2.12.07

200 zł na minutę

W nawiązaniu do poprzednich wpisów o pauperyzacji naszej grupy zawodowej (zajmującej się tzw. sztukami wizualnymi), pragnę donieść, że się poprawia!

Nie zajmuje się więc tylko narzekaniem i celebrowaniem bycia załamaną, co jakiś czas temu zarzucono mi na Forum „Obiegu” - nie rozumiejąc wywrotowej treści zawartej w tej postawie! (Chociaż nie powiem, wydaje mi się to całkiem interesującą opcją bycia krytykiem w Polsce, pełnej kompleksów, żalów i jasnego poglądu jaki powinien być krytyk).

Otóż, jestem w tej chwili komentatorką TVP3, czyli telewizji Kraków w pewnym nowym programie. Jest to program „Wejściówka”. Zajmuje się on głównie zapowiedziami i rekomendacjami odnośnie wydarzeń kulturalnych w najbliższym czasie, bliskim dacie edycji programu.

Ale najciekawsze jest co innego. Ile mi płacą za jeden komentarz do telewizji. Otóż, ma on trwać tylko 1 minutę. Dostaję na rękę ponad 200 zł za tak krótki komentarz!

Tak więc, obowiązuje stawka 200 zł netto za minutę. Imponujące, tak trzymać dalej! Szkoda tylko, że zazwyczaj zdarza się to raz w miesiącu...


PS Bardzo ciekawe wydarzenia zdarzyły się w niedalekiej przeszłości. Odbył się Festiwal Blogów we Wrocławiu, firmowany przez pismo „Rita Baum”, a dyskusja, w której brałam udział, razem z Kasią Bratkowską i Izą Kowalczyk, odbyła się w Mieszkaniu Gepperta! To naprawdę bardzo fajne inicjatywy, interakcja ze strony publiczności bardzo na temat, zero oszołomstwa. Polecam Waszej uwadze Mieszkanie Gepperta!

Chłopiec z pieskiem

Są zdjęcia, które wywierają niezatarte wrażenie. Pewnie każdy fotograf pragnie zrobić takie zdjęcie, które działa inne niż zwyczajne, zostaje w głowie, dręczy, nie daje spokoju, powraca w snach, odbija się czkawką… Jest olbrzymia ilość zbiorów fotografii dokonywanych pod tym względem, „niezapomniane”, „kamienie milowe”, „najlepsze fotografie”…

Zazwyczaj takie fotografie są uderzające tylko dla jednej osoby, a dla innych zupełnie zwykłe i inni ludzie nie dostrzegają ich działania. Takie „zahaczające” i nie dające zapomnieć o sobie zdjęcia, często występują w prozie. W Jadąc do Babadag Andrzej Stasiuk (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004) przywołuje fotografię André Kertesza, na której widnieje polna, rozjeżdżona droga i stoi muzyk ze skrzypcami i dwoje dzieci. Tak o niej pisze: Niewykluczone, że wszystko, co napisałem do tej pory, zaczęło się od tej fotografii. Jest rok 1921 w niewielkim węgierskim miasteczku Abony […]. W poprzek ulicy idzie niewidomy muzyk i gra. Prowadzi go kilkunastoletni chłopak w kaszkiecie. Muzyk ma na nogach rozdeptane buty. Jego prawa stopa przekracza akurat wąski ślad pozostawiony przez wóz o żelaznych kołach. Ulica nie ma twardej nawierzchni. Jest sucho. Pisarz kontynuuje w ten sposób przez kilka następnych zdań. Opis przeplata się z dochodzeniem, dociekliwym śledztwem co można jeszcze wyczytać ze zdjęcia (dzień jest pochmurny, a ślepy muzyk – leworęczny). Na koniec wyznaje: Od czterech lat prześladuje mnie to zdjęcie. Dokąd się nie wybiorę, szukam jego trójwymiarowych i barwnych wersji… I tutaj muszę wyznać, że nie rozumiem, dlaczego to akurat zdjęcie Kertesza jest tak fascynujące. Mnie zdaje się zupełnie „normalne”, interesujący dokument epoki, nic jednak ponad to. Stasiuk zdaje się wyjaśniać: Przestrzeń tego zdjęcia hipnotyzuje mnie i wszystkie moje podróże służą tylko temu, by w końcu odnaleźć ukryte przejście do jej wnętrza. Wnętrze fotografii… Co to jest? Czy istnieje? Czy nie chodzi tutaj raczej o b e z c z a s fotografii?

