Ul. Kanonicza, autor poematu anonimowy22.2.09
19.2.09
...idealna wystawa
Do Muzeum Śląskiego w Katowicach pojechałam na wystawę „Maska. Magia – sztuka – metamorfoza”. Muzeum reklamuje tę wystawę na ulicach Krakowa, stąd moja wiedza o niej. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać, chętnie się wybrałam, bo Muzeum Śląskie ma wspaniałe zbiory sztuki nieprofesjonalnej. I tym razem nie rozczarowało mnie pod tym względem. Jednak nie za sprawą wystawy „Maska”; obok niej były pokazywane bowiem nowe nabytki muzealne, a wśród nich – obrazy i rysunki Teofila Ociepki – świetne zwłaszcza te ostatnie, a także kapitalne, bogate w szczegóły linoryty Jana Nowaka. Ta właśnie wystawa, po której nie spodziewałam się niczego dobrego, a nie „Maska”, dla której przyjechałam do Katowic, dała mi niezwykłą inspirację do myślenia o idealnym modelu wystawy w ogóle. Proszę się nie śmiać. Z pewnością doszło do tego ciągle żywe wspomnienie o „Masywie kolekcjonerskim” – wielkim przedsięwzięciu państwa Sosenków i Roberta Kuśmirowskiego w Bunkrze Sztuki.
Tak czy inaczej, pomieszanie porządków, a zatem traktowanie jako równych sobie pamiątek historycznych, dewocyjnego kiczu, a tutaj m.in. obrazu Matki Boskiej w technice Richelieu, zdjęć reportażowych i artystycznych, portretów ślubnych, starego pieca kąpielowego, wiklinowego wózka, wielu dzieł sztuki naiwnej i „poważnej”, wydaje mi się niezwykle interesujące. Taka rupieciarnia jakby ze strychu, ale rzeczy są w dobrym stanie, a całość optymistyczna w wyrazie. Mieszanina żyje własnym życiem, wzbudza rozmaite skojarzenia i generuje własne, chwilowe sensy, u każdego inne, zależne m.in. od pory dnia czy punktu widzenia. Ta Wunderkamera, czyli pokój cudowności, absolutnie nie musi brać się z pasji kolekcjonerskiej (nigdy jej nie uległam, więc pewnie nie mam dla niej zrozumienia), pokazuje bogactwo życia, a nie majestat i nędzę śmierci, jak działo się u Kantora (i w końcu, choć poprzez biegłość artysty-sztukmistrza dzieje się u Kuśmirowskiego). Takie wystawy chciałabym robić, a nie jakieś zimne, wykoncypowane pokazy, gdzie np. wszystkie rzeczy są czerwone (o czym opowiadała Sebastianowi Cichockiemu Agnieszka Kurant). To zabawne i zaskakujące odkrycie, bo oczywiście, ten, kto tę wystawę ułożył, nie miał pojęcia, że odczytam ją jako zamierzenie kuratorskie. Ułożyło ją bowiem samo życie czy też życie wewnętrzne muzeum.
Nie wiem natomiast co napisać o „Masce”. To bowiem wystawa-samograj, typowe muzealne dzieło mające przyciągnąć szeroką publiczność. Pokazuje zarazem dobre chęci pracowników i niedofinansowanie instytucji. Temat jest tak ogólny, że nadawałby się na wypracowanie dla dzieci w szkole. Po prostu – prezentuje fenomen maski i jego różnorodne formy, użycia, znaczenia, niezbyt zresztą konsekwentnie. Co nie znaczy, że ktoś się nad wystawą nie napracował. Widać to po zestawie eksponatów: zgromadzono naprawdę ciekawe, piękne i różnorodne przykłady. Są tu więc maski pracowicie wypożyczone z wielu polskich muzeów, pochodzące z wielu odległych stron świata. Szkoda, że te maski zostały jakby obłaskawione, że nie zasugerowano przekonująco ich tajemnicy, tego, że bywają groźne. Wystawa rozgrywa się na najbardziej banalnym poziomie: przegląd atrakcyjnie wyglądających artefaktów, trudno zresztą odgadnąć czy było bardziej merytoryczne kryterium niż atrakcyjność estetyczna i dostępność. Tak czy owak, maski są znakomite, więc dla nich samych warto wystawę zobaczyć. Mimo, że nie jestem admiratorką umieszczania na wystawach objaśnień i jakby prowadzenia widza za rękę, tutaj wyraźnie ich zabrakło.
Są tutaj maski greckie, maska egipska, replika złotej maski Agamemnona, następnie ludowe maski z Bułgarii i południowej Polski, a potem – czego tu nie ma! Maski z karnawału weneckiego, maski z Chin, Indii, Sri Lanki, Indian z Ameryki Południowej, z Nowej Gwinei, spory wybór masek afrykańskich. Wraz z biletem powinni wydawać tomy Transgresji poświęcone maskom.
*
Ostatnio miałam epizod zainteresowań etnograficznych. Zaniosło mnie na wystawę szopek do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Szopki wydaje się zdecydowanie przereklamowane. Dziwaczna ekspozycja z paczkami słomy pod ścianami pomalowanymi na wściekle niebieski. Szopki wydają się dryfować w stronę zdogmatyzowanego kiczu, za mało mają wdzięku, za dużo tu ambicji konstruktora-modelarza. Najbardziej podobały mi się szopki dzieci.
więcej o wystawach w Muzeum Śląskim
wystawa szopek w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa
Tak czy inaczej, pomieszanie porządków, a zatem traktowanie jako równych sobie pamiątek historycznych, dewocyjnego kiczu, a tutaj m.in. obrazu Matki Boskiej w technice Richelieu, zdjęć reportażowych i artystycznych, portretów ślubnych, starego pieca kąpielowego, wiklinowego wózka, wielu dzieł sztuki naiwnej i „poważnej”, wydaje mi się niezwykle interesujące. Taka rupieciarnia jakby ze strychu, ale rzeczy są w dobrym stanie, a całość optymistyczna w wyrazie. Mieszanina żyje własnym życiem, wzbudza rozmaite skojarzenia i generuje własne, chwilowe sensy, u każdego inne, zależne m.in. od pory dnia czy punktu widzenia. Ta Wunderkamera, czyli pokój cudowności, absolutnie nie musi brać się z pasji kolekcjonerskiej (nigdy jej nie uległam, więc pewnie nie mam dla niej zrozumienia), pokazuje bogactwo życia, a nie majestat i nędzę śmierci, jak działo się u Kantora (i w końcu, choć poprzez biegłość artysty-sztukmistrza dzieje się u Kuśmirowskiego). Takie wystawy chciałabym robić, a nie jakieś zimne, wykoncypowane pokazy, gdzie np. wszystkie rzeczy są czerwone (o czym opowiadała Sebastianowi Cichockiemu Agnieszka Kurant). To zabawne i zaskakujące odkrycie, bo oczywiście, ten, kto tę wystawę ułożył, nie miał pojęcia, że odczytam ją jako zamierzenie kuratorskie. Ułożyło ją bowiem samo życie czy też życie wewnętrzne muzeum.
