23.12.09

Dwa serca







Wystawa Joanny Pawlik w Delikatesach ma tytuł wzięty z potwornie kiczowatej piosenki Bajmu, śpiewanej mocnym głosem Beaty Kozidrak. Utworu "Dwa serca, dwa smutki" nie słychać na wystawie, lecz jego wspomnienie rozbrzmiewa z pewnością w głowach widzów. Wystawa Joanny nie ma wiele wspólnego z kulturą popularną, jednak sięgnięcie po chwytliwą frazę ze starego przeboju, daje ciekawy efekt. Hasło to stanowi jakby refren całej opowieści. Jest integralnym elementem całości. Spaja wystawę i przenika jej części. Daje się czytać wprost, zawiera jednak – o ile ktoś jest zainteresowany – niejedno drugie dno. „Dwa serca, dwa smutki” ocieka wręcz sentymentalizmem, wystawa Joanny bazuje na emocjach i na nich gra, ale daleka jest od wszelkiej łzawości czy cukierkowatości. Artystka daje od razu sygnał w jakich rejestrach będzie się poruszać: będzie wydeptywać ścieżkę w gąszczu emocji nawet najbardziej skrajnych.

Opowieść snuta na tej wystawie porusza się zatem po najwyższych i najniższych punktach amplitudy uczuciowej: cień sąsiaduje z jasnością, rozpacz z euforią. Są tu rzeczy najważniejsze, dla których uprawia się sztukę i dla których się żyje: miłość, rozstanie, utrata, krzywda, cierpienie, śmierć, narodziny.

Jasny pokój – to świat kobiety, która jest rozgniewana, bywa nawet oszalała z rozpaczy czy złości, ale trzyma się w ryzach i patrzy dość chłodno na świat. Jest otoczona ludźmi, ale samotna. Jest silna, wie, że sama musi rozwiązać swój problem i że nikt nie jest w stanie jej pomóc poradzić sobie z bólem. Tak więc, mimo ludzi dookoła, pozostaje sama. Możliwe, że niekoniecznie tego chce, ale ból nie pozwala jej być z ludźmi. Wyrzuca ją na jakiś margines, skąd uważnie obserwuje. Patrzy na dzieci. Widzi je jednak dziwnie: w kawałkach, tu jakiś fragment główki od tyłu, zakręcone włoski. Dziwne cienie, jakieś nierozpoznane kawałki przedmiotów, błyski światła, nieokreślone ostre formy nachodzą na dzieci. Ma się wrażenie, jakby na dzieciach wyładowywała się agresja, ale dziejąca się mimochodem, niezamierzona. Jakby ta kobieta, której oczami patrzymy na obrazy i rysunki pokazane w jasnym pokoju, próbowała sprawdzić jak to jest, co się wtedy czuje. Obrazy są niedoświetlone, niewyraźne, więcej sugerują niż naprawdę pokazują. Są jak kłębowisko myśli, nie dających spokoju, obsesyjnie nawiedzających głowę obrazami. Ich tonacja jest z wierzchu dość jednak chłodna. Rysunki mówią więcej, więcej zostaje ujawnione. Występują tu różne osoby, są kobiety, jest mężczyzna (osobny, patrzący w inną stronę). Dużą rolę odgrywa brzuch, są płody, dzieci.

Ciemny pokój – to świat dziecka. We wnętrzu, do którego wchodzimy, za kotarą, w bezpiecznej ciemności mały chłopiec przedstawia niezwykłą opowieść. Kilkuletnie dziecko stworzyło film o sobie i o swoim otoczeniu. Występuje tu on sam, mieszkanie, bohaterowie jego wyobraźni, bardzo ważną rolę pełni w nim mama. Mama zawsze widziana jest z bliska, przełamywana jest bariera intymności (co pojawiło się też na zawieszonym w ciemnym pokoju zdjęciu). W ogóle dom widać w kawałkach, chłopiec skupia się na swoim świecie, czyli tym, co jest nisko i blisko: łóżko, podłoga. Ciągle się przemieszcza, kieruje też obiektyw na siebie. Kilkulatek cały czas komentuje obrazy, papla, popisuje się, ale jego Wielki szoł o niczym mówi także między wierszami i jest w gruncie rzeczy filmem smutnym. Odbieram go jako film o domu i o niepokoju dziecka. O jego silnej potrzebie bezpieczeństwa i – jakby – rozedrganiu. Niezwykłe wrażenie robi głos kilkulatka i sekwencje czarnego ekranu, które wprowadził do filmu.

