzwony Smoleńskiego, ale i kamikadze loggia kuratorowana przez Joannę Warszę, jeszcze i światowy sznyt Adama Budaka, a także udział Karoliny Breguły w rumuńskim pawilonie godzien jest odnotowania jako zwycięska obecność polskiej sztuki (piszę to z całą świadomością ironii), tam, gdzie króluje w tym roku Massimilano Gioni. No i oczywiście Fundacja Signum, i przeczytacie od sprawozdawców co jeszcze. Polska potrzeba symboli prestiżu i akceptacji w pełnej krasie. Mówił kiedyś znajomy Włoch od lat żyjący w Polsce, że z polskich mediów nijak dowiedzieć się o przebiegu międzynarodowych wydarzeń sportowych, jak i katastrof, bo media koncentrują się wyłącznie na udziale Polaków. Taki sam mechanizm dotyczy Biennale w Wenecji, poruszającego – jak widać – ważną potrzebę duszy polskiej.

Cieszę się oczywiście z sukcesów koleżanek i kolegów (także z Biennale Architektury), lecz śmieszy mnie drobiazgowe wyliczanie udziału Polaków i całe to napinanie muskułów. W gruncie rzeczy, Wenecja jest dla mnie ważna z zupełnie innych powodów. Ze względu na historię osobistą (byłam tu przewodnikiem), a także faktu, że mój ulubiony eseista Giorgio Agamben i mój ulubiony artysta Adrian Paci tutaj pracowali bądź nadal pracują. Trochę znaczy dla mnie fakt, że Donna Leon napisała serię kryminałów, ulokowaną właśnie tutaj, a zarabia nimi – jak twierdzi – na utrzymanie barokowej orkiestry. Jej uwaga, że Brunetti szybko przemykał ulicami i zastanawiał się na ilu to zdjęciach z całego świata widnieje w tle, widnieje w moim notesie z ważnymi cytatami czekając na wykorzystanie w jakimś tekście. Plus sztuka dawna. Plus społeczna i polityczna historia Wenecji dzisiaj.

Dla mnie dające do myślenia i ekscytujące wydarzenia działy się ledwie poza opłotkami Krakowa, ale  i to niedaleko. Nowy Sącz i Tarnów. Wzruszająca wystawa Grzegorza Sztwiertni w Nowym Sączu i otwarcie nowej siedziby BWA w Tarnowie. Pokazanie młodzieńczej twórczości artystów w zaawanswanym już wieku oraz młodość w pełnej krasie (nostalgia za młodością?).

*
Powodem mojego milczenia nie jest zatem zanik ciekawości czy zwątpienie w odzew czytelników albo - co gorsza! - brak tematów. Powodem nie jest, jak to niektórzy sądzą, wyczerpanie się możliwości krytyki internetowej, czyli tej od szybszego odzewu, bardziej bezpośredniej i szybszej w komunikowaniu własnych idei. Powodem jest co innego, ale w gruncie rzeczy bardzo znajomego: narastające od kilku lat poczucie jałowości krytyki artystycznej w ogóle, takiej, jaką przyjęliśmy akceptować jako krytykę. Kompletny brak twórczej iskry takiej krytyki, bezbrzeżna nuda i jej przewidywalność. Nie mam ochoty uczestniczyć w dyskusjach, które są pozorne i salonowe. Nie chce mi sie pisać o tych wystawach, co do których wszyscy czują się zobligowani do pisania. Nie mam ochoty pisać o wystawach, o których nikt nie pisze, bo to tak samo nie ma siły oddziaływania. W ogóle nie widzę sensu pisania o jakichkolwiek wystawach. Jedyne pytanie, jakie ciśnie mi się na usta (po wieloletnich doświadczeniach z instytucjami artystycznymi), to po co w ogóle wystawa. W tej chwili jedną z kilku sensownych opcji uprawiania krytyki wydaje mi się stawianie pytań dlaczego wszyscy piszą akurat o TEJ wystawie i dlaczego się nad tym wyborem nie zastanawiają, dlaczego też nie myślą w ogóle "po co wystawa oraz po co TA wystawa". 