Nie wiem natomiast co napisać o „Masce”. To bowiem wystawa-samograj, typowe muzealne dzieło mające przyciągnąć szeroką publiczność. Pokazuje zarazem dobre chęci pracowników i niedofinansowanie instytucji. Temat jest tak ogólny, że nadawałby się na wypracowanie dla dzieci w szkole. Po prostu – prezentuje fenomen maski i jego różnorodne formy, użycia, znaczenia, niezbyt zresztą konsekwentnie. Co nie znaczy, że ktoś się nad wystawą nie napracował. Widać to po zestawie eksponatów: zgromadzono naprawdę ciekawe, piękne i różnorodne przykłady. Są tu więc maski pracowicie wypożyczone z wielu polskich muzeów, pochodzące z wielu odległych stron świata. Szkoda, że te maski zostały jakby obłaskawione, że nie zasugerowano przekonująco ich tajemnicy, tego, że bywają groźne. Wystawa rozgrywa się na najbardziej banalnym poziomie: przegląd atrakcyjnie wyglądających artefaktów, trudno zresztą odgadnąć czy było bardziej merytoryczne kryterium niż atrakcyjność estetyczna i dostępność. Tak czy owak, maski są znakomite, więc dla nich samych warto wystawę zobaczyć. Mimo, że nie jestem admiratorką umieszczania na wystawach objaśnień i jakby prowadzenia widza za rękę, tutaj wyraźnie ich zabrakło.
Są tutaj maski greckie, maska egipska, replika złotej maski Agamemnona, następnie ludowe maski z Bułgarii i południowej Polski, a potem – czego tu nie ma! Maski z karnawału weneckiego, maski z Chin, Indii, Sri Lanki, Indian z Ameryki Południowej, z Nowej Gwinei, spory wybór masek afrykańskich. Wraz z biletem powinni wydawać tomy Transgresji poświęcone maskom.
*
Ostatnio miałam epizod zainteresowań etnograficznych. Zaniosło mnie na wystawę szopek do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Szopki wydaje się zdecydowanie przereklamowane. Dziwaczna ekspozycja z paczkami słomy pod ścianami pomalowanymi na wściekle niebieski. Szopki wydają się dryfować w stronę zdogmatyzowanego kiczu, za mało mają wdzięku, za dużo tu ambicji konstruktora-modelarza. Najbardziej podobały mi się szopki dzieci.
więcej o wystawach w Muzeum Śląskim
wystawa szopek w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa
17.2.09
Nowe opowieści
Przemek Czepurko, bez tytułu, 2008
Paweł Duczmal, bez tytułu, 2007
Agata Biskup, Kwiaty, 2006
W Krakowie trwa wystawa „Inne bajki”.
Można ją oglądać w budynku, który do niedawno jeszcze wzbudzał wiele kontrowersji, lecz dzisiaj zaczyna być uważany za interesujący przykład najnowszej architektury. Budynkiem tym jest Pawilon Wyspiańskiego przy Placu Wszystkich Świętych. Estetyczny i nowoczesny, co samo w sobie jest godne uznania w centrum Krakowa, jest autorstwa Krzysztofa Ingardena. Budynek powstał w 2007 roku – i pozostaje jakiś niedookreślony jeśli chodzi o jego funkcję. Jego pierwszym zadaniem było pomieścić zrekonstruowane witraże Wyspiańskiego – te, które istnieją w projektach dla katedry wawelskiej i przedstawiają królów polskich. Za autora pomysłu uchodzi Andrzej Wajda. Jednak zasadność rekonstrukcji i jej jakość, w sytuacji gdy zachowane kartony stanowią jedynie impresje, a nie rysunki wykonawcze, wzbudziła wiele kontrowersji. Pawilon jest wąski i długi, nie ma odejścia, by oglądać witraże lepiej wyjść na zewnątrz, ale to wymaga stania przy ruchliwym skrzyżowaniu Franciszkańskiej i Grodzkiej i trochę szczęścia, żeby nie dać się zadeptać lub przejechać. Może i dobrze, że witraży nie da się swobodnie podziwiać. Nie udały się, są drętwe, mają źle dobrane barwy i absolutnie nie oddają patosu i rozmachu wizji Wyspiańskiego.
Pawilon znajduje się tuż przy Magistracie i jest siedzibą informacji miejskiej. Ma także miejsce na wystawy. Co do tych ostatnich, nie pamiętam żadnej, które były tam do tej pory, nie wiadomo kto je urządza i według jakiego klucza. Pawilon wygląda na ziejący pustkami, a urządzenia mające ułatwić zdobywanie informacji są nieczynne (np. nie ma dostępu do Internetu), i zastępują je sterty ulotek oraz pracownicy. Absurd miejsca podkreśla także fakt, że główne biuro informacji miejskiej otwarte jest tylko do 17:00.
Tam właśnie trafiły Patrycja Musiał i Małgorzata Mleczko z wystawą „Inne bajki”. Podjęły ryzyko uwiarygodnienia instytucji nijakiej i bez pomysłu na siebie, ale znajdującej się w samym centrum i na szlaku turystycznym. Jednak nie mam wrażenia, by zarządcy pawilonu wykorzystali ten fakt. Gdy odwiedzałam wystawę styczniowego popołudnia, byłam zupełnie sama, a część prac nie działała. Gdy pojawiłam się tam w lutym, większość wystawy została wyłączona z powodu awarii oświetlenia. Ciekawe jak będzie za trzecim podejściem?
„Inne bajki” zapowiadają się interesująco. Pomysł nawiązuje do tego, co bardzo popularne i pojawia się obecnie u wielu młodych artystów, czyli do prymatu fantazji nad zaangażowaniem w bolączki społeczne. Jednak pewnie też z tego powodu „Inne bajki” wydają się wystawą dla samej wystawy. W tekście kuratorskim pojawiło się kilka zdań mówiących o odrodzeniu zainteresowania bajką w dzisiejszych czasach i że jest to wynik swoistej infantylizacji kultury. Rozumiem, że wystawa poszukuje współczesnych opowieści, bazujących na dzisiejszej wrażliwości i choć pozornie nieodnoszących się do nurtujących nas obecnie problemów, to jednak mających je w pamięci. A jednak mam wrażenie, że temat został postawiony nieco na wyrost i do niego dobrano – co prawda bardzo dobre – gotowe, mniej lub bardziej pasujące prace.
Już u wejścia widoczne są, choć może bardziej wypadało napisać „niewidoczne są…” fotografie Pawła Duczmala, które doskonale stapiają się z przestrzenią pawilonu i jednocześnie oddają charakter wystawy – łagodny, nienarzucający się. Tak więc zdjęcia wyglądają jak część wystroju pawilonu. Kompozycje z szatni z numerkami czy porzucone zabawki, czy też prawdopodobnie zdjęcie z wystawy jakiegoś zakładu optycznego tworzą dziwaczne, ładne i łagodnie dziwiące się światu kompozycje. Wszystko to istnieje naprawdę i by je wyłuskać z otoczenia, trzeba umieć patrzeć pod innym niż zazwyczaj kątem czy inaczej kadrując zwykłe widoki. Zdjęcia Duczmala są poświęcone widzeniu, jednak nieco mechaniczne wydobywanie dziwności nie gwarantuje, że odkryje się drugie dno rzeczywistości. Podoba mi się jednak łagodny absurd i klejenie całości z fragmentów.
Podobnie nie rzuca się w oczy lekka bryła kubika kryjąca w sobie Filmy mówione Wojtka Bąkowskiego i tylko ciche szemranie każe odwrócić się od zdjęć Duczmala i szukać źródła dźwięku. Trzy Filmy mówione także wyrastają z rzeczywistości otaczającej nas bezpośrednio. Działają naprawdę mocno. Ten strumień świadomości młodego człowieka, współczesnego chuligana ma świetną formą graficzną i tekst jakby szeptany do ucha. Autor chciał stworzyć wrażenie, że to sekretne myśli widza, nasze, moje i twoje, które wyciąga na jaw. Jawnie dręczy widza, bo te myśli są wstydliwe, nie wypada się nimi dzielić, o ile nie jest się kimś z marginesu społecznego. Pojawia się tu agresja, pogarda dla ludzi, złe emocje, jednocześnie gdzieniegdzie bardziej wrażliwe spojrzenie, infantylność. To ma stwarzać wrażenie naturalności, sztuki samorodnej. Sztuka tutaj tworzy się z niczego, nie jest nawet brana z gazet, tylko z kibla, ze śmieci, które walają się na ulicy. To, co mówi głos z offu, brzmi jakby mówił naturszczyk. Jednak uderza mnie jak treść tej opowieści powtarza stereotypowy sposób widzenia Polski. Opowiadający widzi przede wszystkim to, co śmierdzące i brudne. On się napawa tym smrodem i brudem. Jednak Bąkowski nie wychodzi poza polską mantrę, fascynację tą nędzą istnienia, które łatwo można znaleźć w polskim filmie, współczesnej literaturze, w muzyce popularnej. Takie obrazki znajdzie się np. w pieśni Kultu Polska czy nawet w wierszu Bursy: na dnie piekła ludzie gotują kapustę… Ja sama jestem już mocno zmęczona tym mizerabilizmem.
