Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

3.5.09

Wszystkoizm


proj. plakatu Przemek Dębowski


Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, oglądając wystawę Dom / Home, że czegoś jest tu za dużo, a czegoś za mało. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie sam dom był bohaterem tego cyklu, tylko jego peryferia, marginesy, wyrażające się w pragnieniu autorów, Weroniki Łodzińskiej i Andrzeja Kramarza, by spenetrować granice domu jako pojęcia i dotrzeć do zaskakujących miejsc, niekojarzonych z domem wcale, pokazać jak ludzie urządzają dom w niesprzyjających warunkach, gdy życie ich właściwie go nie potrzebuje, albo gdy dzieje się coś, co ten dom zamienia w przestrzeń odmienną od zwyczajowo z domem kojarzonej. Są tu więc domy specjalne, w warunkach ekstremalnych, domy biedne, zastępcze, tymczasowe.

Czego tu nie ma! Zdjęcia ogląda się świetnie, wystawa urządzona bardzo ładnie. Można zajrzeć do prycz noclegowiska dla bezdomnych mężczyzn. Można zajrzeć do najdłuższego bloku świata w Nancy, a tam podglądać mieszkania emigranckie z ich tanim wyposażeniem. Można rzucić okiem na cele zakonników, zaskakująco różnorodne i bogate, notabene, przy okazji autorzy próbują jak bardzo da się rozciągnąć także pojęcie „cela”. Wozy cyrkowców to nie mieszkania tylko nędzne klitki, w których się przeczekuje. To samo da się powiedzieć o miejscach pobytu ludzi czekających dobrowolnie i nierzadko przez lata całe na śmierć w Waranasi nad Gangesem. Są także mieszkania kolekcjonerów, obrosłe przedmiotami do tego stopnia, że to kolekcje panują i nad mieszkaniem i ich właścicielem.

Wiele z tych zdjęć znamy z publikacji gazetowych. Rzeczywiście, ich nastawienie na bycie ciekawostką, element zainteresowania społecznego, jaki się w nich mieści (każdy z podcykli Domu obdarzony został własnym komentarzem), a jednocześnie silna estetyzacja, powodują, że stają się doskonałym towarem do sprzedania do mediów, świetnie wpisują się w potrzebę spektakularności współczesnej kultury. Zawierają w sobie przy tym pretekst obserwacji socjologicznej czy antropologicznej.

Wydźwięk tych zdjęć jest taki, że możemy zobaczyć coś ładnego i coś, co przyciągnie na chwilę uwagę, jest bowiem dostatecznie egzotyczne. Zdjęcia pozwalają na refleksję tej głębokości, co: „ten to ma ciasno”, albo: „jak tu jest brudno”, albo: „jak można tak żyć?”. Nawet naukowiec niewiele więcej może wycisnąć. Bartłomiej Dobraczyński pisze we wstępie do katalogu: Człowiek przełomu XX i XXI wieku jest nomadem, globalnym wędrowcem… […] Migruje za chlebem i lepszym życiem. Często mieszka w wielu domach, które coraz rzadziej są obrazem jego wnętrza, a zaczynają pełnić wyłącznie funkcję bezosobowej sypialni. W dobie telewizji, „National Geografic”, łatwych i powszechnych podróży, wszystkie te obrazy domów są mniej więcej znane. I to chyba drażni mnie w tym cyklu – jego łatwość i wesołkowatość. To jest rozrywka i nic więcej. Dom nie tyle ma odkrywać nowe światy przed naszymi oczami, dawać nam do myślenia, lecz potwierdzać powszechnie znane prawdy.

Oczywiście, nie ja będę dyktować cele, jakie mają stawiać przed sobą autorzy cyklu. Brak ambicji odkrywania czegoś nowego, patrzenia świeżym okiem na to, co znane aż do bólu, nie musi być czymś złym. Jednak, obawiam się, że autorzy Domu czynią pewne zakusy na odkrywczość i studium etnologiczno-socjologiczne. Inaczej nie opatrywaliby swoich zdjęć komentarzami (np. Wojtka Kocołowskiego czy Marty Eloy Cichockiej), nie wędrowaliby do największej w Polsce noclegowni dla mężczyzn czy nie wystawialiby w Muzeum Etnograficznym, jak to się właśnie zdarzyło. No właśnie, ale dlaczego akurat jeśli noclegownia, to największa? Dlaczego tak przypadkowy dobór domów i „domów” do sfotografowania?