Istnieje wielka teoria na temat niezwykłych fotografii, z Barthesem i jego punctum na czele. Coś, co przełamuje logikę dokumentacji, wydarzeń minionych. Coś, co wywołuje jakby czyste wrażenie, idąc w poprzek warstw znaczeniowych, jakie nawarstwiają się zgodnie z biegiem czasu i logiką percepcji widzów, przecinając je, idąc w głąb i wyrzucając coś na wierzch...

Ja też mam takie zdjęcie. Nie jest to zdjęcie pokazujące jakieś szczególne okropności, jakieś szczególnie piękne czy spektakularne wydarzenie. Nie ma na nim nikogo bliskiego, nie kojarzy mi się też z żadnym wydarzeniem z życia. Ale wywołało we mnie tak wielkie emocje wynikające chyba ze współczucia, że do dziś nie mogę o nim zapomnieć.

Działo to się pod koniec lat 70., w czasie wakacji spędzanych w Sopocie. Tamtejsza galeria miejska gościła właśnie wystawę fotografii amerykańskiej „Migawki – Profil Ameryki”, wybór najbardziej znanych zdjęć i nazwisk fotografów z XIX i XX w., ułożony chronologicznie, ale także – poszczególne części – tematycznie. Całkiem ambitna i niezła wystawa, każda z części miała swoje motto wybrane z poezji (Walt Whitman, Carl Sandburg. Marianne Moore). Było to moje bodajże pierwsze zetknięcie się z fotografią na wystawie, nie użytkową, gdzieś w gazecie, czy jako pamiątka, zdjęcie rodzinne itp.

Oglądałam portrety starych Indian, kto z naszej cywilizacji jest tak poorany zmarszczkami jak oni? Oglądałam foty prac polowych, rozwijającego się przemysłu, postępującej urbanizacji… Nie zabrakło zdjęć matek z dziećmi, także czarnoskórych, słynnego zdjęcia marynarza całującego dziewczynę w bieli (Alfreda Eisenstaedta z 1945), zdjęć dzieci na prowincji, starych par w Pennsylwanii, zdjęć narodzin w Północnej Karolinie, ale dla mnie specjalnym zdjęciem, które nie pozwalało mi spędzić spokojnie reszty wakacji, które śniło mi się w nocy, i które rozważałam w dzień, było zupełnie inne. Był to chłopiec z pieskiem.

Co więcej mogę dodać? Mogę zacząć opisywać zdjęcie, tak jak Stasiuk, ale nie oddam ani odrobiny z ogromu emocji, jakie to zdjęcie we mnie wzbudziło. Jest to fotografia George’a Mattesona, zatytułowana, według katalogu wystawy w Sopocie, New York City – 1949. New York Daily News. Jednym słowem, fotografia prasowa. Chłopiec, mały chłopiec, pewnie mniej więcej w moim wieku wtedy, kiedy zobaczyłam zdjęcie, siedzi-klęczy na chodniku. Znajduje się na tle ceglanej ściany. Z tyłu, za nim, po prawej stronie zdjęcia widać fragment tłumu, który się ustawił za nim. Stoi tam na pewno jakaś dziewczynka, bo widać jej nogi w białych skarpetkach, pasiastą spódniczkę lub spodenki, fragment kurtki. Ktoś, kogo nie widać, pozostały po nim tylko nosek czarnego buta i ręka – w rękawie marynarki, kładzie dłoń na ramieniu chłopca. To niewątpliwie gest pocieszenia, ale i stwierdzenia, ze taka jest rzeczywistość i nalezy się jej poddać. Sam chłopiec ma około 10 lat. Może jest trochę młodszy. Płacze. Jest biednie ubrany, ma znoszone buty i spodnie, bluzę i koszulę. Kręcone włosy i choć tego nie widać wyraźnie – prawdopodobnie jest czarny. Jego twarz wykrzywia się w grymasie rozpaczy. Jedną, prawą dłoń przykłada do policzka, drugą kładzie na psie. Główne miejsce fotografii zajmuje bowiem pies. Piesek właściwie. Biały, leży bezwładnie, odwrócony do ściany. Leży na chodniku w jakiejś ciemnej kałuży, pewnie jest to kałuża krwi. Leży bezwładnie, wyraźnie widać jego czarny nos i ślepia. Pod nim rysuje się pętla smyczy. Jakby pies się zerwał ze smyczy i uciekł na ulice, wpadł pod samochód… to oczywiście dopowiedzenie, ale prawdopodobne.