Istnieje wyjaśnienie historii przedstawionej przez artystkę. Nie boi się ona mówić wprost o swoich trudnych momentach życiowych. Trzeba przyznać, że traktuje siebie jak stworzoną własnoręcznie bohaterkę własnej sztuki. Prace Joanny, niezależnie od tego czy powstały w efekcie specyficznej autoterapii, czy nie, będą żyły własnym życiem. Wtedy bolesna historia, która stała za nimi, odejdzie w cień i nie będzie zakłócała ich oglądania.

***
Wystawa "Teraz serca mam dwa" zrobiła na mnie spore wrażenie. Nieczęsto się spotyka tak odważną wiwisekcję własnego życia, nieczęsto widzi tak bezkompromisowe wykorzystywanie własnych emocji. U nas wciąż emocjonalne reakcje, emocjonalne zachowanie, ocenia się źle. Nie ceni się ludzi, którzy sobie pozwalają na emocjonalność; nie ceni się ich jako "poważnych" rozmówców, mających coś ważnego do powiedzenia dyskutantów itp. Mówi się raczej: "ochłoń, uspokój się, wtedy porozmawiamy". Tymczasem Joanna Pawlik odsłoniła kawałek własnego życia osobistego, rodzinnego, przełamując barierę wstydu, ryzykując, że zostanie zlekceważona etykietką histeryczki lub ekshibicjonistki.

Przy tym Joanna nie układa dokumentalnej fotonoweli z własnego życia. Własne przeżycia, własne życie wewnętrzne wykorzystuje jako materiał - i tworzy z niego sztukę. Bardzo interesującą stroną wystawy jest misterne splecenie w niej autentyku z fikcją. Albo raczej - wyniesienie autentyku na poziom fikcji. Tym autentykiem są jej rysunki dokumentujące jej stany psychiczne czy też film jej dziecka. Kryzysową sytuację w życiu własnym i własnej rodziny Joanna potrafiła twórczo przetworzyć.

Napięcie pomiędzy cytowaniem rzeczywistości a jej sublimacją, pomiędzy rzeczami zaczerpniętymi z życia, a wyreżyserowanymi, tworzy tę wystawę.

Joanna Pawlik, "Teraz serca mam dwa", Delikatesy, Kraków, 9 grudnia 2009 - 16 stycznia 2010, kuratorzy: Ewa Małgorzata Tatar i Dominik Kuryłek

3.12.09

Drenaż mózgów

W wielkim poruszeniu, jakie panuje obecnie wokół sprawy instytucji w Krakowie, pojawiają się rozmaite głosy. Poruszenie to bardzo mnie cieszy: wreszcie przerwany został dręczący nasze środowisko problem braku szczerości w wypowiedziach publicznych, nieszczęsny oportunizm i indywidualizm, nie pozwalające walczyć w poczuciu wspólnego interesu. Nagle wszyscy poczuli się obywatelami i zapragnęli wziąć sprawy w swoje ręce. Świetnie. Więc jednak można.

W głosach na temat sytuacji krakowskiej, bo w tę siłą rzeczy jestem najbardziej zaangażowana, pojawia się pewien drobiazg, o którym postanowiłam wspomnieć.

Otóż, na dowód, że w Krakowie dzieje się nie tak dobrze jak by być mogło, przytacza się fakt, że wyjechali stąd wybitni specjaliści od sztuki współczesnej, tacy jak: Adam Budak, Jarosław Suchan i Joanna Zielińska. Miasto nie potrafiło o nich zadbać. Ten wątek wspomniany został w świetnym skądinąd tekście Ewy Tatar, opublikowanym w „Obiegu” - Raport z oblężonego miasta: Kraków.