Jeśliby utrzymać się w ich logice, to można przypuszczać, że wyruszą następnie do Brazylii dokumentować tymczasowe domostwa drwali pracujących przy największym na świecie wyrębie dżungli, a potem – bo ja wiem? - udadzą się do baz polarników pracujących na Antarktydzie.

Efekciarstwo cyklu Dom jeszcze wyraźniej ujawnia się w zestawieniu z Zofią Rydet i projekcie jej życia, Zapisie Socjologicznym. Tu mamy ponowoczesne przemieszczanie się z miejsca na miejsce, skakanie po temacie, tu liźnięcie trochę tego, tam trochę tamtego, potem zaś dorabianie w naprędce teoretycznej podbudowy. Przy Rydet zaś wytrwała, nieprzerwana przez lata, mrówcza praca polegająca na wizytowaniu niezliczonych chłopskich domostw i robienie zdjęć starym ludziom w ich chałupach. Jakie nieatrakcyjne! A że autorce udało się zrobić niezwykły, autentyczny potrtet polskiej wsi niedługo przed jej całkowitą przemianą– to zasługa jej wielkiego wysiłku, a nie gonienia za możliwością publikacji w gazetach.

Czasy się zmieniły. No tak, zaczynam marudzić.

Mimo wszystko, Dom / Home Andrzeja Kramarza i Weroniki Łodzińskiej to kolejne udane wydarzenie w odnowionym Muzeum Etnograficznym. Hall wejściowy w jego lokalizacji przy ulicy Krakowskiej, jest nawet ładniejszy niż ten w budynku głównym, przy placu Wolnica.


dom / home. andrzej kramarz i weronika łodzińska. fotografie, 25 kwietnia - 30 sierpnia 2009, Muzeum Etnograficzne w Krakowie
PS
Nikt nie potrafi powiedzieć mi kto jest autorem nowej aranżacji wejść do Muzeum w jego dwóch lokalizacjach.

20.6.08

Maj miesiącem fotografii

Wejście na wystawę "Wenus Polska 2008", dawna kuchnia Brata Alberta, Kraków, Kazimierz, Plac Nowy

Agnieszka Brzeżańska, plakaty do wystawy "Wenus Polska 2008", dawna kuchnia Brata Alberta, Kraków, Kazimierz, Plac Nowy


Notatka będzie dotyczyć wydarzenia archiwalnego, ale wartego choćby skrótowego omówienia. W maju odbywał się w Krakowie Miesiąc Fotografii. Impreza rozwija się prężnie od kilku lat, staje się sporym festiwalem, pełnym wydarzeń, wystaw, warsztatów i debat, zebranych w kilku nurtach. Co roku ma hasło przewodnie, gościa specjalnego, program wydarzeń towarzyszących, a także program off. Nowością jest fakt, że w tym roku Festiwal odbył się w ramach krakowskiej platformy festiwalowej, noszącej enigmatyczny tytuł „6 zmysłów”. Co to hasło oznacza – nie bardzo wiadomo, ale Miesiąc Fotografii niewątpliwie zyskał jeszcze na rozmachu i był widoczny w mieście. Wart zaznaczenia jest fakt, że imprezy powstałe z prywatnej inicjatywy, są doceniane przez miasto, które chce je wykorzystać we własnej strategii promocji przez kulturę.

Wielkim plusem Miesiąca jest fakt, że odbywa się w tak różnorodnych miejscach i opanowuje całe śródmieście (w tym roku miał lokalizację także w Nowej Hucie), że do większych i mniejszych imprez wciąga lokalne galerie i instytucje. Daje to możliwość m.in. niekonwencjonalnego zwiedzania miasta, np. poprzez odwiedzanie wystaw w mieszkaniach prywatnych. Nie jest także złym sposobem pokazywanie fotografii na przenośnych ściankach na placach. To zawsze przyciąga uwagę szerokiej publiczności.