Oto pytania, jakie sobie stawiam. Jaki jest cel działalności krytyka? Do kogo jest adresowane to, co piszemy, filmujemy, nagrywamy? Czemu sluży krytyka, jak się lokuje w mechanizmie funkcjonowania sztuki i wobec rynku? Do kogo to w ogóle dociera oprócz wąskiej garstki zainteresowanych wewnętrznymi, środowiskowymi rozgrywkami? Co zrobić, żeby krytyka nie kończyła się na samych krytykach i zainteresowanych artystach? Jaki to ma oddźwięk w świecie? Czy zmienimy ludzi, czyli - wedle naszej nomenklatury - odbiorców? I czy chociaż przyczynimy się do ruchu myśli wokół sztuki, otworzymy oczy temu i owemu? 

*
Niedługo wystartuję z nowym błogiem. Dam znać. 

27.1.13

Lajfstajl

A gdyby tak zająć się stylem życia krytyczki i krytyka? Wpadły mi w oko uwagi Izy Kowalczyk o wyprawach na biegówki. Krótkie wzmianki, niby nic ważnego, a jednak – służąc jako usprawiedliwienie dla przerwy w pisaniu na bloga – zyskiwały na znaczeniu. Ja bym nie napisała w takim wypadku nic. (Hmmm, a może warto bym i ja jakoś się usprawiedliwiała? Np. nie napisałam już do was od miesiąca, bo zapisałam się na kurs śpiewu operowego, drodzy czytelnicy?) Wracając jednak do uwag o nartach biegowych. Ich wagę wzmacniało dawkowanie, rzucona w pośpiechu wzmianka rozbudzała ciekawość i sprawiała, że dopowiadało się resztę. Oczami wyobraźni widziałam autorkę bloga prowadzącą zdrowy styl życia, a troska o kondycję fizyczną sprawiła, że w innym świetle ujrzałam także i jej pisanie. Jako świadome poświęcenie jakiejś ilości swojego czasu, po prostu, bez nadmiernego angażowania się (oczywiście, nie odmawiam Izie emocjonalnego podejścia czy pasji), ale jednak jako efekt profesjonalizmu i kontroli nad tym, co się robi. Inaczej byłoby gdybym wiedziała, że się zaniedbuje i czas spędza zażywając niezdrowych używek, bez nawet znikomej dawki samodyscypliny. Figura „krytyka przeklętego” nie ma tutaj ani cienia szansy na urzeczywistnienie.

Pojawia się za to jakże cenna umiejętność dzielenia czasu na pracę i życie prywatne. Nie wszystkie krytyczki i nie wszyscy krytycy tak potrafią. Z własnych obserwacji wysnuwam wniosek, że umiejętność ta zwiększa się z wiekiem. Początkowo jednak bywa katastrofalnie. Niekończąca się praca w każdym miejscu i o każdej porze dnia i nocy. Często mówi się przecież, że specyfiką naszego zawodu jest niemożliwość wytyczenia linii podziału, gdzie kończy się aktywność zawodowa i gdzie zaczyna się życie prywatne. Innymi słowy, to umiejętność powiedzenia „nie”.

Z jednej strony, zaangażowane postawy dyktują pasja i zaangażowanie, specyfika dyscypliny, która jest pracą twórczą, humanistyczną, z drugiej jednak taki sposób działalności najmocniej wypala, ponieważ nie potrafisz postawić granicy i powiedzieć „koniec, teraz mam czas dla siebie”. Gdy się zastanowić, to jest to właściwie niezły sposób na drenowanie energii z ludzi, niezły sposób wyzysku pracowników i prędkiego doprowadzenia ich do kresu możliwości. Często w pracy spotykamy się wszak z takim postawieniem sprawy: z poczuciem nieustannego wymieszania, przyjaźnienia się z ludźmi, którymi się zajmujesz zawodowo, z łączeniem wyjazdów na wakacje z Biennale Weneckim (tradycyjny cel masowych pielgrzymek polskiego świata sztuki) i nieustanne poczucie bycia w pracy, niosące ze sobą w efekcie zmęczenie, zmęczenie i jeszcze raz zmęczenie.

Dobra kondycja fizyczna i bycie krytyczką / krytykiem? Czy taka osoba ma w ogóle szansę na wiarygodność? Krytyczki i krytyków kojarzy się zazwyczaj z tymi, co uprawiają nasiadówy w knajpach, plotkując i przesiadując długo w noc w niedoświetlonych miejscach, gdzie spotyka się artystyczne środowisko. Jeśli jednak rzeczywiście poznać style życia krytyków i to w jakiej przedziałce społecznej się sytuują, to widać chyba raczej biedę, brak perspektyw i jałowość własnej działalności: kompletny brak poczucia tego do kogo się feruje oceny i w jakim celu. Krytyka jest rodzajem środowiskowej gry, albo – co jeszcze gorsze – rytuału. Taki krytyk bardziej niż w knajpie i bardziej niż w galerii czy pracowni artystów, siedzi przy kompie. To on jest źródłem jego wiedzy i skarbnicy społecznych zachowań.