Otóż, moim zdaniem, jest zupełnie odwrotnie. Miasta, w których żyją wybitni ludzie sztuki, z którymi jakoś są związani, z których pochodzą , powinny być tego świadome, z tego dumne, i z tego wyciągać wnioski. Ale wnioski te powinny dotyczyć tego, jak kontynuować tę tradycję, jak wychowywać wybitnych ludzi, a potem – jak tworzyć im dobre warunki działalności. Ale – w żadnym wypadku nie zatrzymywać! W gruncie rzeczy to dobrze, że ludzie się przemieszczają. To, że ludzie pochodzą z danego miejsca, w nim zdobyli szlify zawodowe, ale wyjeżdżają, jest zwykłą koleją rzeczy. Wybitni specjaliści pragną nowych doświadczeń, pragną się rozwijać – i nikt nie jest w stanie im zabronić pozostać w jednym miejscu.

Oczywiście, w kwestiach konkretnych osób można mówić o pewnej niemocy miasta, braku atrakcyjnej oferty, niedocenianiu np. Adama Budaka. Ale taka jest sytuacja wybitnych specjalistów – nie są oni zbyt łatwi w kontaktach i do współpracy, stąd też urzędnicy za nimi nie przepadaja (co oczywiście ich nie usprawiedliwia).

Jednak w gruncie rzeczy miasto powinno raczej martwić się nie o to, że eksportuje ważne postacie, ale że nie przyciąga równie ważnych. Że równowaga nie zostaje zachowana. Może nawet więcej – że nie istnieje przewaga. Kraków jest dobrym inkubatorem, ale jeśli ktoś chce się rozwijać, szuka nowych wyzwań, które niekoniecznie to miasto jest mu w stanie zaoferować.

* Co może powiedzieć na ten temat miasto Lublin? Pochodzę z Lublina, i trudno by mi było wskazać jakiekolwiek oznaki żalu, że odeszłam, nie tylko zresztą ja, ale i ważni, wybitni koledzy z mojego rocznika. Lublin eksportuje głównie do Warszawy i jakoś nie widzę tutaj takiego obwiniania się jak w Krakowie. Drenaż mózgów wydaje się tam jednak o wiele większym problemem niż w stolicy Małopolski.

30.11.09

Dobry początek



Povl Kjer, Owca na biegunach, 1981, Etnodizajn Festiwal


Wychodzi na to, że wciąż reklamuję Muzeum Etnograficzne w Krakowie, ale wydaje mi się niezwykle ciekawe obserwować działalności placówki, która do niedawna pogrążona w muzealnym śnie, nagle, z nowym dyrektorem, przeszła całkowity lifting. Dzisiaj, gdy tyle się dyskutuje o muzeach, taki przykład daje do myślenia. Mówi się bowiem teraz przecież o nowym typie muzeum – otwartym na współczesność, wchodzącym z nią w dialog (czy jednak nie takie muzeum realizował Ryszard Stanisławski w Łodzi?). Muzeum otwarte na konteksty, na miejsce swojej lokalizacji, otwarte bez mała non stop i otwarte na nowe rodzaje publiczności. Jak się okazuje, te założenia wydaje się realizować do jakiegoś stopnia nie nowo powstała instytucja, lecz Muzeum Etnograficzne.

Latem Muzeum miało program występów teatrów ulicznych, m.in. na Placu Wolnica, gdzie się znajduje jego główna siedziba; placu, który przez większość czasu, mimo że znajduje się w sercu Kazimierza, stoi pusty i niewykorzystany. Teatry powinny tam grać jak najczęściej.

W MEK pojawiło się kilka niezłych wystaw, np. wystawa o islamie i ornamencie („Islam. Orientacja. Ornament”) jest bardzo przyjemna w oglądaniu. Stanowić może świetny przykład tego, jak można zrobić interesujące wydarzenie mając do dyspozycji niewiele eksponatów. Są one jednak starannie, dobrane, a także przekonująco objaśnione, do tego dobrze zrobione, nastrojowe oświetlenie i staranna aranżacja przestrzenna, także świetnie wpleciony w nią tekst, powodują, że wystawa jest udana, robi wrażenie, wciąga.