Dalej jest jeszcze jedno wideo, na ścianie – nieczynne w dniach, kiedy tam byłam…
Potem wystawa znika w piwnicy, gdzie mimo podziemi wszystko jest czyste, jasne i estetyczne. W wąskiej sali, wyglądającej bardziej jak korytarz, na białych tablicach, zawisły obrazy Tomka Siwińskiego, Przemka Czepurki i Agaty Biskup. Najbardziej wyeksponowana została twórczość Agaty, to główny punkt wystawy. Jej obrazy, z sarenkami i jeden pokryty w całości motywami bujnych kwiatów, co przypomina tkaninę obiciową, są przesłodzone i ładne. W upodobaniu do kiczu kojarzą się z obrazami Roberta Maciejuka, ale nie są tak mocne w wyrazie, za mało mają w sobie szaleństwa. Niekiedy jakieś tajemnicze rzeczy dzieją się z sarenką, która pada jakby w plamie krwi czy farby w bezkresnej niebieskości. Następuje przesunięcie kiczu w stronę dziwności, a sarenka zaczyna "mówić" o samym malarstwie. Jest w tym też specjalnie stosowana nieporadność i nawiązywanie do ilustracji dla dzieci. Z kolei wspaniałe piwonie kojarzą mi się ze starymi lnianymi zasłonami, którymi za moich szkolnych czasów z braku pieniędzy młodzi malarze obijali blejtramy. Dodatkową wartością obrazów Agaty jest to, że nie wiadomo jak się wobec nich zachować: przybrać pozę konesera czy kogoś, kto uśmiecha się porozumiewawczo do artystki, bo wydaje mu się, że dostrzega jej ironię?
Przemek Czepurko dopracowuje swoje obrazy do granic wytrzymałości. W efekcie powstają niemal biżuteryjne cacka. Jednak ze swoją wygładzoną, błyszczącą powierzchnią i jakby wygrawerowanym rysunkiem nie zdradzają swojej zawartości. Treść pozostaje tajemnicą. W komentarzu jest napisane, że to powrót do dzieciństwa. Samolot Lindbergha jest wspomnieniem chłopięcych fascynacji, tak samo dzieje się z reminiscencją katastrofy promu kosmicznego Challenger. Ja wolę poprzestać na kontemplowaniu dystansu, jaki te obrazy stwarzają. W końcu nie wszystko musi być zrozumiałe, treść podana jak na tacy.
Obrazy Tomka Siwińskiego mieszają fantazyjnie porządek abstrakcji ekspresyjnej i malarstwa przedstawieniowego. Dla mnie osobiście jednak niewiele z tego wynika.
Wystawa „Inne bajki” zdaje się wskazywać, że dzisiejsze bajki mogą być lepione z tego, co znajduje się wokół nas, z brzydoty miast, z tego, co można znaleźć w centrach handlowych, albo w pokoju dziecinnym. Trzeba innego, świeżego spojrzenia, by dostrzegać nowe opowieści i nową, odklejoną od zwykłości rzeczywistość. Dlatego projekt Honzy Zamojskiego streszcza o zapewne sens „Innych bajek”. Artysta ukrył gdzieś skarb i każdy może go odnaleźć, udać się na poszukiwania diamentu przeżywając po drodze pewnie niejedną przygodę. Artysta pozostawił wskazówki. Zatem zwykła codzienność kryje w sobie skarby, trzeba tylko wyrwać się z rutyny życia pełnego nieustannego pędu, zatrzymać się i rozejrzeć dookoła świeżym okiem.
Świetnie, że wystawa nie pokazuje najbardziej znanych artystów. Ale czegoś mi brakuje. W tym miejscu i czasie „Inne bajki” nie wydają mi się mocnym głosem. Nie wiem dlaczego znalazły się w tej lokalizacji i dla kogo właściwie są. Prawdopodobnie kuratorki szukały po prostu pretekstu, żeby pokazać ulubionych artystów, co samo w sobie nie jest przecież złe. Wystawa jednak nie jest ani ciepła, ani zimna, jest letnia. Koniec końców bajki nie są groźne.
"Inne bajki" // Agata Biskup, Wojtek Bąkowski, Przemek Czepurko, Paweł Duczmal, Tomek Siwiński, Honza Zamojski, Pawilon Wyspiański 2000, Kraków, 8 stycznia 2009 - 30 marca 2009, kuratorki: Małgorzata Mleczko, Patrycja Musiał / Fundacja No Local
Można ją oglądać w budynku, który do niedawno jeszcze wzbudzał wiele kontrowersji, lecz dzisiaj zaczyna być uważany za interesujący przykład najnowszej architektury. Budynkiem tym jest Pawilon Wyspiańskiego przy Placu Wszystkich Świętych. Estetyczny i nowoczesny, co samo w sobie jest godne uznania w centrum Krakowa, jest autorstwa Krzysztofa Ingardena. Budynek powstał w 2007 roku – i pozostaje jakiś niedookreślony jeśli chodzi o jego funkcję. Jego pierwszym zadaniem było pomieścić zrekonstruowane witraże Wyspiańskiego – te, które istnieją w projektach dla katedry wawelskiej i przedstawiają królów polskich. Za autora pomysłu uchodzi Andrzej Wajda. Jednak zasadność rekonstrukcji i jej jakość, w sytuacji gdy zachowane kartony stanowią jedynie impresje, a nie rysunki wykonawcze, wzbudziła wiele kontrowersji. Pawilon jest wąski i długi, nie ma odejścia, by oglądać witraże lepiej wyjść na zewnątrz, ale to wymaga stania przy ruchliwym skrzyżowaniu Franciszkańskiej i Grodzkiej i trochę szczęścia, żeby nie dać się zadeptać lub przejechać. Może i dobrze, że witraży nie da się swobodnie podziwiać. Nie udały się, są drętwe, mają źle dobrane barwy i absolutnie nie oddają patosu i rozmachu wizji Wyspiańskiego.
Pawilon znajduje się tuż przy Magistracie i jest siedzibą informacji miejskiej. Ma także miejsce na wystawy. Co do tych ostatnich, nie pamiętam żadnej, które były tam do tej pory, nie wiadomo kto je urządza i według jakiego klucza. Pawilon wygląda na ziejący pustkami, a urządzenia mające ułatwić zdobywanie informacji są nieczynne (np. nie ma dostępu do Internetu), i zastępują je sterty ulotek oraz pracownicy. Absurd miejsca podkreśla także fakt, że główne biuro informacji miejskiej otwarte jest tylko do 17:00.
Tam właśnie trafiły Patrycja Musiał i Małgorzata Mleczko z wystawą „Inne bajki”. Podjęły ryzyko uwiarygodnienia instytucji nijakiej i bez pomysłu na siebie, ale znajdującej się w samym centrum i na szlaku turystycznym. Jednak nie mam wrażenia, by zarządcy pawilonu wykorzystali ten fakt. Gdy odwiedzałam wystawę styczniowego popołudnia, byłam zupełnie sama, a część prac nie działała. Gdy pojawiłam się tam w lutym, większość wystawy została wyłączona z powodu awarii oświetlenia. Ciekawe jak będzie za trzecim podejściem?