A w aktywności fizycznej da się wiele wycisnąć dla różnych potrzeb. Można biegać maratony, można pływać, można uczęszczać na siłownię, grać w gry zespołowe. Ta ostatnia opcja w moich oczach odpada, zespołowość nie rymuje się z krytykami. Tutaj może nie tyle agresja, co ćwiczenie sobie a muzom, ale przy innych, bez ich udziału, bez współzawodnictwa, ale i konieczności współpracy. Biegówki akurat się w takie wymagania wpisują, ale i maratony i zwykły, pospolity fitness.

8.1.13

Krytyka instytucjonalna

Krytyka instytucjonalna w Polsce ma się dobrze. Krytyka instytucjonalna w Polsce nie istnieje.
Oba te zdania są prawdziwe. Z krytyką instytucjonalną w Polsce dzieje się bowiem coś dziwnego, co wiele mówi o obyczajach i poglądach środowiska związanego ze sztuką najnowszą. Krytyka instytucjonalna ma się całkiem nieźle wśród artystów. Ale krytycy i teoretycy nie są nią zainteresowani. Żeby być pewnym o czym mowa: za cel krytyki instytucjonalnej uważam przemyślenie istoty instytucji w ogóle. Aby to zrobić, trzeba najpierw zabrać się za analizę już funkcjonujących instytucji, ich organizacji, zarządzania, programowania, miejsca w społeczeństwie, rodzaju relacji z artystami, jakie utrzymują.

Gdyby spróbować ułożyć antologię instytucjonalnej krytyki w Polsce, pojawiłyby się trudne do pokonania przeszkody. Brak tekstów, ale sporo prac artystycznych. Być może artyści mają po prostu wiele do zyskania, krytycy zaś – odwrotnie, wiele do stracenia, zajmując się instytucjami. Przyczyny ostentacyjnego désinteressement krytyków były po 1989 roku na pewno różne, lecz skutecznie odbierały chęć do zabrania głosu. Blokady takie, jak obyczajowa czy środowiskowa, działały i wciąż działają bardzo skuteczne. Bo nie wypada, bo takie tematy nie uchodzą za poważne. Do refleksji na serio „nie zalicza się” zatem analiza działalności istniejących galerii, centrów, muzeów, w tym pisanie o powszechnym w polskich instytucjach złym zarządzaniu, o braku kontroli czy raczej ewaluacji, o śmieciowych płacach, o mobbingu. To z jednej strony, bardziej doraźnie, nie pisze się jednak też o przyczynach takiego stanu. A to z kolei byłaby baza do dalej idących analiz, tych o samej instytucji i instytucjonalności.

Jest to typowy „świat nieprzedstawiony”, białe pole pozostawione przez krytyków. Nie mamy więc relacji z gorącego czasu przemian po 1989 roku. Z tego, jakim metamorfozom ulegały instytucje, metamorfozom wymuszonych przez mnożące się w nowym państwie regulacje prawne. Nie dostrzegając jakie siły się ścierały w ich obrębie i czyje interesy zwyciężyły, oddaliśmy władzę nad instytucjami urzędnikom i politykom. To wymowne milczenie uzasadniano przy tym argumentem racjonalności „opisywanie instytucji: a co to za temat wynikający z negatywnego nastawienia, odgrywanie prywatnych żali i emocji”. Na pewno brakowało narzędzi do analizy, zasadniczo jednak nie rozumiano potrzeby takiego rodzaju krytyki, co więcej wzbudzał on lęk.

Tymczasem krytyka instytucjonalna to rodzaj lustra kontrolnego, niezbędnego do właściwego życia instytucji, a także istotny składnik życia artystycznego. Gdy nie masz w głowie wizji instytucji idealnej, gdy nie zastanawiasz się po co działasz i dla kogo, stajesz się jak okręt bez steru, błąkasz się bez celu (bądź ten cel skrzętnie ukrywasz). Gdy nie masz możliwości o tym dyskutować, gdy nie musisz bronić swojej polityki prowadzenia instytucji, ruch myśli zamiera i znika to, co twórcze. Ludzie (bliższe i dalsze kręgi publiczności) czują, że instytucja nie działa dla nich, a jedynie siłą rozpędu, sama dla siebie.