Co w tym zdjęciu jest niezwykłego? Dla mnie – rozpacz chłopca, tak trafnie i dobitnie wyrażona, poczucie utraty, poczucie, że nie jesteśmy nieśmiertelni, a dziecku zdaje się, że jest pod tym względem uprzywilejowane. Rozpacz chłopca na zdjęcia była dla mnie nie do zniesienia. Za bardzo się z nim solidaryzowałam.

Do tej pory, z lękiem otwieram katalog z wystawy w Sopocie, boję się trafić na to zdjęcie. Nie potrafię – jak Andrzej Stasiuk – zadeklarować, że poszukuję tego zdjęcia w rzeczywistości. Przeciwnie, mogę raczej powiedzieć, że ta fotografia mnie prześladuje. Jakoś w związku z tym boję się zaglądać do albumów, nie oglądam filmów tak często jak inni ludzie, nie rzucam się na książki – wszystko z powodu niechęci do przeżywania głębokich emocji, jakie wywołuje we mnie sztuka. Nie mogę z tego powodu słuchać za długo Chopina, działa na mnie niezwykle przygnębiająco.

PS Zdjęcie chłopca z pieskiem opublikuję, gdy tylko będę miała okazję je zeskanować z katalogu.

Boskość

Jacques Rancière pisał o rzeźbie Junony Ludovisi podczas rozważań o Schillerze w wydanej niedawno po polsku „Estetyce jako polityce” (przeł. Julian Kutyła i Paweł Mościcki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007):

„Wolny pozór” greckiego posągu jest przejawem cechy kluczowej dla boskości: „bezczynności” lub „obojętności”. Boskość niczego nie chce, jest bytem wyzwolonym z troski o cele i ich realizację. Posąg czerpie swoją artystyczną specyficzność z partycypowania w tej bezczynności, w tej nieobecności woli. Naprzeciw bezczynnej bogini widz sam znajduje się w stanie, który Schiller określa jako stan „swobodnej zabawy”.

Ten stan „bezczynności” jest niezwykle interesujący. To bezczynność posągu, która nie jest bynajmniej martwotą, która sytuuje się w opozycji do bezformia, dezintegracji i bezwładności śmierci. Posąg bardzo intensywnie istnieje, ale jego istnienie nie należy do naszego sposobu istnienia, które wyraża się w ruchu. Gdy stoi się przed nim (tak sobie to wyobrażam, samego posągu nigdy nie widziałam na żywo, ale moje wyobrażenie bazuje na doświadczeniu obserwowania innych rzeźb przedstawiających bogów greckich i rzymskich), początkowo można odczuwać skrępowanie z powodu tak bezwstydnego, bezpośredniego patrzenia się na niego, jakie on wywołuje, bo sam przyciąga wzrok. Czujna obserwacja stopniowo jednak nabiera coraz bardziej odcienia szacunku, oddawania czci bóstwu. Tak więc, to nie tylko zachwyt dziełem sztuki (on zupełnie nie wystarcza i to figura daje zdecydowanie odczuć), posąg objawia się i objawia swoją bezczynność, i obojętność wobec naszego świata, jego istnienie jest formą rewelacji i potwierdzenia boskości Junony, aczkolwiek zakrada się tutaj czysto teoretyczne pytanie o istotę wizerunku. Czy posąg Junony jest wcieleniem i objawieniem bogini w martwej materii kamienia? Czy jest jedynie jej bladym odwzorowaniem? Niezależnie jednak od odpowiedzi na to jakże stare i wciąż ważne, nierozstrzygalne pytanie (o czym świadczy chociażby afera z "ratowaniem" Jana Pawła II przed przywaleniem kamieniem w Zachęcie, bohaterskiego czynu dokonał ultraprawicowy poseł, którego nazwiska niestety nie pamiętam, niszcząc tym samym rzeźbę Maurizio Cattelana) , marmurowa rzeźba przechowuje w sobie odblask boskości...

„Czy bogowie greccy nadal istnieją?” – to pytanie przywołuje Wiesław Juszczak w rozprawie o koncepcji bóstwa w archaicznej religii greckiej („Pani na żurawiach. Cześć pierwsza: Realność bogów”, Aureus, Kraków 2002). Juszczak powołuje się na niemieckiego historyka religii Waltera Friedricha Otto, który proponuje, by bogów greckich traktować poważnie jako bogów.