Chcę jednak napisać o kolejnym przedsięwzięciu muzeum – i pomyśle, który jest strzałem w dziesiątkę. To Etnodizajn festiwal, który się właśnie zakończył. Dizajnem zajmują się teraz wszyscy i każde miasto chce mieć coś związanego z projektowaniem przedmiotów. Łódź, Gdynia, Warszawa, Cieszyn (absolutnie nie jest to ani kolejność chronologiczna, ani kolejność ważności).

Dlaczego więc Muzeum Etnograficzne nie miałoby się zająć tym tematem? Powstał więc Festiwal Etno Dizajnu. Tutaj dygresja. Prawdopodobnie obecna chwila zapisze się w historii jako czas festiwalomanii, kiedy każde wydarzenie, któremu organizatorzy chcieli nadać wyższą rangę a także pozyskać miejskie pieniądze (chociaż nie wiem czy to przypadek ME), zyskiwało nazwę festiwalu. Nie muszę chyba przypominać, że Kraków ma swój Festiwal Zupy czy Pierogów. Tak więc, z Etno Dizajnu nie podoba mi się nazwa. Ale tylko ona. Reszta zapowiada się obiecująco.

W tym roku odbyła się dopiero pierwsza edycja, więc dla znawców tematu był to przegląd dość oczywisty. Dla reszty ludzi było to jednak ciekawe i atrakcyjne wydarzenie. Gdy w którąś niedzielę zwiedzałam wystawę, towarzyszył mi niezły tłum.

Doskonałym pomysłem okazało się umieszczenie eksponatów wśród ekspozycji stałej muzeum. Przemieszanie przykładów nowoczesnego i osiągalnego wzornictwa, bo chyba wszystko, co pokazywano, można było kupić (rzecz jasna, nie w muzeum), dało dobre rezultaty. Pokazywało bowiem, skąd wywodzą się wzory, a także i jak można ich używać, a także że dizajn to sztuka dla ludzi, którą stosuje się w praktyce, jak niegdyś stosowano sprzęty w góralskiej izbie itd.

Jak sądzę, to filozofia organizatorów kazała im sięgać nawet po przykłady popularne i tanie. Pojawiły się zatem rzeczy z Ikei, np. stojący zegar w szkolnej izbie. Przeciwnym biegunem wydaje się być olbrzymi i efektowny grzejnik w kształcie renifera (Gus van Leeuven), ale i ten obiekt znajduje się w obiegu handlowym.

Przy wspaniałej kolekcji strojów regionalnych, uzupełnionej pasjonującymi przykładami ludowego zdobnictwa ubiorów, pojawiły się współczesne ubrania. Bardzo podoba mi się pomysł zaproszenia obok innych także i krakowskiej projektantki, Moniki Drożyńskiej, współprowadzącej sklep-galerię Punkt. Były tam też np. ciuchy z pięknej kolekcji szwedzkiej firmy Odd Molly, która wyznaje zasadę krótkich serii i nawiązywania do ludowego wzornictwa. Nie mogę nie wspomnieć o kierpcach na wysokich obcasach, czyli kierpcasach autorstwa polskiej młodej projektantki „Osh” Olgi Szynkarczuk. Były elementy wyposażenia wnętrz, m.in. zjawiskowy fotel ELSA z załataną starą poduszką babci projektanta Kristoffera Fagerströma w roli głównej. Meble w kształcie pni drzewa Snodevormgevers. Rower pomalowany w kwiatki przez Alexandra Girarda. Niesamowita owca na biegunach o wściekle różowej barwie futra (Povl Kjer).

Mam wrażenie, że popularne podejście – jak już wspominałam – nie wynika z faktu, że jest to pierwsza edycja imprezy, ale z założeń organizatorów. Że nie ma to być laboratorium awangardowych pomysłów, ale rzeczy dobre do użycia od zaraz. Podejście zatem praktyczne i użytkowe. Wystawa główna obudowana była dodatkowymi wystawami, pokazami, dyskusją, konkursem czy oprowadzaniem po Krakowie szlakiem historii etnodizajnu.