Każdy z krytyków jest uwikłany. Strach przed zarzutami o bycie „zależnym” to ważna przyczyna milczenia. Mało kto może pozwalać sobie na ominięcie zarzutów stronniczości czy nielojalności, z przyczyn ekonomicznych prawie każdy krytyk pracuje bowiem w jakiejś instytucji. Stąd łatwo mu zarzucić, że występuje w jej interesie, ewentualnie że okazuje się nielojalny. I takim sposobem w polskiej sztuce całe połacie zjawisk, wydarzeń, polityk i miejsc pozostają przemilczane. Za mały rynek pracy, za wąski obieg pieniędzy, zbyt zabetonowany układ. (Czy za mało pieniędzy – mam wątpliwości, moim zdaniem, wiele środków na kulturę jest źle dystrybuowanych, wiele się marnuje.) Swoją drogą, „niezależność” krytyki, to szkodliwy mit i kaganiec na niewygodnych autorów.

Tutaj zwrócę uwagę na zjawisko anonimowej krytyki w Internecie. Powstaje ona w reakcji na milczenie w tej sferze. Przybiera formę krytyki instytucji, i to instytucji niezwykle konkretnej. Wystarczy wspomnieć zjawisko nieoficjalnych blogów wokół muzeów, z których najbardziej znane zajmowały się komentowaniem życia Muzeum Narodowego w Warszawie. Autorami byli nieujawnieni z imienia i nazwiska pracownicy instytucji. Dwa poprzednie blogi zostały zamknięte staraniami dyrekcji placówki. Nic dziwnego, są one niewygodne, bo szkodzą oficjalnemu wizerunkowi muzeum. Ujawniają wewnętrzny konflikt w instytucji, jej ciemne strony, zawierają niekiedy materiały plotkarskie, ubarwione emocjami, czasami wręcz obraźliwe i zawierające personalne ataki. Mówią jednak o czymś niezwykle ważnym. O braku forum, o braku miejsca na dyskusję o instytucjach, w samych instytucjach i poza nimi, o przymusowym milczeniu pracowników. Istnienie blogów tego typu (należał do nich zlikwidowany blog o Muzeum Etnograficznym w Warszawie), a także nieoficjalnych facebookowych fan page’ów, z których bodajże najbardziej znanym są „Podpisy pod obrazkami w Mocaku”, wzięło się z poczucia bezradności wobec arbitralnych, odgórnych decyzji dotyczących instytucji i nie uwzględniania potrzeb ani osób a niej pracujących, ani odbiorców. Oznaczają wadliwie działającą komunikację wewnętrzną danego miejsca. Zajmują miejsce nieistniejących teoretycznych i praktycznych ujęć, nieistniejącej agory, gdzie każdy miałby szansę wziąć udział w rozmowie. Tym sposobem sytuacja przenosi się na poziom plotek, anonimowych złośliwości, w których cieniu kryje się zasadnicza merytoryczna krytyka. Także i ona przecież znajduje się na nieoficjalnych blogach, stronach czy profilach.

*
Artyści nie boją się krytyki instytucjonalnej. Krytykują wnikliwie i boleśnie. Zrobił się z tego już cały nurt, stare-nowe zjawisko. Ten potencjał nie był do tej pory w pełni dostrzegany. Tymczasem przykłady można mnożyć. Od Supergrupy Azorro poprzez alternatywne działania Janka Simona czy liczne prace Anety Grzeszykowskiej. A to przykłady tylko najbardziej mi znane i bliskie. Artyści traktują z humorem, filtrują poprzez siebie, mają ambiwalentny stosunek do instytucji: są ważne, ale można sobie bez nich poradzić (naprawdę? A może, jak twierdzi Andrea Fraser, instytucje to my?). Ale to już temat na odrębny wpis blogowy.

13.12.12

O młodych artystach, instytucjach i performance

Opublikowałam właśnie tekst poświęcony młodemu performance i w ogóle naszemu zapotrzebowaniu na młodych artystów. Problem zapotrzebowania na rynku, jak i pasożytowania instytucji kultury na młodych domaga się właściwie oddzielnych rozwinięć. Pracuję nad nimi.