I takie podejrzenie kiełkuje w głowie patrzącego uważnie na posąg Junony: czy nie jest ciągle boginią? „Boski” stan bezczynności wywołuje w patrzącym reakcję. Jest nią – właśnie – poczucie boskości, poczucie obcowania z czymś, co umyka naszemu zwykłemu postrzeganiu. Obcujemy bowiem z czystym istnieniem, z istnieniem, które nie potrzebuje potwierdzenia.

Ciekawe czy poczucie boskości jest spokrewnione z poczuciem wzniosłości, może jakimś jego rodzajem, odcieniem? Obawiam się jednak, że boskość jest o tyle ważna, że drażni uwagę swoją kompletną obojętnością, a jednocześnie intensywną obecnością i nie ma wiele wspólnego z przynoszeniem chwilowego wstrząsu estetycznego, wykroczenia poza zwyczajowe normy odczuwania tego, co piękne.

Z bezczynnością Junony kojarzy mi się „bezczynność” krajobrazu, np. górskiego. A jednak w krajobrazie tym dzieje się wiele, gdy bardziej mu się przyjrzeć, pełen jest subtelnych dźwięków i mikro-wydarzeń (gdy patrzy się na niego z daleka, lub z lotu ptaka). Bezzynność, bezruch, a raczej zamrożony ruch uderzyły mnie ostatnio gdy oglądałam wystawę Jakuba Juliana Ziółkowskiego w Galerii FAIT. Pokazane tam zostały nowe obrazy, jeden rysunek i prace w przestrzeni. Prace te na pozór pełne są ruchu, figury kreśli gęstwina linii. Tym bardziej uderzający jest ich bezruch, tym bardziej smutne wydaje się być narzucenie im wrażenia ruchu. Wszystko jest tutaj skostniałe, unieruchomione. Jednak to unieruchomienie kojarzy się bardziej z dybami, z więzieniem, z przymusowym związaniem niż z dostojną egzystencją bóstwa.

Czy więc cecha boskości należy się tylko posągom bogów greckich i rzymskich, czy sztuce w ogóle?

PS Szukałam w Internecie fotografii posągu Junony Ludovisi. Znalazłam portrety kotów o tym imieniu, konia, gabinetu kosmetycznego, a nawet obrazy przedstawiające… sceny z karnawału w Rio. Junona broni się przed zejściem do otchłani ogólnoświatowego śmietnisku sieci www?

23.11.07

Krajobraz kulturowy

Do moich zainteresowań należą sprawy związane z krajobrazem. Jeszcze jako studentka pisząca pracę mgr, brałam udział w pierwszej edycji szkoły MCK w Krakowie. Było to bodajże w 1992 roku. I mówiło się tam o krajobrazie kulturowym polskim i Europy Środkowej w ogóle. Była to inauguracja kursów prowadzonych przez MCK. Naszymi wykładowcami było wielu wspaniałych, mądrych nauczycieli. Jednym z patronów kursu był Adam Miłobędzki. Ale pojawił się tam np. Andrzej Vincenz. Wtedy nie bardzo jeszcze byłam świadoma po co i kto wprowadził te rozważania o Europie Środkowej, skąd w ogóle ta szalona idea kontynuowania utopii wspólnoty kulturowej tej naszej części Europy pod auspicjami resztek Monarchii Austrowęgierskiej. Tematem mojej pracy – proszę się nie dziwić (!) – były cmentarze wojenne z I wojny światowej w Beskidzie Niskim. To szczególna grupa cmentarzy, projektu wybitnego architekta słowackiego (dzisiaj byśmy powiedzieli) Dusana Jurkovica, w liczbie 30, które do dzisiaj zachowały się na południowych rubieżach Polski. Zaniedbane, ale w większości jeszcze istniejące, odnawiane nakładem pracy zapaleńców, w latach 80., kiedy chodziłam po górach, należały do tematów dostępnych jedynie dla wtajemniczonych. Frapujące jest ich podobieństwo do stylu zakopiańskiego Witkiewicza, ale też wtedy poszukiwanie style „narodowego” należało do powszechnych zainteresowań architektów kształconych np. w Wiedniu (a taka była droga Jurkovica). Tak więc, o wiele bardziej interesująca jest nie cała dobrze zorganizowana machina wojenna umierającego imperium, ale sama kwestia odczuwania krajobrazu, niesamowite wręcz jego wyczucie i symboliczne wykorzystanie natury w górach gęsto zaludnionych w tamtym czasie, ale przez ludność wiejską. Same cmentarze, jak i działalność Jurkovica są dzisiaj stosunkowo dobrze opisane w literaturze fachowej, ale brakuje analiz ich wartości symbolicznej z wykorzystaniem np. poezji Georga Trakla.