Zrobiono dobry początek. Przydałby się np. konkurs na projekt inspirowany sztuką ludową, przydałoby się pogłębienie tematu, a nie tylko zaprezentowanie jego rozległości. Na to pewnie nadejdzie czas przy drugiej edycji festiwalu,


Muzeum Etnograficzne w Krakowie, zespół: Katarzyna Piszczkiewicz, Ewelina Lasota, Anna Zabdyrska
strona www

22.11.09

"…my z Hanką…"

Będę okrutna.

Pojawiłam się na spotkaniu zorganizowanym przez AIC-ę, międzynarodową organizację krytyków sztuki, afiliowaną przy UNESCO. Panel dyskusyjny „Nowe muzea sztuki współczesnej w Polsce – program, publiczność, edukacja” przyciągnął tłum ludzi. Rzecz działa się w Krakowie, 18 listopada. Zaproszono przedstawicieli Muzeum Wrocław, MSN w Warszawie, muzeum w Krakowie. Do tego – osoby reprezentujące Małopolską Kolekcję Znaki Czasu, warszawską Zachętę, a także inicjatywy obywatelskie: krakowską i warszawską. Dodatkowo jedna krytyczka sztuki, która mówiła o muzealnej edukacji. Zbyt duża liczba gości i rozrzut tematyczny spowodowały, że do dyskusji doszło dopiero po przedłużających się prezentacjach.

A przecież wszyscy na nią czekali. Temat na czasie i elektryzujący środowisko w całej Polsce. Żyjemy przecież w wyjątkowym momencie, bo zaczęły wreszcie powstawać nowe muzea i centra sztuki współczesnej. Niedawny Kongres Kultury uświadomił z kolei ludziom, że są środowiskiem i mogą coś zrobić, a przynajmniej stanowić grupę nacisku. Ożywienie środowiska związane jest jednak najbardziej z wkroczeniem na pole sztuki (pole minowe – chciałoby się napisać) ludzi młodego pokolenia, dobrze wyedukowanych obywatelsko, i – co bardzo ważne – nie bojących się zakwestionować popularnych w polskim świecie sztuki niepisanych hierarchii i uznawanych za oczywiste sposobów postępowania, przede wszystkim zaś milczenia w ważnych sprawach.

W Krakowie, jak to ujął prowadzący dyskusję Andrzej Szczerski, sytuacja jest najbardziej dynamiczna.

Po tym wprowadzeniu, pragnę wspomnieć jedynie o pewnym incydencie. Gdy wreszcie doszło do dyskusji, od razu zeszło na sytuację w Krakowie. Trudno się temu dziwić, zważywszy na to, że tego samego dnia miała odbywać się pierwsza sesja Rady Miasta na temat przyszłego muzeum, że powstał Obywatelski Komitet na rzecz przejrzystości w polityce kulturalnej Krakowa. Prawdę mówiąc, całkiem spora publiczność zebrała się bynajmniej nie z ciekawości względem muzeum wrocławskiego czy warszawskiego, lecz po to, by wysłuchać prezentacji Maszy Potockiej – przyszłej dyrektor muzeum. Miało to być bowiem jej pierwsze publiczne wystąpienie na ten temat. Do tej pory działania miasta mające doprowadzić do powstania owego muzeum, były prowadzone w zaciszu gabinetów, ludzie zaś wymieniali się plotkami i pogłoskami.

Wracając do dyskusji, pytania odnosiły się głównie do kwestii kolekcji. W prezentacji mowa była o tym, jakie to zbiory mogą stanowić bazę dla powstającego muzeum, wymienionych zostało kilka. Kilka osób (m.in. Gaweł i Magda Kownaccy) wyraziło wątpliwości czy rzeczywiście muzeum powinno powstawać w ten właśnie sposób – zaczynając się od istniejącej już kolekcji czy wręcz kilku różnych. W końcu Agnieszka Kilian zadała wprost pytanie: czy muzeum w ogóle powinno powstawać na bazie kolekcji, czy nie powinno się po prostu zacząć od stworzenia jego wizji, a potem stosownie do niej gromadzić dzieła.

W odpowiedzi głos zabrała Dorota Monkiewicz i powiedziała rzecz niebywałą. Pokrótce streszczając: ona nie może już znieść takich pytań i dyskutować na temat kształtu muzeum i jego związku z kolekcją. Ona ma to już za sobą, bardzo wiele takich dyskusji… Ona spotykała z Hanką Wróblewską… tak intensywnie dyskutowały tę sprawę, że Dorota Monkiewicz temat uważa za zamknięty…

Głos ten spowodował konsternację na sali.