Jeszcze postscriptum do tekstu. Dopiero po publikacji zorientowałam się, że pominęłam jedno ważne dla mnie wystąpienie, Grzegorza Bożka. Nie wiem jak to się stało. Zapewne to ominięcie coś oznacza, przede wszystkim pewnie to, że nie pasowało do moich wywodów. Złapałam się więc we własną pułapkę spójności (o której wspominałam zresztą w tekście), ale to dobrze, że krytyczka może dopowiadać / uzupełniać tekst. Pozostaje otwarty.

To był performance opowiadany. Grzegorz snuł opowieść, zapętloną, dygresyjną o tym, co mu się zdarzyło, mówił w pierwszej osobie i kierował się do konkretnych "nas". Zwracał się do publiczności bezpośrednio. Było o miłości, o pożądaniu, o rozmowach na ważne tematy z ludźmi. Ważny był język ciała performera. Pochylał się nad nami, jakby frunął na skrzydłach opowieści lub jakby pływał w żywiole opowieści. Dla mnie jeden z lepszych performensów "Akcji 27", szkoda mi było, że tak szybko się skończył.


"Akcja 27". Ćwiczenia z performansu i zapotrzebowanie na młodych



19.11.12

W polskiej sztuce zdarzył się sukces do tej pory niespotykany



Wystawa Aliny Szapocznikow w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA):

W niedzielę polskiej sztuce wydarzył się sukces wcześniej niespotykany. Otwarto wystawę Aliny Szapocznikow w nowojorskim Museum of Modern Art. A u nas za jej sprawą odczarowany zostaje termin "socrealizm". 
...
To wydarzenie - polska artystka została doceniona w miejscu, które wyznacza hierarchie i sankcjonuje wartości. Nie bądźmy jednak aż tak z siebie zadowoleni. ...
...
Dla polskiego widza to jakaś abstrakcja: co zmienia fakt, że na Zachodzie dostrzegli nagle to, co my wiedzieliśmy już dawno - że Szapocznikow wielką rzeźbiarką była. 
(Dorota Jarecka, "Gazeta Wyborcza")

A&B: Jak wiadomo, wystawa w MoMA jest rodzajem sakralizacji artysty, obojętne – żyjącego czy nieżyjącego. Jesteś już spokojna, że Szapocznikow weszła do panteonu wielkich artystów XX wieku?
AR: To był cel bardzo wielu osób, niewątpliwie mój również, bo fakt, iż Alina nie znalazła dotychczas należnego miejsca w historii sztuki światowej, był krzywdzący. Obecnie trudno jednak przyjąć założenie, że sprawa została „załatwiona”. 
A&B: Jak myślisz, dlaczego Szapocznikow – mimo wyjazdu do Francji i tego, że nieźle tam funkcjonowała, miała liczne wystawy – sukcesu nie odniosła?
AR: Była zaproszona na dOCUMENTA, ale nie zdążyła w nich wziąć udziału.
(Z Andą Rottenberg rozmawia Bogusław Deptuła, "Art & Business")

Alina Szapocznikow wchodzi do światowej historii sztuki 
...
Wielka wystawa w Nowym Jorku
To pierwsza tak wielka prezentacja twórczości polskiego artysty w tym muzeum i pierwsza tak znacząca współpraca MoMA z polskim muzeum. 
... 
Mytkowska zwróciła uwagę, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku to wyjątkowe miejsce. - Artysta, który ma tam wystawę indywidualną wchodzi do międzynarodowej historii sztuki - i tak się stało z Aliną Szapocznikow. ... (em, pap. "Wprost")
Ameryka jest gotowa na Szapocznikow (Alan Lockwood rozmawia z Cornelią "Connie" Butler, dwutygodnik.com, nr 95)


Może ktoś przypomni mi definicję dyskursu postkolonialnego?

2.10.12

A gdyby tak... Próba krytyki instytucjonalnej



Laboratorium / think tank z udziałem specjalistów z Armenii, Czech, Holandii, Polski, Słowenii, Słowacji, Walii i Włoch poświęcone jest stworzeniu projektów przyszłej instytucji / instytucji marzeń, jaką może się stać Labirynt w Lublinie.



A gdyby tak… Instytucja: alternatywny scenariusz

Galeria Labirynt, Lublin

5-7 października 2012


Kuratorki: Anna Smolak, Magdalena Ujma
Kuratorka ze strony Galerii Labirynt: Magdalena Linkowska



Warsztaty wokół instytucji marzeń są próbą konfrontacji pojęć z obszaru krytyki instytucjonalnej z indywidualnymi praktykami i postawami w odniesieniu do instytucji kultury. Będziemy zastanawiać się czy model instytucji  zaprzecza idei pracy twórczej i czy w instytucję sztuki wpisany jest permanentny konflikt, kryzys, a także jak można sobie z nim radzić i konstruktywnie wykorzystać.