Jestem pewna, że wrócę do tego fascynującego tematu, ale też zapewne z niego wzięło się moje uczulenie na krajobraz w Polsce w ogóle. Krajobraz miejski przede wszystkim. Krajobraz w Krakowie. Śledzę pilnie dyskusje tutaj prowadzone. Obserwuję co się dzieje w mieście. Bywam także w Lublinie, obserwuję zmiany zachodzące także tam, na „ścianie wschodniej” – i te zmiany m się nie podobają. Bo, o ile w Krakowie można mówić o jakieś spójnej strategii, chociaż jest to moim zdaniem krótkowzroczna strategia przyciągania turystów bez dawania im wystarczająco interesującej oferty kulturalnej, to w Lublinie króluje ciągle poszukiwanie i potwierdzanie własnej tożsamości. Kilka symbolicznych gestów, utworzenie deptaku, postawienie bardzo niedobrego pomnika Piłsudskiego na głównym placu miasta, a potem co się rzuca w oczy, to kompletny chaos reklam, zasłaniających miasto. Wszędzie, nawet na głównym deptaku, mnóstwo szyldów. Każdy inny, zasłaniają architekturę.

To wszystko piszę po to, żeby zaznaczyć skąd bierze się moje zainteresowanie kwestią krajobrazu. Chciałabym do niego kiedyś wrócić, tak jak moją ambicją jest wreszcie znaleźć czas i pisać eseje – chętnie na bazie notatek z bloga.

Tymczasem chcę odnotować, co ostatnio przeczytałam. Ryszard Kapuściński pisał o krajobrazie w Austrii i bodajże w Afryce:
Są krajobrazy napełniające radością i takie, które budzą niechęć i odrazę. Pierwsze są przedłużeniem i owocem naszej wytrwałej i pracowitej osobowości, drugie odrzucają nas: kurczymy się w sobie osaczeni agresywną brzydotą i tandetą.

No, właśnie. Krajobrazy są obrazem tego jacy my sami jesteśmy. Tak samo wnętrza naszych mieszkań. Odbijają dokładnie co mamy w środku.

Dlaczego język „sztuki kobiecej” tak szybko się zużył?

Marta Deskur, praca na "Święto Kobiet 2007. Walka Trwa!", Teatr Nowy, Kraków 2007


Ela Jabłońska, praca z wystawy "83 kelnerów i pomocnik", Atlas Sztuki, Łódź 2006


*

Choć była odkryciem lat 90., dzisiaj terminu „sztuka kobieca” używają na poważnie chyba już tylko ci, którzy w ogóle nie wiedzą, co w sztuce aktualnie się dzieje, a o uszy obiła im się rzekomo ekscytująca nazwa. Zdarzają się wciąż jeszcze tacy, którzy chcą robić wystawy – ich zdaniem nowinek – i tak się składa, że przypominają sobie o „sztuce kobiecej”. Niedawno jedna pani z Częstochowy, której nazwiska nie zdradzę, zaprosiła mnie na wystawę… w charakterze uczestniczki, zaś wśród innych zaproszonych wymieniła wszystkie artystki, które występowały w niezależnej imprezie przygotowanej przez nas z Joanną, czyli team exgirls w pierwszym Święcie Kobiet z 2004 roku. Nie dość na tym: pani poprosiła mnie uprzejmie o udzielenie jej adresów e-mailowych wszystkich artystek uczestniczących w naszej imprezie. Skoro jednak starczyło jej inwencji tylko na tyle, żeby ściągnąć listę artystek z naszej strony internetowej, to niech przynajmniej włoży trochę pracy w zdobycie ich adresów.

*

Co jednak stało się z tą sztuką kobiet? Dlaczego zniknęła? Czy spełniła już swoją rolę? Czyżby była już niepotrzebna?