Tematem przewodnim była młodość, ale festiwalowi, jak pisałam, w formie i w treści ton nadawała różnorodność. W programie można było znaleźć takie wydarzenia, jak: wystawa przedwojennych fotografii i indywidualne wystawy młodych artystów; od fotografii reportażowej po artystyczną, przez amatorskie filmy, wystawy tematyczne i przekrojowe wizje polskiej fotografii.

*
W synagodze Kupa pokazano kapitalną wystawę zdjęć portretowych z atelier Stefanii Gurdowej („Klisze przechowuje się”). Kuratorzy, Andrzej Kramarz i Agnieszka Sabor, przygotowali wystawę bardzo starannie. Były to rzędy podwójnych portretów ludzi ubranych odświętnie, ale wyglądających dość biednie. W sumie – przekrój społeczności małego miasteczka – Dębicy, Mielca – bywającej u fotografa. Wszystko sprzed wojny. Wystawie towarzyszy ciekawy tekst mówiący o dziejach, także powojennych właścicielki atelier, jak na tamte czasy – kobiety bardzo wyemancypowanej i świetnie sobie radzącej. Na wystawie portretowani często patrzą prosto przed siebie, co daje efekt patrzenia prosto w oczy w widza. Właśnie ta dwukierunkowość spojrzenia była niesamowitym przeżyciem: pojawiało się wrażenie, że sfotografowani patrzą na współczesnych widzów, odwzajemniają spojrzenie, że nas widzą. Co do lokalizacji, to można się zastanawiać czy miejsce rzeczywiście się nadawało. Czy wnętrze świątyni rzeczywiście było najlepsze, skoro obdarzało zdjęcia więcej niż tylko odświętną aurą, bo aurą pewnej sakralności?

*
W Mandze można było oglądać fotografie z przełomu lat 60. i 70. z Niemiec, zrobione głównie we Frankfurcie nad Menem („1968 – obrazy rewolty”). Barbara Klemm, znana fotoreporterka „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pokazała zdjęcia dokumentujące wydarzenia tamtych gorących lat, związane z rewoltą studencką, zamieszkami na ulicach, wiecami na uczelniach. Świetne, czarno-białe zdjęcia bez objaśnień jednak traciły sens. Ich siła przekazu, atmosfera bycia w centrum wydarzeń, w środku dziejącej się historii, słabła także z powodu kiepskiego wyeksponowania prac, także ze względu na fatalne oświetlenie, które przeszkadzało wręcz w dostrzeżeniu co jest na zdjęciu. Objaśnień zaś należało szukać bądź w katalogu, bądź w Internecie, niestety jednak nie było ich na samej wystawie. Katalog czy Internet także nie były tam dostępne.

*
W jednym z mieszkań na ulicy Gertrudy fundacja nolocal zorganizowała z kolei wystawę Agaty Biskup („Boazeria”). Wystawa ta świetnie dopasowała się do miejsca, umiejętnie „podbijając” jego domową, ciepłą i trochę dusznawą atmosferę. Artystka na całej jednej ścianie namalowała boazerię, niegdyś modny element wystroju wnętrz i symbol dostatku. Na boazerii zaś pozawieszała pary obraz – zdjęcie przedstawiające domowe wnętrze. Można było śledzić delikatne przesunięcia w natężeniu emocjonalnym scen mieszkaniowych rozsiewających atmosferę bezruchu i spokoju. Różnice przejawiały się m.in. w różnym kadrowaniu ujęć. Widzieliśmy więc ściany, meble, ozdoby – i światło. Zadbane mieszkanie rodziny na poziomie, prezentowane trochę jak w trącących myszką magazynach wychodzących jeszcze za komuny lub niewiele po 1989 roku. Jednocześnie jest w tej wystawie coś osobistego, co bez wyjaśnień autorki nie jest łatwe do odszyfrowania. Co jest w tej wystawie najciekawsze, to fakt zbudowania jej z prywatności, właściwie utkania jej ze wspomnień autorki, która szykuje się na porzucenie domu dzieciństwa.