Mając świadomość uwarunkowań, które determinują funkcjonowanie współczesnych instytucji (wpływ polityki kulturalnej, hierarchie oraz strategie władzy, ograniczenia ekonomiczne, polityka informacyjna a także kontekst historyczny i geograficzny) chcemy oddać pole wyobraźni i potraktowań galerię jako instytucję potencjalną, mogącą przyjąć różnorodne formy, zależnie od woli, aspiracji, wiedzy i potrzeb uczestników naszych spotkań. 

Równocześnie realizując projekt w odniesieniu do konkretnego miejsca, Galerii Labirynt, wierzymy w siłę genius loci i jego oddziaływanie na zachodzące wewnątrz procesy.
Interesują nas różne modele pracy i współpracy; tworzenie wspólnoty i kolektywne poszerzanie zakresu posiadanej wiedzy, a także zdobywanie samoświadomości poprzez kontakt, rozmowę, twórczą konfrontację.

Zapraszamy do stworzenia artystycznego „think-tanku”, generatora koncepcji, który łącząc wizjonerstwo i praktyczne doświadczenie, mógłby w efekcie zasilić Galerię Labirynt nową energią i dać impuls do przeprowadzenia reform i przedefiniowania obecnego modelu. W zależności od efektów warsztatów planujemy wydanie publikacji lub realizację wystawy zainspirowaną wynikami  naszej pracy.

Warsztaty A gdyby tak…. Instytucja: alternatywny scenariusz, są częścią platformy badawczej Giant Step, w ramach której cztery instytucje europejskie: Van Abbemuseum (Eindhoven), Mostyn Gallery (Walia),  Vessel (Bari) i Galeria Labirynt w Lublinie, analizują -  indywidualnie i w dialogu – różne (polityczne, ekonomiczne, kulturowe) uwarunkowania produkcji artystycznej w obrębie instytucji, a także potencjał krytyki artystycznej jako narzędzia zmiany.


Uczestniczki i uczestnicy seminarium:

Karolina Breguła (Polska)

Zuzana Bodnárová (Słowacja)
Milovan Farronato (Włochy)
Siân Green (Walia/Anglia)
Marianna Hovhannisyan (Armenia)
Milan Mikuláštík (Czechy)
Saša Nabergoj (Słowenia)
Anna Ostoya (USA/Polska)
Francesco Scasciamacchia (Włochy/Anglia)


labirynt.com
giant-step.org

Słodka choroba



"Słodka choroba" to wystawa zbiorowa, efekt zastanawiania się nad sztuką tworzoną przez współczesne polskie artystki. Wiele ich prac ma charakter mówienia o sobie, notowania codzienności, a nawet prowadzenia dziennika. Obserwując ich sztukę często mamy pokusę, by odczytywać ją bezpośrednio, przez ich życie. Czy jednak ta droga nie jest zdradliwa? Czy artystki - bazując na swoim doświadczeniu życiowym - nie dystansują się od niego, nie traktują go jako wdzięcznego materiału do swojej sztuki?


Dlatego na wystawie zobaczycie prace artystek, w których odnoszą się do własnej biografii. Opowieść o sobie i własnym życiu może być fikcyjna i wykreowana na potrzeby sztuki. Zawsze jednak za punkt wyjścia obiera prawdę wewnętrzną, przemyca realne przeżycia i stany psychiczne. Wystawa skupia się na takich stanach, jak: poczucie osamotnienia i uwięzienia w zamkniętej przestrzeni, melancholii, introspekcja, wnikliwa analiza siebie i własnego otoczenia. Inspiracją były dla nas łagodne stany alienacji, stany depresyjne, zawieszenia uwagi, lekkiego smutku, często spotykane w doświadczeniu kobiet i jednocześnie artystek. 


Wystawa powstała na zaproszenie Galerii BWA w Tarnowie i tarnowskiego oddziału ZPAP, we współpracy z Agnieszką Bartak-Lisikiewicz.

Otwarcie wystawy 4.10. o godz. 18. Wystawa potrwa do 4.11.
Oprowadzanie 7.10. o godz. 16, moje oprowadzanie 16.10. o godz. 18.

Serdecznie zapraszam!