Przecież mniej więcej od połowy lat 90. narastało wielkie nią zainteresowanie. Pojawiało się coraz więcej wystaw, tekstów, dyskusji. Artystki pojawiły się szeroką falą i tematyka płci przestała być wstydliwie spychana na margines. Pojawiły się feministyczne krytyczki (i krytycy), teksty, pierwsze opracowania, a nawet książki. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo wszystko to jest znane i już opisane. Doszło do tego, że wystawy kobiece zaczęły być również wystawami eksportowymi sztuki polskiej („Architectures of Gender” Anety Szyłak, „Biały Mazur” Andy Rottenberg), a niektórzy artyści zaczęli przebąkiwać, że czują się zagrożeni... przez artystki!

Bo okazało się, że w Polsce działa wiele świetnych artystek. Oczywiście, nie działo się tak, że wcześniej, przed 1989 rokiem, były one dyskryminowane, czy było ich mniej. Tego ostatniego nie wiem, bo nie robiłam statystyk. Jednak wrażenie dotyczące tego, jak funkcjonowały, mówi, że sposób ich obecności w życiu artystycznym był inny. Inny, słabszy był ich status. Jakkolwiek melodramatycznie to zabrzmi, nie mówiły pełnym głosem. To, o czym się mówi, oczywistą rzeczą jest, że nie zależy tylko od wolnej woli mówiącego, ale i od tego, co jest dozwolone i co jest widzialne. Tak więc artystek i wcześniej było wiele, były wśród nich postacie bardzo ważne dla sztuki w Polsce. Jednak recepcja ich prac albo zamykała je w „zamkniętym ogródku” kobiecości, o akcentowały cechy esencjonalno-kobiece i nie dało się ich uniknąć (przykładem Teresa Murak – w jej przypadku ciekawe jak bezradna okazuje się krytyka np. Andrzeja Kostołowskiego! Maria Pinińska-Bereś wręcz poszukiwała badaczki feministycznej, która by się zajęła jej sztuką – tak działo się gdy spotkałam ją we wczesnych latach 90.), albo stawały się „męskie” – Magdalena Abakanowicz, Zofia Kulik. Jednak gdy zbierałyśmy z Ewą Toniak materiały o artystkach z lat 80. i 90., przyjrzałyśmy się jednak jak bardzo uwewnętrznione są u nich mechanizmy odsuwania się na bok, jak działają ciągle niby to niewinne i niewidoczne mechanizmy wykluczania, poprzez deprecjonowanie twórczości, spychanie kobiet do sfery domowej, ośmieszania, przemilczania. Dotyczy to także w dużej mierze artystek, które debiutowały nawet w latach 80.

Tak więc, artystki debiutujące w okolicach 1989 roku zyskały większą wolność. Dlaczego tak się działo? Chyba dlatego, że rozluźniła się władza dyskursu J, że nagle przestały obowiązywać wielkie tematy, wszyscy byli zmęczeni historią i oddali się raczej życiu prywatnemu niż publicznemu, chociaż oczywiście, są od tego wyjątki.

Co więcej, teraz starsze artystki przecierały szlaki młodszym, które wiedziały, że mogą już właściwie mówić „co chcą”.

Teraz jednak coś się skończyło. Nie ma już więcej potrzeby pokazywania artystek jako artystek i rzekomo odrębnego ich doświadczenia, zainteresowań, światów, w jakich żyją. To, co mogły wnieść do sztuki własnego, już wniosły, tematy takie, jak dziecko i dom, krzątanina – zostały uznane jako pełnowartościowe. Teraz zresztą widać jak wiele prac z tamtego okresu jest bardzo słabych (tak sądzę np. o wielu realizacjach Alicji Żebrowskiej) i jak schematycznym językiem te prace opisywaliśmy.

Artystki zaczynają poszerzać swoje doświadczenie, zaczynają się odnosić do esencjonalnego języka sztuki kobiecej jak do jednej z wielu możliwości wypowiadania się – robi tak najmłodsze pokolenie artystek, np. Basia Bańda, bez świadomości jego subwersyjnej roli. To poszerzanie, wychodzenie z zamknięcia w klatce kobiecości i sztuki może polegać też na tym, co robi Ela Jabłońska i co niezmiernie cenię. Ela dzisiaj przeprowadza akcję w Wyspie, w której niszczy kuchnię... Pożegnanie z gospodynią domową? Łączy w bardzo inteligentny sposób formalne myślenie o sztuce, oczyszczanie formy, które dla własnego użytku nazywam „minimalem” z nasycaniem tego treścią i to treścią „mądrościową”, życiową. Subtelne poczucie humoru brak narzucania się… Empatia i mądrość.