*
Wystawa Adama Mazura, „Wenus Polska 2008” zapowiadała się bardzo obiecująco. Odnosząc się do skandalizujących wystaw fotografii aktu, pod nazwą „Wenus”, odbywających się w Krakowie w latach 70., zbadać jak we współczesnej fotografii wygląda kwestia erotycznych przedstawień ciała, aktu kobiecego – jak określał swe zamiary kurator. Ambitne założenie, ale realizacja miejscami nieudana. Prac jest za dużo i robi się za ciasno w klaustrofobicznych labiryntach dawnej kuchni i noclegowni św. Brata Alberta na Kazimierzu. Przydałaby się ostrzejsza selekcja, bo pojawiały się prace słabe, co gorsza, momentami trudno było zrozumieć dlaczego dane realizacje w ogóle się pojawiły. Niekiedy znowu odgadnąć można było aż za łatwo, stąd wrażenie, że słabe prace (np. Barbary Konopki czy Macieja Osiki) uwzględniono, bo pasowały do założeń.
Sam pomysł wprowadzenia fotografii do opustoszałego przytułku dla mężczyzn wydaje się bardzo udany. Tu dygresja o agresywnej komercjalizacji Kazimierza. Schronisko Brata Alberta był ostatnim miejscem w centrum dawnej dzielnicy żydowskiej, gdzie nie było turystów – hotelu ani knajp (oczywiście, wyjąwszy fakt, że był to specyficzny „hotel” dla bezdomnych). Teraz ostatni przyczółek został zdobyty i pojawi się tysiączny „Bed&Breakfast” plus pub. Szkoda.
Na „Wenus…” utrzymała się jeszcze aura męskich fantazji erotycznych. Założeń autora, że będzie akt męski, kobiecy, ale także nie-/męski i nie-kobiecy jednak wystawa nie realizowała, bo dominowała kobieta. Nie akt kobiecy, tylko kobieta, jej ciało w kontekście erotyczności, pożądania hetero- i homoseksualnego, spojrzenia nasyconego emocjami, narcystycznego. Przestrzeń została podzielona według psychoanalitycznych warstw świadomości – w piwnicy Id, wyżej Ego i Superego. I właśnie to: nakładające się różne schematy, wątki i znaczenia wystawy, grup prac i prac pojedynczych powodowały niejasność sensów tej wystawy.
W przestrzeni wejścia (strefa Ego) podobało mi się trochę zdjęć glamour (sesja z Dodą dla „Vivy” Zuzanny Krajewskiej i Bartka Wieczorka czy reportaż zza kulis pokazu mody Rafała Milacha), ciekawy był montaż z materiałów z Kroniki Filmowej zestawiony z montażem zdjęć z konkursu dla amatorów „Fotoerotica”, organizowanego przez „Playboya”. Ten tradycyjny wizerunek kobiety jako obiektu fascynacji i przedmiotu spojrzenia, był przełamywany m.in. przez prace Andrzeja Dragana, m.in. Old Marylin Monroe czy Marta – portret anorektyczki. Odzwierciedlona została nasza niejednorodna teraźniejszość, otaczająca nas na co dzień ikonosfera, gdzie tradycyjne obrazy uprzedmiotowionej kobiety zestawiane są z obrazami zupełnie innymi: władczych kobiet świadomie posługujących się sztafażem uwodzicielki jako kostiumem, wykorzystującym ten zabieg do walki o władzę, a także innymi wizerunkami, przekraczającymi granice tego, co zazwyczaj jest obrazowane. Nie rozumiałam jednak zupełnie co robił w tym sąsiedztwie film Karola Radziszewskiego pokazujący czekającego żołnierza. W korytarzyku zestawy zdjęć Szymona Rogińskiego, m.in. Summer Days. Krynica Morska czyli wakacyjne zdjęcia, naturalne zachowania, pozy, spontaniczność, radość młodości, fascynacje erotyczne. Też jednak nie jestem pewna, czy ta akurat praca powinna się tutaj znaleźć. Ładna była ściana Mikołaja Komara z półprywatnymi zdjęciami, tropiąca codzienne trasy i zachowania jednej dziewczyny. Gdzie tu jednak przedstawienia ciała, jeśli nie liczyć ciała ubranego?
W piwnicznej przestrzeni – Id – królowała mandala Maurycego Gomulickiego. Pussy Mandala, czyli koncentryczna forma, została stworzona ze zdjęć wagin. Dekoracyjność, ciepłe barwy, koncentryczność, skupienie się na atrybucie kobiecości i odarcie go z tabu nieprzedstawialności – to wszystko każe myśleć nie o przedstawieniu erotycznym, ale o próbach feministek drugiej fali stworzenia języka sztuki i autoekspresji kobiecej, a także o próbach stworzenia kobiecej kosmologii – zwłaszcza w wykonaniu Mary Daly. Na schodach wyżej – prowadzących do strefy Superego – znalazła się dokumentacja Julity Wójcik, tablice dokumentujące wybrane jej projekty. Jak się to ma do wystawy? Na górze – m.in. instalacja dźwiękowa w śmierdzącej toalecie, dalej króluje gigantyczny akt – autoportret Moniki Wiechowskiej, tutaj interpretowany jako wizerunek onanizującej się kobiety. Trochę to naciągane i zbyt upraszczające (Kiedyś zresztą pisałam o tej pracy). To duże zdjęcie, ponadnaturalnych rozmiarów, przyklejone wprost do ściany, dominujące nad całością, ale też domagające się więcej przestrzeni. Ta jednak była utkana mnóstwem drobniejszych prac. Znalazły się jednak spore zdjęcia Meduza Ewy Łowżył i Nadia Joanny Nowek. To jest taki typ prac, z którym mam kłopot. Niby wszystko jest takie, jak trzeba: przemyślane, dopracowane, dające się dobrze interpretować, a jednak nie zachwyca – prace są jakieś sztuczne i robione bez wewnętrznej iskry. Na antresoli za to znalazł się dobrze dobrany i wzmacniający wspólną wymowę zestaw zdjęć, obrazów i kolaży – i to była najbardziej udana część wystawy. Bibliophilia Gomulickiego, kolaże Jana Dziaczkowskiego, Penthouse Magdy Krajewskiej, wszystko to nawiązywało do miejsca, odnosiło się do męskiego pożądania, do fantazji seksualnych, do marzeń o idealnej kochance. Tym łatwiej fantazjować im pożywka fantazji jest skromniejsza, zostawiająca więcej miejsca na dopowiedzenia – tutaj bazą stały się autentyczne zdjęcia „artystycznych aktów”, zdjęć nagich dziewczyn wycinane z przaśnych PRL-owskich czasopism, z kiepskim drukiem, na wpół zamazane.
W „Wenus…” stała się pasjonującym pretekstem do badań nad polską obyczajowością i seksualnością. Konkluzja jest następująca: Choć w Polsce nie było rewolucji seksualnej, to dokonała się jednak istotna zmiana w obyczajach. Trudno się z nią nie zgodzić. Jakie jednak konsekwencje niesie ów brak rewolucji seksualnej? To jest też pasjonujący temat.