„Inne bajki” zapowiadają się interesująco. Pomysł nawiązuje do tego, co bardzo popularne i pojawia się obecnie u wielu młodych artystów, czyli do prymatu fantazji nad zaangażowaniem w bolączki społeczne. Jednak pewnie też z tego powodu „Inne bajki” wydają się wystawą dla samej wystawy. W tekście kuratorskim pojawiło się kilka zdań mówiących o odrodzeniu zainteresowania bajką w dzisiejszych czasach i że jest to wynik swoistej infantylizacji kultury. Rozumiem, że wystawa poszukuje współczesnych opowieści, bazujących na dzisiejszej wrażliwości i choć pozornie nieodnoszących się do nurtujących nas obecnie problemów, to jednak mających je w pamięci. A jednak mam wrażenie, że temat został postawiony nieco na wyrost i do niego dobrano – co prawda bardzo dobre – gotowe, mniej lub bardziej pasujące prace.
Już u wejścia widoczne są, choć może bardziej wypadało napisać „niewidoczne są…” fotografie Pawła Duczmala, które doskonale stapiają się z przestrzenią pawilonu i jednocześnie oddają charakter wystawy – łagodny, nienarzucający się. Tak więc zdjęcia wyglądają jak część wystroju pawilonu. Kompozycje z szatni z numerkami czy porzucone zabawki, czy też prawdopodobnie zdjęcie z wystawy jakiegoś zakładu optycznego tworzą dziwaczne, ładne i łagodnie dziwiące się światu kompozycje. Wszystko to istnieje naprawdę i by je wyłuskać z otoczenia, trzeba umieć patrzeć pod innym niż zazwyczaj kątem czy inaczej kadrując zwykłe widoki. Zdjęcia Duczmala są poświęcone widzeniu, jednak nieco mechaniczne wydobywanie dziwności nie gwarantuje, że odkryje się drugie dno rzeczywistości. Podoba mi się jednak łagodny absurd i klejenie całości z fragmentów.
Podobnie nie rzuca się w oczy lekka bryła kubika kryjąca w sobie Filmy mówione Wojtka Bąkowskiego i tylko ciche szemranie każe odwrócić się od zdjęć Duczmala i szukać źródła dźwięku. Trzy Filmy mówione także wyrastają z rzeczywistości otaczającej nas bezpośrednio. Działają naprawdę mocno. Ten strumień świadomości młodego człowieka, współczesnego chuligana ma świetną formą graficzną i tekst jakby szeptany do ucha. Autor chciał stworzyć wrażenie, że to sekretne myśli widza, nasze, moje i twoje, które wyciąga na jaw. Jawnie dręczy widza, bo te myśli są wstydliwe, nie wypada się nimi dzielić, o ile nie jest się kimś z marginesu społecznego. Pojawia się tu agresja, pogarda dla ludzi, złe emocje, jednocześnie gdzieniegdzie bardziej wrażliwe spojrzenie, infantylność. To ma stwarzać wrażenie naturalności, sztuki samorodnej. Sztuka tutaj tworzy się z niczego, nie jest nawet brana z gazet, tylko z kibla, ze śmieci, które walają się na ulicy. To, co mówi głos z offu, brzmi jakby mówił naturszczyk. Jednak uderza mnie jak treść tej opowieści powtarza stereotypowy sposób widzenia Polski. Opowiadający widzi przede wszystkim to, co śmierdzące i brudne. On się napawa tym smrodem i brudem. Jednak Bąkowski nie wychodzi poza polską mantrę, fascynację tą nędzą istnienia, które łatwo można znaleźć w polskim filmie, współczesnej literaturze, w muzyce popularnej. Takie obrazki znajdzie się np. w pieśni Kultu Polska czy nawet w wierszu Bursy: na dnie piekła ludzie gotują kapustę… Ja sama jestem już mocno zmęczona tym mizerabilizmem.
Dalej jest jeszcze jedno wideo, na ścianie – nieczynne w dniach, kiedy tam byłam…
Potem wystawa znika w piwnicy, gdzie mimo podziemi wszystko jest czyste, jasne i estetyczne. W wąskiej sali, wyglądającej bardziej jak korytarz, na białych tablicach, zawisły obrazy Tomka Siwińskiego, Przemka Czepurki i Agaty Biskup. Najbardziej wyeksponowana została twórczość Agaty, to główny punkt wystawy. Jej obrazy, z sarenkami i jeden pokryty w całości motywami bujnych kwiatów, co przypomina tkaninę obiciową, są przesłodzone i ładne. W upodobaniu do kiczu kojarzą się z obrazami Roberta Maciejuka, ale nie są tak mocne w wyrazie, za mało mają w sobie szaleństwa. Niekiedy jakieś tajemnicze rzeczy dzieją się z sarenką, która pada jakby w plamie krwi czy farby w bezkresnej niebieskości. Następuje przesunięcie kiczu w stronę dziwności, a sarenka zaczyna "mówić" o samym malarstwie. Jest w tym też specjalnie stosowana nieporadność i nawiązywanie do ilustracji dla dzieci. Z kolei wspaniałe piwonie kojarzą mi się ze starymi lnianymi zasłonami, którymi za moich szkolnych czasów z braku pieniędzy młodzi malarze obijali blejtramy. Dodatkową wartością obrazów Agaty jest to, że nie wiadomo jak się wobec nich zachować: przybrać pozę konesera czy kogoś, kto uśmiecha się porozumiewawczo do artystki, bo wydaje mu się, że dostrzega jej ironię?
Przemek Czepurko dopracowuje swoje obrazy do granic wytrzymałości. W efekcie powstają niemal biżuteryjne cacka. Jednak ze swoją wygładzoną, błyszczącą powierzchnią i jakby wygrawerowanym rysunkiem nie zdradzają swojej zawartości. Treść pozostaje tajemnicą. W komentarzu jest napisane, że to powrót do dzieciństwa. Samolot Lindbergha jest wspomnieniem chłopięcych fascynacji, tak samo dzieje się z reminiscencją katastrofy promu kosmicznego Challenger. Ja wolę poprzestać na kontemplowaniu dystansu, jaki te obrazy stwarzają. W końcu nie wszystko musi być zrozumiałe, treść podana jak na tacy.
Obrazy Tomka Siwińskiego mieszają fantazyjnie porządek abstrakcji ekspresyjnej i malarstwa przedstawieniowego. Dla mnie osobiście jednak niewiele z tego wynika.
Wystawa „Inne bajki” zdaje się wskazywać, że dzisiejsze bajki mogą być lepione z tego, co znajduje się wokół nas, z brzydoty miast, z tego, co można znaleźć w centrach handlowych, albo w pokoju dziecinnym. Trzeba innego, świeżego spojrzenia, by dostrzegać nowe opowieści i nową, odklejoną od zwykłości rzeczywistość. Dlatego projekt Honzy Zamojskiego streszcza o zapewne sens „Innych bajek”. Artysta ukrył gdzieś skarb i każdy może go odnaleźć, udać się na poszukiwania diamentu przeżywając po drodze pewnie niejedną przygodę. Artysta pozostawił wskazówki. Zatem zwykła codzienność kryje w sobie skarby, trzeba tylko wyrwać się z rutyny życia pełnego nieustannego pędu, zatrzymać się i rozejrzeć dookoła świeżym okiem.