*

Mam jednak wątpliwości, czy feminizm w sztuce jest już niepotrzebny, czy to już całkowicie zgrana moneta. Czy nie zbyt pochopnie doszliśmy do wniosku, że się zużył? Przecież feminizm wypowiedział się w „sztuce kobiecej”, czyli tej łagodnej, poszukującej miejsca dla kobiet, usiłującej utorować im możliwość mówienia o własnym doświadczenia, skupionej na poszukiwania kobiecej esencji. Nieprawdą jest, że dzisiaj kobiety nie mają już potrzeby zbiorowej identyfikacji. Tyle, że ta identyfikacja przebiega na innym poziomie – codziennym i politycznym. Tak, po prostu walki o prawa kobiet. Ja walczyć potrafię na polu sztuki J, a zatem podjęłyśmy ten temat, łagodności polskiej Sztuki, apolityczności artystek (o której mówi Ewa Majewska) w tegorocznym Święcie Kobiet (marzec 2007) o wiele mówiącym tytule „Walka Trwa!”. Notabene, najbardziej walczącą pracę przysłała nam Marta Deskur, przebywająca wtedy we Francji.

*

Nieprawdą jest, że feminizm przestał być w Polsce potrzebny i że rozpłynął się w dyskursach genderowych. Nadstawiam uszu, gdy słyszę takie głosy, bo ciekawi mnie jakiego rodzaju argumentacji się używa do zaprzeczania oczywistości. J Bo z tym, że feminizm wyszedł z mody, się zgodzę. Tak, nie jest już ekscytującą nowinką, choć Manuela Gretkowska robi wiele, by tak było nadal. Mimo jej w sumie przecież pro-kobiecych poczynań nie potrafię uwolnić się od myśli, że to jedna wielka kampania reklamowa tej pisarki i jeden wielki jej fanklub i innych gwiazd, które dały akces do Partii Kobiet. Szkoda tylko, że partia ta zaistniała na ostatnich wyborach wyłącznie jako ciekawostka, medialny „zabawny” news. Plakat z nagą Gretkowską i innymi kobietami wspierającymi partię znalazł się nawet w prasie francuskiej. Niewiele jednak z tego wynika oprócz chwytu marketingowego, niestosownego akurat przy tej okazji – nie dlatego, że nie wypada, ale dlatego, że od razu ustawia kobiety w tradycyjnej roli.

Jednak pojawienie się znanej pisarki, niegdyś rzekomej skandalistki na polu walki o prawa kobiet, mimo że je okrasza typową dla polskiej kultury politycznej ambiwalencją, „lekarz tak, aborcja nie” (sama zresztą bronię zażarcie prawa do zmiękczania własnej wypowiedzi, po to, żeby zaistniała w przestrzeni publicznej i zdołała wywołać refleksję, a nie polaryzować od razu ludzi – przypadek gry „Antykoncepcja” Efki S.) wyznacza pewien punkt zwrotny w debatach o kształcie polskiego feminizmu. Otóż, feminizm, który uprawiano w dość wąskich kręgach, z jednej strony akademickich i studenckich, z drugiej zaś – na froncie niezwykle ważnej działalności społecznej, uległ pewnemu zasymilowaniu przez kulturę popularną. W ostatnich latach zaczął się jednak być dostrzegany rozziew pomiędzy tzw. zwykłymi Polkami a feministkami. Zaczęła się dyskusja dlaczego tzw. zwykłe Polki feministkami się nie stają, zaczęto mówić, że feministki nie dostrzegają i nie szanują konserwatyzmu i tradycjonalizmu przeważającej części polskich kobiet.
Teraz jednak, wraz z Gretkowską, feminizm w zmiękczonej formie przyjmują nie Polki-ofiary, zmaltretowane przemocą domową itp. Ty razem przejmuje go klasa średnia – i to jest bardzo fajna rzecz. Właśnie tzw. zwykłe Polki. To dobrze. Z czasem, jak będą chciały działać, to i tak się wyostrzą. J

*

Na koniec jeszcze jedna uwaga – z mojej dziedziny. Historia sztuki cały czas potrzebuje feminizmu praktycznego. Ewa Toniak organizuje teraz sesję o artystkach w latach 60., z okazji wystawy Aliny Ślesińskiej, także pod jej kuratelą. Wystawa otwiera się na początku grudnia (na stronie Zachęty jest napisane, że jest otwarta od 8 grudnia), w sobotę 8 grudnia odbędzie się całodniowa sesja. Jak brzmi zapowiedź: Wystawa monograficzna artystki stawia zatem bardziej ogólne pytanie o miejsce kobiet w kanonie polskiej sztuki współczesnej oraz o samą rolę artystki, która na przełomie lat 50 i 60. odniosła spektakularny sukces na Zachodzie; najpierw jako zwiastun przemian i poetyk nowoczesności przyswojonych za żelazną kurtyną, a od początku lat 60. jako autorka eksperymentalnych „propozycji dla architektury”.