*
Wystawa, której kuratorem był Wojciech Prażmowski, a którą ciągle można oglądać w Arsenale („Marzyciele i świadkowie. Fotografia Polska XX wieku”) lepiej się zapowiada niż wygląda. Jak tytuł wskazuje, miała być przekrojowym wglądem przez polską fotografię, ze szczególnym naciskiem na jej dwa nurty, ten bardziej kreatywny, „artystyczny”, i ten bardziej dokumentalny, do tej pory – jak zapowiada notka o wystawie – niedoceniany. Już samo dialektyczne myślenie, myślenie opozycjami, nie wydaje się zbyt płodne, o ile nie nastawia się na eksplorowanie napięć pomiędzy tymi dwoma biegunami, tropieniu tego, co dokumentalne w fantazji i co fantastyczne w dokumencie – mówiąc hasłowo. Tymczasem wystawa Prażmowskiego nie wydaje się być, niestety, obdarzona jakąś wizją, nie posiada też czytelnej narracji. Po jednej, dwóch pracach autorów, którzy są wybitnymi osobowościami, razi, bo i Zofia Rydet, i Antoni Mikołajczyk, i Roman Cieślewicz, i Zygmunt Rytka i wielu wielu innych, ani nie wpasowywali się w jakieś ramy, ani też nie zostali zaprezentowani jako indywidualiści właśnie. Nie skupia się ani na wątku dokumentu, ani na fantazji. Dość mechanicznie zestawia obie grupy fotografii i innych prac. Właściwie nie wiadomo jaki cel stawiał sobie kurator. Być może albo Wojciech Prażmowski, sam uznany artysta, powinien dać po prostu swoją autorską wizję, albo wystawę na podobnie zarysowany temat powinien zrobić ktoś mający dystans do środowiskowego establishmentu.