Świetnie, że wystawa nie pokazuje najbardziej znanych artystów. Ale czegoś mi brakuje. W tym miejscu i czasie „Inne bajki” nie wydają mi się mocnym głosem. Nie wiem dlaczego znalazły się w tej lokalizacji i dla kogo właściwie są. Prawdopodobnie kuratorki szukały po prostu pretekstu, żeby pokazać ulubionych artystów, co samo w sobie nie jest przecież złe. Wystawa jednak nie jest ani ciepła, ani zimna, jest letnia. Koniec końców bajki nie są groźne.
"Inne bajki" // Agata Biskup, Wojtek Bąkowski, Przemek Czepurko, Paweł Duczmal, Tomek Siwiński, Honza Zamojski, Pawilon Wyspiański 2000, Kraków, 8 stycznia 2009 - 30 marca 2009, kuratorki: Małgorzata Mleczko, Patrycja Musiał / Fundacja No Local
11.2.09
Powód do optymizmu czy pesymizmu?
Adam Mazur zrecenzował nową edycję „Art Now”. Uderza mnie satysfakcja, z jaką odnotował ilu polskich artystów widnieje w tym kompendium najbardziej liczących się współczesnych twórców. Dziwnie pachnie mi to uniesieniami kibica sportowego. Nasza reprezentacja jest liczna – cztery osoby (Althamer, Ołowska, Sasnal, Uklański) - w sytuacji gdy Czesi nie mają nikogo! Chciałabym jednak postawić pytanie czy coś z tego dla nas z tego wynika. I jak świadczy to o naszym środowisku? Czy nie lepiej byłoby je mieć bardziej zdecentralizowane, pluralistyczne? Zdrowsze to i ciekawsze, mniej przewidywalne.
Zawsze uderzał mnie fakt, jak przez lata niewiele w Polsce było „pożytku” z zagranicznej kariery Mirosława Bałki. O jego wystawach wiedzieli tylko wtajemniczeni i nijak nie przekładało się to na jego obecność i wpływ w Polsce, nie mówiąc już o jakości uprawianej tutaj rzeźby. Oczywiście, nie mam pretensji do samego artysty - to byłoby absurdalne. Na szczęście, jakiś czas temu ta sytuacja uległa zmianie i Bałka stał się w Polsce bardziej obecny. Z połową artystów wyliczonych w „Art Now” (Uklański, Ołowska) dzieje się podobnie. Stawia to pod znakiem zapytania zasadność recenzowania wspomnianego dzieła pod kątem reprezentacji narodowych.
Chcę przy okazji zadać pytanie o obecność innych ludzi sztuki z Polski na scenie międzynarodowej. Co z kuratorami? Czy kariera dwóch Adamów: Szymczyka i Budaka ma jakiekolwiek przełożenie na scenę polską, czy coś jej daje, czy wreszcie oznacza jakąś siłę tej sceny, czy ją promuje? Czy może stanowi odbicie siły środowiska kuratorów w Polsce, albo może wpływa na rozwój sztuki kuratorowania wystaw w Polsce? Nic z tych rzeczy.
Ostatnie pytanie. Czy z naszego środowiska wywodzi się jakiś powszechnie uznawany krytyk? Gdy przegląda się polskie pisma artystyczne, zwłaszcza te sieciowe, wydaje się, że jest bardzo dobrze, polemika następuje za polemiką, dyskusje trwają, różnice zdań istnieją, czytelnicy rzucają gromy na autorów, pisze się dużo i różnorodnie. A jednak tym, co się rzuca w oczy, jest ograniczony horyzont naszej krytyki, tkwienie tylko na naszym podwórku. Po drugie, od razu widać jej „testosteronowość”. Często mam wrażenie, że dyskusje są prowadzone rytualnie i dla samej walki na słowa, dla zaznaczenia "ja istnieję!", dla pokazania kto tu rządzi, dla uzurpowania władzy, a nie dlatego, że jest problem i jest różnica zdań. Krytyk jako osobowość, z własną wizją, szerszą niż polskie ostatnie wystawy, krytyk jako wybitny myśliciel, na którego teksty się czeka i czyta z uwagą, krytyk ze znajomością kultury w ogóle, czytający poezję, chodzący do teatru, oglądający filmy, znający się na filozofii – nie istnieje! Nie mamy takiego krytyka, którego z uwagą czytałby świat. I to jest smutne.
Zawsze uderzał mnie fakt, jak przez lata niewiele w Polsce było „pożytku” z zagranicznej kariery Mirosława Bałki. O jego wystawach wiedzieli tylko wtajemniczeni i nijak nie przekładało się to na jego obecność i wpływ w Polsce, nie mówiąc już o jakości uprawianej tutaj rzeźby. Oczywiście, nie mam pretensji do samego artysty - to byłoby absurdalne. Na szczęście, jakiś czas temu ta sytuacja uległa zmianie i Bałka stał się w Polsce bardziej obecny. Z połową artystów wyliczonych w „Art Now” (Uklański, Ołowska) dzieje się podobnie. Stawia to pod znakiem zapytania zasadność recenzowania wspomnianego dzieła pod kątem reprezentacji narodowych.
Chcę przy okazji zadać pytanie o obecność innych ludzi sztuki z Polski na scenie międzynarodowej. Co z kuratorami? Czy kariera dwóch Adamów: Szymczyka i Budaka ma jakiekolwiek przełożenie na scenę polską, czy coś jej daje, czy wreszcie oznacza jakąś siłę tej sceny, czy ją promuje? Czy może stanowi odbicie siły środowiska kuratorów w Polsce, albo może wpływa na rozwój sztuki kuratorowania wystaw w Polsce? Nic z tych rzeczy.
Ostatnie pytanie. Czy z naszego środowiska wywodzi się jakiś powszechnie uznawany krytyk? Gdy przegląda się polskie pisma artystyczne, zwłaszcza te sieciowe, wydaje się, że jest bardzo dobrze, polemika następuje za polemiką, dyskusje trwają, różnice zdań istnieją, czytelnicy rzucają gromy na autorów, pisze się dużo i różnorodnie. A jednak tym, co się rzuca w oczy, jest ograniczony horyzont naszej krytyki, tkwienie tylko na naszym podwórku. Po drugie, od razu widać jej „testosteronowość”. Często mam wrażenie, że dyskusje są prowadzone rytualnie i dla samej walki na słowa, dla zaznaczenia "ja istnieję!", dla pokazania kto tu rządzi, dla uzurpowania władzy, a nie dlatego, że jest problem i jest różnica zdań. Krytyk jako osobowość, z własną wizją, szerszą niż polskie ostatnie wystawy, krytyk jako wybitny myśliciel, na którego teksty się czeka i czyta z uwagą, krytyk ze znajomością kultury w ogóle, czytający poezję, chodzący do teatru, oglądający filmy, znający się na filozofii – nie istnieje! Nie mamy takiego krytyka, którego z uwagą czytałby świat. I to jest smutne.
2.2.09
Szycie na Woli Duchackiej

Tak wygląda dotychczasowy efekt akcji Szycia Moniki Drożyńskiej w Klubie Osiedlowym Wola Duchacka Wschód, szycie będzie trwało do maja i zakończy się wielkim piknikiem.