*

Jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia.

13.11.07

Projekt do załadowania z sieci

Adrian Paci, “Centro di Permanenza Temporanea", październik 2007


„A–Z public limited editions” jest projektem o którym opowiedziano mi w Szwajcarii.

Z sieci można sobie załadować prace znanego artysty. Nie ma tutaj oryginałów, cały dowcip polega na tym, że każdy, kto sobie ściągnie egzemplarz tego projektu, zyskuje coś, co jest równoważne oryginałowi, ale nim nie jest. Cały ten projekt polega na tym, że istnieje mnóstwo tak zwanych oryginałów, tyle ile razy ściągnięto poszczególne prace, zdjęcia czy rysunki ze strony internetowej. Tak więc, znika tutaj kwestia unikalności – wszystko to już przerabiane wielokrotnie w sztuce najnowszej. Ściągnięte prace nie są kopiami, replikami, są raczej klonami oryginału, który nie istnieje: matrycy, która dała mu początek.

Projekt warto zareklamować, bo znaleźli się tam świetni artyści, w siódmej edycji wystąpił np. Nedko Solakov, a w następnej, ósmej – Adrian Paci. Paci poświęcił swoją edycję swemu ostatniemu filmowi, zrealizowanemu w San Diego. Podobna siła obrazu, co w „Turn on”. Postacie na opuszczonym lotnisku, czekające w bezruchu na schodkach prowadzących do samolotu, lecz samolotu nie ma.

Projekt ma charakter artystycznego zina, w całości zagospodarowanego przez danego artystę. Można go ściągać w pdfie tylko przez określony wycinek czasu. Potem przechodzi do archiwum.

Jedną z autorek pomysłu na „A–Z” jest Mirjam Varadinis pracująca w Kunsthausie w Zurychu. No właśnie, projekt powstał tam właśnie, w mieście galerii, w sercu komercji, jako rodzaj odtrutki na nią pewnego zdystansowania się, zdobycia luzu w stosunku do powszechnie akceptowanych, ale jednak za sztywnych hierarchii tego, co ma wartość, bo się sprzedaje i co nie ma wartości handlowej – jak powiedziała mi Mirjam.

Adres projektu: www.azple.com/

7.11.07

Narzekanie jako metoda

Z wielu stron słyszę, że może bym stosowała mniej przygnębiające tony, może nie narzekać cały czas, może nie widzieć świata tak smutno… Może nie pisać o tym jak źle jest krytykowi / kuratorowi / artyście w polskim światku artystycznym...

Ja też nie jestem za narzekaniem w każdym momencie. Wiem, że Polacy narzekają na potęgę i jako sfrustrowani i nieszczęśliwi czują się najlepiej. Jest to jakiś rys naszego charakteru, melancholia, poczucie skrzywdzenia i niedocenienia. Zapewne to minie, w miarę tego, jak będzie zmieniała się i stabilizowała sytuacja Polski, ale na razie jest to dość silna cecha naszego zbiorowego charakteru.

Niemniej nie należy wstydzić się narzekania. Należy je stosować z umiarem i z dystansem, rzecz jasna, żeby nie przesadzić i w narzekaniu się nie zatracić, żeby nie zatruło. Ja jestem zwolenniczką szczerości tekstu. Jeżeli czujesz, że coś nie tak, czujesz się niedoceniony, masz w sobie pokłady frustracji – dlaczego ich nie wyrazić? To może podziałać oczyszczająco, jako katharsis.

To jedno, drugie jest nawet ważniejsze. Otóż, narzekanie można stosować świadomie jako metodę. Jest to w pierwszej warstwie rodzaj pisania emocjonalnego, zakładającego duże zaangażowanie autora. Wtedy narzekanie staje się pewną grą, pewną maską. Wtedy też można stosować je świadomiej w jakimś celu. Uważam, że ciekawiej jest „odsłonić” siebie i ponarzekać – w ramach pewnej metody krytycznego pisania niż napisać suchy tekst o niedocenianiu krytyków i kuratorów w Polsce.