2.12.07

Chłopiec z pieskiem

Są zdjęcia, które wywierają niezatarte wrażenie. Pewnie każdy fotograf pragnie zrobić takie zdjęcie, które działa inne niż zwyczajne, zostaje w głowie, dręczy, nie daje spokoju, powraca w snach, odbija się czkawką… Jest olbrzymia ilość zbiorów fotografii dokonywanych pod tym względem, „niezapomniane”, „kamienie milowe”, „najlepsze fotografie”…

Zazwyczaj takie fotografie są uderzające tylko dla jednej osoby, a dla innych zupełnie zwykłe i inni ludzie nie dostrzegają ich działania. Takie „zahaczające” i nie dające zapomnieć o sobie zdjęcia, często występują w prozie. W Jadąc do Babadag Andrzej Stasiuk (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004) przywołuje fotografię André Kertesza, na której widnieje polna, rozjeżdżona droga i stoi muzyk ze skrzypcami i dwoje dzieci. Tak o niej pisze: Niewykluczone, że wszystko, co napisałem do tej pory, zaczęło się od tej fotografii. Jest rok 1921 w niewielkim węgierskim miasteczku Abony […]. W poprzek ulicy idzie niewidomy muzyk i gra. Prowadzi go kilkunastoletni chłopak w kaszkiecie. Muzyk ma na nogach rozdeptane buty. Jego prawa stopa przekracza akurat wąski ślad pozostawiony przez wóz o żelaznych kołach. Ulica nie ma twardej nawierzchni. Jest sucho. Pisarz kontynuuje w ten sposób przez kilka następnych zdań. Opis przeplata się z dochodzeniem, dociekliwym śledztwem co można jeszcze wyczytać ze zdjęcia (dzień jest pochmurny, a ślepy muzyk – leworęczny). Na koniec wyznaje: Od czterech lat prześladuje mnie to zdjęcie. Dokąd się nie wybiorę, szukam jego trójwymiarowych i barwnych wersji… I tutaj muszę wyznać, że nie rozumiem, dlaczego to akurat zdjęcie Kertesza jest tak fascynujące. Mnie zdaje się zupełnie „normalne”, interesujący dokument epoki, nic jednak ponad to. Stasiuk zdaje się wyjaśniać: Przestrzeń tego zdjęcia hipnotyzuje mnie i wszystkie moje podróże służą tylko temu, by w końcu odnaleźć ukryte przejście do jej wnętrza. Wnętrze fotografii… Co to jest? Czy istnieje? Czy nie chodzi tutaj raczej o b e z c z a s fotografii?

Istnieje wielka teoria na temat niezwykłych fotografii, z Barthesem i jego punctum na czele. Coś, co przełamuje logikę dokumentacji, wydarzeń minionych. Coś, co wywołuje jakby czyste wrażenie, idąc w poprzek warstw znaczeniowych, jakie nawarstwiają się zgodnie z biegiem czasu i logiką percepcji widzów, przecinając je, idąc w głąb i wyrzucając coś na wierzch...

Ja też mam takie zdjęcie. Nie jest to zdjęcie pokazujące jakieś szczególne okropności, jakieś szczególnie piękne czy spektakularne wydarzenie. Nie ma na nim nikogo bliskiego, nie kojarzy mi się też z żadnym wydarzeniem z życia. Ale wywołało we mnie tak wielkie emocje wynikające chyba ze współczucia, że do dziś nie mogę o nim zapomnieć.

Działo to się pod koniec lat 70., w czasie wakacji spędzanych w Sopocie. Tamtejsza galeria miejska gościła właśnie wystawę fotografii amerykańskiej „Migawki – Profil Ameryki”, wybór najbardziej znanych zdjęć i nazwisk fotografów z XIX i XX w., ułożony chronologicznie, ale także – poszczególne części – tematycznie. Całkiem ambitna i niezła wystawa, każda z części miała swoje motto wybrane z poezji (Walt Whitman, Carl Sandburg. Marianne Moore). Było to moje bodajże pierwsze zetknięcie się z fotografią na wystawie, nie użytkową, gdzieś w gazecie, czy jako pamiątka, zdjęcie rodzinne itp.