Następny seans szycia w Pauzie, Kraków, 7 lutego, sobota, od godz. 12:00
Patrz: mój wpis "Sztuka zaangażowana" z 27 stycznia 2009
30.1.09
Mity najnowsze
Wydawnictwo Ha!art opublikowało książkę „Krótka historia Grupy Ładnie”. Zróżnicowanie materiałów, co sprawia, że książkę świetnie się czyta: obok szkicu do historii Grupy Ładnie w kilku rozdziałach, autorstwa Magdaleny Drągowskiej, zamieszczono część zawierającą wybór przedruków tekstów krytycznych z epoki (jak to brzmi! Chodzi o teksty publikowane przecież kilka lat temu), całość uzupełniono dużą ilością wywiadów z osobami, które bądź należały do grupy, bądź z grupą się przyjaźniły, bądź mają coś do powiedzenia na temat tła wydarzeń. Wspominam o tym, bo autorzy „Krótkiej historii…” opowiadają o niej jako o przedsięwzięciu ważnym od strony metodologicznej i drobiazgowo przemyślanym. W tym sensie książka może zdawać się przedsięwzięciem nieco szalonym. Jej zamierzeniem jest nie tyle zmierzyć się z mitem grupy, co jedynie przybliżyć się do prawdy o niej. Przy tym występuje tutaj prawidłowość, że im bardziej autorzy starają się uchwycić prawdę, tym bardziej ona umyka. Mają świadomość, że historii nie da się zrekonstruować i że jej wersji jest tyle, ile jej uczestników. Książka daje więc reprinty tekstów publikowanych w oryginalnych wersjach, mnóstwo smakowitego materiału wizualnego, i wspomniane wywiady, z których kilka wydaje się nie na temat - szkicują tło wydarzeń. Granice gatunkowe książki rekonstruującej historię są tutaj wypróbowywane i rozciągane do niemożliwości. I czytelnik musi radzić sobie sam w tym gąszczu, sam wyrabiać sobie opinię.
„Krótka historia…” ma za cel odmitologizowanie grupy, tymczasem odnoszę wrażenie, że mitologizuje ją i tak, ale w inny sposób niż Raster – główny sprawca jednoznacznej i przez to niezwyjle chwytliwej charakterystyki grupy. Książka pokazuje Ładnie, a przy okazji Raster, jako część szerszego zjawiska, którym była zmiana pokoleniowa w sztuce polskiej, symbolizowana wejściem Rastra i lansowanych przez niego artystów na scenę. Przypomina jednak, że Jednak Ładnie nie było przecież grupą wiekowo jednorodną. W książce udało się uchwycić zmianę języka sztuki i krytyki artystycznej, jaka zaszła w latach 90. za sprawą wyżej wspomnianych. Dodatkowo można się dzięki niej przekonać, jak maniera pisania, polegająca na używaniu prostych, chwytliwych sformułowań, jakby wziętych z reklamy, pełnych samozadowolenia (żeby nie powiedzieć samochwalstwa) i zdań napisanych tak, by łatwo je było zapamiętać, pod wpływem pracy dla pism popularnych, szybko się zestarzała, pokazuje małą jej elastyczność. W tamtych czasach – 2. połowa lat 90. – taka formuła nadeszła nieuchronnie, w języku tym ważne było "zwykłe życie", nie było jednak miejsca na smutek, śmierć, sprawy ostateczne, czy sprawy formy, ważna za to była „fajność”. Większość środowiska artystycznego okazała się bezbronna wobec tego języka, został on użyty bowiem w odpowiednim momencie i wiązał się z wejściem do Polski kultury masowej, z której trochę już liznęliśmy, ale jeszcze nie było nam od niej niedobrze.
W książce pojawiają się wypowiedzi kilku osób, pamiętam np. Romana Dziadkiewicza, że książka stara się jak najbardziej rozmyć kontury tego, co uważamy za grupę Ładnie. Dążenie do uchwycenia początków i końca grupy skazane jest na niepowodzenie, praktycznie każdy z zainteresowanych ma na ten temat własne zdanie. Jednak ustalenie granic i tak nie dałoby nic. Obraz grupy po odmitologizowaniu to przede wszystkim akcje artystyczne, jak się okazuje, ciekawe, ale nieszczególnej jakości. Ładnie pojawiło się jednak w dobrym miejscu i czasie, przez co zostało przyjęte z utęsknieniem, jako długo wyczekiwane objawienie tego, że w Krakowie i w temacie sztukoi roczników 70. wreszcie coś się dzieje. Autorzy książki podkreślają, że Ładnie, wbrew utrwalonemu w świadomości wielu odbiorców obrazowi, spełniało się bardziej w akcjach niż w malarstwie, bo malarstwo stanowiło drogę indywidualnego rozwoju ludzi z grupy. Jeśli tak, to trzeba wiedzieć, że akcje miały znaczenie czysto lokalne. Były ważne w tamtym czasie i dla tamtych ludzi. W nowy, bo w znacznie bardziej pełny niż do tej pory, sposób została pokazana działalność Marka Firka, najciekawsze okazują się nie obrazy czy obiekty ceramiczne, lecz jego dążność do tworzenia teorii, a także tworzenie grup, stowarzyszeń, quasi-instytucji.
Symptomatyczna dla polskiego życia artystycznego wydaje się dyskusja na temat tego czy grupa stosując specyficzną ikonografię, zaczerpniętą z reklam, gazet, telewizji, okładek płytowych, czyni to w sposób krytyczny, czy przeciwnie: jako swoistą pochwałę wczesnej fazy kapitalizmu w Polsce. Są to głosy z epoki, ale i dzisiejsze. Kryje się w nich chęć zaatakowania popularnej grupy za brak krytycyzmu, ale i obrony przed domniemanym atakiem oraz widzenie wszystkiego w kategoriach zaangażowania czy polityczności. Piotr Marecki twierdzi, że ponieważ w tamtym czasie kontury polskiego kapitalizmu były jeszcze niewyraźne, to i postawa ładnowców nie była jeszcze wyrazista ideologicznie. Zapewne w tamtym czasie nie myśleli oni kategoriami politycznymi.
W ogóle dobrze zestawiono ze sobą teksty już publikowane i wywiady; często nieświadomie polemizują ze sobą. Można śledzić jakieś interpretacje, zobaczyć ich zróżnicowanie (krytyka Ryszarda Ziarkiewicza za pięknoduchowską postawę i odcinanie się od rzeczywistych problemów poprzez ucieczkę w prywatność, ciekawy trop Andrzeja Szczerskiego związany z polską rubasznością). Tutaj kontrastują ze sobą opinie Doroty Jareckiej i Pawła Dunin-Wąsowicza. Podczas gdy recenzentka „Gazety Wyborczej” dostrzega wywrotowy i krytyczny potencjał sztuki ładnowców, szef „Lampy i Iskry Bożej” widzi w niej przeciwieństwo: pochwałę wartości mieszczańskich, rodzinnego zacisza.
Książka pokazuje początki i kształtująca się odrębność świetnych malarzy, którzy wyszli z Ładnie, jednocześnie początki ich karier i pewien mechanizm, który do nich doprowadził. Pokazuje np. tworzenie mitu założycielskiego poprzez opis spotkania wybranych członków grupy Ładnie z Rastrem, opublikowanym na łamach tego ostatniego. Skupiając się jednak na historii grupy, opisując jej pierwsze działania, pokazuje także fakt, że Ładnie stało się znane dzięki temu, co stało się później i co stało się przyczyną rozpadu. Gdyby nie kariery solowe Bujnowskiego, Maciejowskiego i Sasnala, grupa miałaby znaczenie wyłącznie jako ciekawostka. Tak więc, to, co było potem, nadaje jej sens i znaczenie. Nie można o tym zapominać badając grupę Ładnie.
Grupa stała się emblematem sztuki nowego pokolenia sztuki polskiej, znakiem początku pewnej epoki, ale i to wcale nie jest takie pewne. Nawet jeśli chodzi o styl i tematy, o cały ten banalizm, to istnieją bliscy poprzednicy tego rodzaju sztuki (chociażby w Otwartej Pracowni).
*
Dobrze się stało, że powstała książka o historii sztuki najnowszej. Pamięć jest zawodna i wygrywają ci, którzy wydają książki, bo z nich czerpie się wiedzę i interpretacje nie weryfikując ich u źródeł.