Zdradza on więcej niż się wydaje. Otóż, jest w nim zawarte, spontanicznie sformułowane wykluczenie osoby, która zadała pytanie, z grona ekspertów – osób wtajemniczonych, należących do grona „my z Hanką”, wiedzących co jest grane w kwestii muzeów i jaką kwestię wypada poddawać dyskusji, nie będąc stawianym do kąta za zadawanie oklepanych, nudnych pytań. Niezbyt zgrabnie unikając odpowiedzi na zapewne niewygodne dla siebie pytanie, Dorota Monkiewicz, obecnie zatrudniona na etacie urzędniczym we Wrocławiu i zajmująca się tworzeniem tam nowego muzeum, pokazała nie tylko pytającej, ale i wszystkim słuchaczom, miejsce w szeregu. „Zamknij buzię, nie wiesz bowiem wszystkiego i nie znasz odpowiednich ludzi” – zdaje się sugerować ta zdumiewająca w publicznej dyskusji wypowiedź.

Wypowiedź byłej szefowej AICi, doświadczonej kuratorki Muzeum Narodowego w Warszawie i twórczyni muzeów – teraz Wrocław po epizodzie warszawskim – świadczy o tym, że cała modna mowa o tworzeniu zupełnie nowych instytucji, o polityce równości, otwieraniu muzeów, docieraniu do nowej publiczności, może być tylko czczym gadaniem. Po co zapraszać DJ-ów i mieć muzeum otwarte do późna, skoro zmiany nie zaszły w głowach jego twórców?

29.10.09

Nieoczywiste: Europa i sport

I znowu pojawiły się ciekawe wydarzenia z dziedziny fotografii. Łukasz Trzciński pokazał w dwóch miejscach wystawę „Nowa Europa”. Stojaki na Rynku Głównym i Galeria Camelot zapełniły się zdjęciami pochodzącymi z krajów, które leżą w Europie Środkowej i Wschodniej, które znajdowały się w orbicie wpływów ZSRR, a po upadku muru berlińskiego, odzyskały w sposób mniej lub bardziej burzliwy wolność. W dziesięciolecie obalenia muru powstały wystawy. Projekt o tyle niebanalny, że w każdym z krajów autor skupił się na wybranym temacie, a nie po prostu na zwykłej obserwacji zmian, jakie zaszły w niedawno „zeuropeizowanych” krajach. Tak więc, we wschodnich Niemczech interesuje go świecka ceremonia dla młodzieży Jugendweihe, będąca rodzajem wprowadzenia ich w dorosłość, w Serbii zajmuje go sprawa podrasowanych pojazdów, w Rumunii – lokomotywy w regionie Maramures i ciągłe wykorzystywanie drewna do ogrzewania, w Czechach – domki letniskowe, a na Węgrzech – Balaton. Nie jestem zresztą wcale pewna co w tej realizacji było ciekawsze: same fotografie autorstwa Trzcińskiego czy teksty towarzyszące autorstwa Wojciecha Nowickiego. Niewątpliwie był to przykład symbiozy słów i obrazów. Trudno bowiem mini-eseje Nowickiego uznać za byty samodzielne gdy zobaczyło się je obok zdjęć. Nie tylko objaśniają one obraz, ale i dodają coś więcej, atmosferę, osobiste spojrzenie, wreszcie – pewien sposób patrzenia na rzeczywistość krajów „Nowej Europy”. Gdyby nie teksty, nie zatrzymujące się bynajmniej na warstwie opisowej, to zdjęcia nie byłyby tak interesujące, nie miałyby w sobie mocy przykuwania uwagi, która czyni je innymi niż reportażowe zdjęcia na ten temat. Każdy z krajów ma wybrany temat przewodni, doskonale komentujący jakiś aspekt nowej rzeczywistości.