Oglądałam portrety starych Indian, kto z naszej cywilizacji jest tak poorany zmarszczkami jak oni? Oglądałam foty prac polowych, rozwijającego się przemysłu, postępującej urbanizacji… Nie zabrakło zdjęć matek z dziećmi, także czarnoskórych, słynnego zdjęcia marynarza całującego dziewczynę w bieli (Alfreda Eisenstaedta z 1945), zdjęć dzieci na prowincji, starych par w Pennsylwanii, zdjęć narodzin w Północnej Karolinie, ale dla mnie specjalnym zdjęciem, które nie pozwalało mi spędzić spokojnie reszty wakacji, które śniło mi się w nocy, i które rozważałam w dzień, było zupełnie inne. Był to chłopiec z pieskiem.

Co więcej mogę dodać? Mogę zacząć opisywać zdjęcie, tak jak Stasiuk, ale nie oddam ani odrobiny z ogromu emocji, jakie to zdjęcie we mnie wzbudziło. Jest to fotografia George’a Mattesona, zatytułowana, według katalogu wystawy w Sopocie, New York City – 1949. New York Daily News. Jednym słowem, fotografia prasowa. Chłopiec, mały chłopiec, pewnie mniej więcej w moim wieku wtedy, kiedy zobaczyłam zdjęcie, siedzi-klęczy na chodniku. Znajduje się na tle ceglanej ściany. Z tyłu, za nim, po prawej stronie zdjęcia widać fragment tłumu, który się ustawił za nim. Stoi tam na pewno jakaś dziewczynka, bo widać jej nogi w białych skarpetkach, pasiastą spódniczkę lub spodenki, fragment kurtki. Ktoś, kogo nie widać, pozostały po nim tylko nosek czarnego buta i ręka – w rękawie marynarki, kładzie dłoń na ramieniu chłopca. To niewątpliwie gest pocieszenia, ale i stwierdzenia, ze taka jest rzeczywistość i nalezy się jej poddać. Sam chłopiec ma około 10 lat. Może jest trochę młodszy. Płacze. Jest biednie ubrany, ma znoszone buty i spodnie, bluzę i koszulę. Kręcone włosy i choć tego nie widać wyraźnie – prawdopodobnie jest czarny. Jego twarz wykrzywia się w grymasie rozpaczy. Jedną, prawą dłoń przykłada do policzka, drugą kładzie na psie. Główne miejsce fotografii zajmuje bowiem pies. Piesek właściwie. Biały, leży bezwładnie, odwrócony do ściany. Leży na chodniku w jakiejś ciemnej kałuży, pewnie jest to kałuża krwi. Leży bezwładnie, wyraźnie widać jego czarny nos i ślepia. Pod nim rysuje się pętla smyczy. Jakby pies się zerwał ze smyczy i uciekł na ulice, wpadł pod samochód… to oczywiście dopowiedzenie, ale prawdopodobne.

Co w tym zdjęciu jest niezwykłego? Dla mnie – rozpacz chłopca, tak trafnie i dobitnie wyrażona, poczucie utraty, poczucie, że nie jesteśmy nieśmiertelni, a dziecku zdaje się, że jest pod tym względem uprzywilejowane. Rozpacz chłopca na zdjęcia była dla mnie nie do zniesienia. Za bardzo się z nim solidaryzowałam.

Do tej pory, z lękiem otwieram katalog z wystawy w Sopocie, boję się trafić na to zdjęcie. Nie potrafię – jak Andrzej Stasiuk – zadeklarować, że poszukuję tego zdjęcia w rzeczywistości. Przeciwnie, mogę raczej powiedzieć, że ta fotografia mnie prześladuje. Jakoś w związku z tym boję się zaglądać do albumów, nie oglądam filmów tak często jak inni ludzie, nie rzucam się na książki – wszystko z powodu niechęci do przeżywania głębokich emocji, jakie wywołuje we mnie sztuka. Nie mogę z tego powodu słuchać za długo Chopina, działa na mnie niezwykle przygnębiająco.

PS Zdjęcie chłopca z pieskiem opublikuję, gdy tylko będę miała okazję je zeskanować z katalogu.