Magdalena Drągowska, Dominik Kuryłek, Ewa Małgorzata Tatar, "Krótka historia Grupy Ładnie", ha!art, Kraków 2009
„Krótka historia…” ma za cel odmitologizowanie grupy, tymczasem odnoszę wrażenie, że mitologizuje ją i tak, ale w inny sposób niż Raster – główny sprawca jednoznacznej i przez to niezwyjle chwytliwej charakterystyki grupy. Książka pokazuje Ładnie, a przy okazji Raster, jako część szerszego zjawiska, którym była zmiana pokoleniowa w sztuce polskiej, symbolizowana wejściem Rastra i lansowanych przez niego artystów na scenę. Przypomina jednak, że Jednak Ładnie nie było przecież grupą wiekowo jednorodną. W książce udało się uchwycić zmianę języka sztuki i krytyki artystycznej, jaka zaszła w latach 90. za sprawą wyżej wspomnianych. Dodatkowo można się dzięki niej przekonać, jak maniera pisania, polegająca na używaniu prostych, chwytliwych sformułowań, jakby wziętych z reklamy, pełnych samozadowolenia (żeby nie powiedzieć samochwalstwa) i zdań napisanych tak, by łatwo je było zapamiętać, pod wpływem pracy dla pism popularnych, szybko się zestarzała, pokazuje małą jej elastyczność. W tamtych czasach – 2. połowa lat 90. – taka formuła nadeszła nieuchronnie, w języku tym ważne było "zwykłe życie", nie było jednak miejsca na smutek, śmierć, sprawy ostateczne, czy sprawy formy, ważna za to była „fajność”. Większość środowiska artystycznego okazała się bezbronna wobec tego języka, został on użyty bowiem w odpowiednim momencie i wiązał się z wejściem do Polski kultury masowej, z której trochę już liznęliśmy, ale jeszcze nie było nam od niej niedobrze.
W książce pojawiają się wypowiedzi kilku osób, pamiętam np. Romana Dziadkiewicza, że książka stara się jak najbardziej rozmyć kontury tego, co uważamy za grupę Ładnie. Dążenie do uchwycenia początków i końca grupy skazane jest na niepowodzenie, praktycznie każdy z zainteresowanych ma na ten temat własne zdanie. Jednak ustalenie granic i tak nie dałoby nic. Obraz grupy po odmitologizowaniu to przede wszystkim akcje artystyczne, jak się okazuje, ciekawe, ale nieszczególnej jakości. Ładnie pojawiło się jednak w dobrym miejscu i czasie, przez co zostało przyjęte z utęsknieniem, jako długo wyczekiwane objawienie tego, że w Krakowie i w temacie sztukoi roczników 70. wreszcie coś się dzieje. Autorzy książki podkreślają, że Ładnie, wbrew utrwalonemu w świadomości wielu odbiorców obrazowi, spełniało się bardziej w akcjach niż w malarstwie, bo malarstwo stanowiło drogę indywidualnego rozwoju ludzi z grupy. Jeśli tak, to trzeba wiedzieć, że akcje miały znaczenie czysto lokalne. Były ważne w tamtym czasie i dla tamtych ludzi. W nowy, bo w znacznie bardziej pełny niż do tej pory, sposób została pokazana działalność Marka Firka, najciekawsze okazują się nie obrazy czy obiekty ceramiczne, lecz jego dążność do tworzenia teorii, a także tworzenie grup, stowarzyszeń, quasi-instytucji.
Symptomatyczna dla polskiego życia artystycznego wydaje się dyskusja na temat tego czy grupa stosując specyficzną ikonografię, zaczerpniętą z reklam, gazet, telewizji, okładek płytowych, czyni to w sposób krytyczny, czy przeciwnie: jako swoistą pochwałę wczesnej fazy kapitalizmu w Polsce. Są to głosy z epoki, ale i dzisiejsze. Kryje się w nich chęć zaatakowania popularnej grupy za brak krytycyzmu, ale i obrony przed domniemanym atakiem oraz widzenie wszystkiego w kategoriach zaangażowania czy polityczności. Piotr Marecki twierdzi, że ponieważ w tamtym czasie kontury polskiego kapitalizmu były jeszcze niewyraźne, to i postawa ładnowców nie była jeszcze wyrazista ideologicznie. Zapewne w tamtym czasie nie myśleli oni kategoriami politycznymi.
W ogóle dobrze zestawiono ze sobą teksty już publikowane i wywiady; często nieświadomie polemizują ze sobą. Można śledzić jakieś interpretacje, zobaczyć ich zróżnicowanie (krytyka Ryszarda Ziarkiewicza za pięknoduchowską postawę i odcinanie się od rzeczywistych problemów poprzez ucieczkę w prywatność, ciekawy trop Andrzeja Szczerskiego związany z polską rubasznością). Tutaj kontrastują ze sobą opinie Doroty Jareckiej i Pawła Dunin-Wąsowicza. Podczas gdy recenzentka „Gazety Wyborczej” dostrzega wywrotowy i krytyczny potencjał sztuki ładnowców, szef „Lampy i Iskry Bożej” widzi w niej przeciwieństwo: pochwałę wartości mieszczańskich, rodzinnego zacisza.
Książka pokazuje początki i kształtująca się odrębność świetnych malarzy, którzy wyszli z Ładnie, jednocześnie początki ich karier i pewien mechanizm, który do nich doprowadził. Pokazuje np. tworzenie mitu założycielskiego poprzez opis spotkania wybranych członków grupy Ładnie z Rastrem, opublikowanym na łamach tego ostatniego. Skupiając się jednak na historii grupy, opisując jej pierwsze działania, pokazuje także fakt, że Ładnie stało się znane dzięki temu, co stało się później i co stało się przyczyną rozpadu. Gdyby nie kariery solowe Bujnowskiego, Maciejowskiego i Sasnala, grupa miałaby znaczenie wyłącznie jako ciekawostka. Tak więc, to, co było potem, nadaje jej sens i znaczenie. Nie można o tym zapominać badając grupę Ładnie.
Grupa stała się emblematem sztuki nowego pokolenia sztuki polskiej, znakiem początku pewnej epoki, ale i to wcale nie jest takie pewne. Nawet jeśli chodzi o styl i tematy, o cały ten banalizm, to istnieją bliscy poprzednicy tego rodzaju sztuki (chociażby w Otwartej Pracowni).
*
Dobrze się stało, że powstała książka o historii sztuki najnowszej. Pamięć jest zawodna i wygrywają ci, którzy wydają książki, bo z nich czerpie się wiedzę i interpretacje nie weryfikując ich u źródeł.
Magdalena Drągowska, Dominik Kuryłek, Ewa Małgorzata Tatar, "Krótka historia Grupy Ładnie", ha!art, Kraków 2009
27.1.09
Sztuka zaangażowana
Monika Drożyńska, o której wspomniałam przy okazji szopki z szopką, czyli próby wzięcia udziału w konkursie na szopki krakowskie z szopką nietypową, obdarzona jest niespożytą energią. Została właśnie nominowana do Odlotów – to głupawe hasło firmuje nowe nagrody kulturalne krakowskiej „Wyborczej”.
Ostatnio szyje dom kultury. Jej działanie świetnie skupia w sobie zagadnienia sztuki zaangażowanej, której rolą byłoby wprowadzanie zmiany, oddziaływanie na ludzi po to, by im pomagać łatwiej znosić trudy ich własnego życia. Tak więc Monika Drożyńska spotyka się z bywalcami Klubu Osiedlowego Wola Duchacka Wschód, na jednym z blokowisk Krakowa, gdzie oprócz wspomnianego Klubu, wypożyczalni filmów i kiosków z gazetami, jest kulturalna pustynia.