„Nowa Europa”, Galeria Camelot, Kraków, 11.09.-30.10.2009

„Nowa Europa”, Rynek Główny, Kraków, 21.09.-30.10.2009

fotoblog Łukasza Trzcińskiego

strona projektu "Nowa Europa"



W Galerii ZPAF i S-ka pojawiła się wystawa zbiorowa, autorstwa Dawida Radziszewskiego. O wystawie, której współautorem był Radziszewski, niedawno pisałam, była to „Książka w sztuce polskiej” w Delikatesach. Teraz Radziszewski wzbogacił program Galerii ZPAF i S-ka. Galeria jest bardzo dobra, nie ma wątpliwości. Dobrze dobrane, niebanalne wystawy, co wydawać by się mogło brakiem czy minusem, staje się tutaj czymś prostym, wyrafinowanym i dającym do myślenia. Wystawa „Sport dla niewysportowanych” wydaje się być zgrabną i bezpretensjonalną wypowiedzią na niezbyt – wydawałoby się – wdzięczny temat. Intrygujący i nieoczywisty zestaw artystów – młodych i ze starszego pokolenia awangardystów, jak m.in. Łukasz Jastrubczak, Anna Molska, Agnieszka Polska, Julia Zborowska, Adam Rzepecki, Zdzisław Sosnowski czy Zbigniew Warpechowski, a także dobre prace oraz doskonałe ich rozwieszenie tylko na jednej ścianie sprawiają, że wystawa staje się atrakcyjnym cackiem… (Wahałam się czy użyć tego słowa, ale nie byłam w stanie znaleźć lepszego).

„Sportowi…” towarzyszą sążniste eseje z historii sztuki na temat motywów ikonograficznych związanych ze sportem. Nie wiem czy to żart, czy gest poważny, jednak teksty te pasują do wystawy jak pięść do nosa. Są niepotrzebnym i obciążającym dodatkiem, żartobliwość wystawy zostaje zakwestionowana.

Podoba mi się w tej wystawie to, że jest nieoczywista. Widać lata treningu w ustawianiu prac w ciasnych pomieszczeniach. Z drugiej jest to w gruncie rzeczy bardzo miła wystawa niby o sporcie, ale w gruncie rzeczy o niczym. Nic z niej nie wynika, nie zmusza ona do zastanowienia się, nie zostaje w głowie.


"Sport dla niewysportowanych", Galeria ZPAF i S-ka, 25.09.-31.10.2009, kurator Dawid Radziszewski, udział biorą Łukasz Jastrubczak, Małgorzata Mazur, Anna Molska, Paulina Ołowska, Agnieszka Polska, Adam Rzepecki, Zdzisław Sosnowski, Zbigniew Warpechowski, Wunderteam, Julia Zborowska.

strona galerii

16.10.09

Dość mizerne pokłosie Kongresu - cd.

W „Obiegowym” podsumowaniu Kongresu Kultury Polskiej pojawiło się mnóstwo głosów, jakby „Obieg” czuł, że zdarzyło się jednak coś ważnego, na czym go zabrakło, więc zapragnął jakoś zrekompensować tę nieobecność. Nie zmienia to faktu, że nie tylko moim zdaniem, nasze środowisko po raz kolejny zaprezentowało się jako nie mające poczucia wspólnego interesu i potrzeby zmian, bez wizji, siły i woli tych odnowy i – generalnie – dało plamę. Jednocześnie, z tego tkwienia w polu własnych indywidualnych interesów, wizji i obsesji wyłamało się pod-środowisko handlujące sztuką. Tutaj interes jest na tyle ważny, że spaja.

Pojawiły się ważne moim zdaniem głosy Artura Tajbera, Janka Sowy i głos Artura Żmijewskiego.

U Janka Sowy pojawiają się rozważania na temat tego, jak nie pozostając w głównym obiegu, pozostać zauważonym i ważnym. Jak wyrażać siebie, własne poglądy i potrzeby być słyszanym. Jak by tego nie ujmować, zawsze jednak chodzi tutaj o władzę. (czy to jest zresztą wstydliwe?) Kto jest górą, kto jest modniejszy, kto jest bardziej poważany, najważniejsze z tego - kto jest najardziej wpływowy, wreszcie: kto ma ma większą władzę symboliczną. To są wciąż aktualne pytania na polskiej scenie. Czy ci, co byli na Kongresie, czy ci, co mu się przeciwstawili, czy może ci, co w swoim mniemaniu zrobili wydarzenie równoległe? Wydaje mi się, że najbardziej „anty” są po prostu ci, co mieli i mają Kongres w nosie i po prostu ciągle robili, to, co jest ich głównym zajęciem. Ci, którzy są np. w „Obiegu” niewidzialni i niesłyszalni. Jednocześnie ci sami są najmniej słyszani i wpływowi.