Klub znajduje się tutaj jak w środku ogromnej czarnej dziury i właściwie jest monopolistą w dziedzinie kultury (no, jeszcze szkoła i kościół niekiedy działają na tym polu) i musi zaspokoić wszystkie potrzeby mieszkańców sporego osiedla. Zwłaszcza tych, co nie ruszają się poza nie i tych, dla których Kraków jest tak samo odległy, jak powiedzmy Gdańsk. Są to przede wszystkim dzieci, młodzież, matki niepracujące, bezrobotni i ludzie starsi. Klub ma bogatą ofertę jak na skromne możliwości (2 etaty): dzieje się tu mnóstwo zajęć artystycznych, odbywają się imprezy plenerowe, koncerty. Pracownicy Klubu to prawdziwi ludzie od wszystkiego: pracują jako twórcy programu, uczestnicy występów (muzycy, aktorzy, pieśniarze, satyrycy, poeci, konferansjerzy), grają rolę cieciów oraz wychowawców trudnej młodzieży i dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Klub znajduje się obskurnym pawilonie z lat 80., który spółdzielnia jako właściciel chce wyburzyć, by zrobić miejsce na nowy blok. Klub nie ma się gdzie podziać, intensywne działania lobbingowe, pochłaniające wiele czasu i energii trwają.
Monika Drożyńska dowiedziała się o zagrożeniu Klubu z gazet. Zaczęła tutaj prowadzić własną akcję, która początkowo miała integrować mieszkańców osiedla i bywalców klubu pod hasłem szycia ogromnej spódnicy. Gdy usłyszałam o tym pomyśle, wydał mi się on absurdalny i dziwaczny. Po namyśle uznałam, że tkwi w nim interesujący potencjał. Nawiązuje bowiem do ikonografii kultu maryjnego, a konkretnie do przedstawień Maryi Opiekunki. Maria rozpościera poły swego płaszcza trochę jak kwoka ukrywająca pod skrzydłami pisklęta. Chroni pod nim ludzi. Wyobrażałam sobie, że artystka mogłaby chować w ten sposób osieroconych bywalców klubu: pod swą wielką spódnicą, która stałaby się dla nich rodzajem namiotu, do którego klub mógłby się przenieść. Przewrotna, ale szczera w intencjach wersja obrazu Maryi.
Pomysł Moniki Drożyńskiej jest w trakcie realizacji, jednak artystka jakby przestraszyła się powyższego skojarzenia. Pomysł ze spódnicą chyba upadł, teraz są to po prostu spotkania, na które może przyjść każdy i szyć coś w rodzaju domu kultury ze starych ubrań. Ostatnio artystka szyła z paniami z Klubu Seniora.
Akcja wydaje się dobra i pożyteczna. Po pierwsze pozwala ludziom się spotkać i zjednoczyć w obronie klubu. Daje im jakieś praktyczne zajęcie, a przez to poczucie ważności i wspólnoty. Z drugiej strony zastanawiam się nad znaczeniem akcji szycia. Co kto z tego będzie miał? Uczestnicy najwyżej miłe wspomnienia i zdjęcie w gazecie. Artystka będzie miała kolejny projekt i nowe doświadczenie na swoim koncie, a może i nagrodę Odloty. Klub z powodu akcji zaistnieje w mediach. Dla każdego coś dobrego, czysty pragmatyzm. Tak wygląda sztuka zaangażowana, gdy jej się bliżej przyjrzeć, co nie oznacza, że jest to złe.
PS Następne szycie: Klub Osiedlowy Wola Duchacka, ul. Czarnogórska 10, 31 stycznia, sobota, od godz, 14:00.
Ostatnio szyje dom kultury. Jej działanie świetnie skupia w sobie zagadnienia sztuki zaangażowanej, której rolą byłoby wprowadzanie zmiany, oddziaływanie na ludzi po to, by im pomagać łatwiej znosić trudy ich własnego życia. Tak więc Monika Drożyńska spotyka się z bywalcami Klubu Osiedlowego Wola Duchacka Wschód, na jednym z blokowisk Krakowa, gdzie oprócz wspomnianego Klubu, wypożyczalni filmów i kiosków z gazetami, jest kulturalna pustynia.
Klub znajduje się tutaj jak w środku ogromnej czarnej dziury i właściwie jest monopolistą w dziedzinie kultury (no, jeszcze szkoła i kościół niekiedy działają na tym polu) i musi zaspokoić wszystkie potrzeby mieszkańców sporego osiedla. Zwłaszcza tych, co nie ruszają się poza nie i tych, dla których Kraków jest tak samo odległy, jak powiedzmy Gdańsk. Są to przede wszystkim dzieci, młodzież, matki niepracujące, bezrobotni i ludzie starsi. Klub ma bogatą ofertę jak na skromne możliwości (2 etaty): dzieje się tu mnóstwo zajęć artystycznych, odbywają się imprezy plenerowe, koncerty. Pracownicy Klubu to prawdziwi ludzie od wszystkiego: pracują jako twórcy programu, uczestnicy występów (muzycy, aktorzy, pieśniarze, satyrycy, poeci, konferansjerzy), grają rolę cieciów oraz wychowawców trudnej młodzieży i dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Klub znajduje się obskurnym pawilonie z lat 80., który spółdzielnia jako właściciel chce wyburzyć, by zrobić miejsce na nowy blok. Klub nie ma się gdzie podziać, intensywne działania lobbingowe, pochłaniające wiele czasu i energii trwają.
Monika Drożyńska dowiedziała się o zagrożeniu Klubu z gazet. Zaczęła tutaj prowadzić własną akcję, która początkowo miała integrować mieszkańców osiedla i bywalców klubu pod hasłem szycia ogromnej spódnicy. Gdy usłyszałam o tym pomyśle, wydał mi się on absurdalny i dziwaczny. Po namyśle uznałam, że tkwi w nim interesujący potencjał. Nawiązuje bowiem do ikonografii kultu maryjnego, a konkretnie do przedstawień Maryi Opiekunki. Maria rozpościera poły swego płaszcza trochę jak kwoka ukrywająca pod skrzydłami pisklęta. Chroni pod nim ludzi. Wyobrażałam sobie, że artystka mogłaby chować w ten sposób osieroconych bywalców klubu: pod swą wielką spódnicą, która stałaby się dla nich rodzajem namiotu, do którego klub mógłby się przenieść. Przewrotna, ale szczera w intencjach wersja obrazu Maryi.
Pomysł Moniki Drożyńskiej jest w trakcie realizacji, jednak artystka jakby przestraszyła się powyższego skojarzenia. Pomysł ze spódnicą chyba upadł, teraz są to po prostu spotkania, na które może przyjść każdy i szyć coś w rodzaju domu kultury ze starych ubrań. Ostatnio artystka szyła z paniami z Klubu Seniora.
Akcja wydaje się dobra i pożyteczna. Po pierwsze pozwala ludziom się spotkać i zjednoczyć w obronie klubu. Daje im jakieś praktyczne zajęcie, a przez to poczucie ważności i wspólnoty. Z drugiej strony zastanawiam się nad znaczeniem akcji szycia. Co kto z tego będzie miał? Uczestnicy najwyżej miłe wspomnienia i zdjęcie w gazecie. Artystka będzie miała kolejny projekt i nowe doświadczenie na swoim koncie, a może i nagrodę Odloty. Klub z powodu akcji zaistnieje w mediach. Dla każdego coś dobrego, czysty pragmatyzm. Tak wygląda sztuka zaangażowana, gdy jej się bliżej przyjrzeć, co nie oznacza, że jest to złe.
PS Następne szycie: Klub Osiedlowy Wola Duchacka, ul. Czarnogórska 10, 31 stycznia, sobota, od godz, 14:00.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