Ja sama nie mam na swoim koncie konsekwentnych, płomiennych uzasadnień nieobecności na KPP. Na Kongresie nie byłam, gdyż działają na mnie odstraszająco wielkie polityczne i celebryckie spędy, z drugiej jednak strony, gdyby ktoś mnie zaprosił, to pewnie bym się pojawiła i jeszcze przygotowała. Jednak starać się na własną rękę o akredytację, zapisy, dostanie wejściówki, powiem szczerze, po prostu po pierwsze mi się nie chciało, po drugie, te wszystkie zasieki uznałam za jasne pokazanie figi z makiem szeregowym wyrobnikom kultury, jakim jestem od lat. Mam wrażenie, że utrudnienie wstępu na Kongres, który wcale nie był otwarty, był rodzajem niezbyt subtelnego wskazania przez absolwentów zarządzania kulturą UJ (pracującym w Krakowskim Biurze Festiwalowym, organizującym ów spęd) hierarchii politycznej ważności. Większość pracowników krakowskich instytucji kulturalnych zbojkotowała KPP z powodów podobnych do moich. Niebylejacy ludzie, mówiąc szczerze… A organizator miał przynajmniej mniej kaw do zafundowania.

*

Chcę jeszcze wspomnieć o tekście Żmijewskiego, bo przeczytałam w nim o czymś, co wydało mi się godne rozważenia i wyjaśnienia. Otóż, wyraz znalazł tam rozdźwięk i po prostu konflikt interesów pomiędzy artystami a kuratorami.


Otóż Żmijewski upomina się o honoraria przynależne artystom, a notorycznie niepłacone przez polskie galerie publiczne. Dobrze, szkoda tylko, że tak znana i opiniotwórcza obecnie postać zapomina o zaniedbywaniu innych pracowników sztuki, np. kuratorów czy krytyków, którym też się nie płaci lub płaci sumy, które są kpiną z ich pracy. Niejednokrotnie o tym pisałam. Z tego jednak, co napisał dalej, wynika dość stereotypowa wizja, że krytycy czy kuratorzy się są właściwie potrzebni.

Żmijewski wspomina bowiem o rzeczy, co do której mam mieszane uczucia. Otóż pisze o tym, że prace artystów współczesnych są wykorzystywane do wystaw tematycznych. I że kuratorzy i krytycy rosną w siłę, bo tworzą coraz więcej tego typu wystaw. Wystawy tematyczne zaś w domyśle nie są dobre, bo kurator za bardzo daje w nich upust swojej wyobraźni i nie szanuje dzieł, które wprowadza w wymyślony przez siebie kontekst. Artur Żmijewski kończy stwierdzeniem, że nieraz był zaskakiwany tym, o jak wielu rzeczach może mówić jego film w przeróżnych wystawach. Ja jednak mam wątpliwości – czy to źle? Dzieło przecież nie ma jednego ustalonego znaczenia. Ja wiem, że nie o to chodzi. Że chodzi o to, żeby nie narzucać na siłę. Żeby nie wkładać dzieła w kontekst dowolny. Trudno jednak zdecydować tak naprawdę który kontekst interpretacyjny jest już jednak przesadą. I wiem, że sam artyści wręcz czekają na „zadanie” im tematu. Wielu lubi pracować właśnie w ten sposób – mając konkretne zaproszenie do udziału w wystawie. Nie ukrywajmy zresztą, ale współczesne realizacje są wybitnie „kontekstowe”, są konstruowane tak, by poruszać bogactwo warstw interpretacyjnych. I doprawdy, nie robi się wystaw, które są celebracją jakiegoś dzieła dla niego samego. Zawsze ważny jest temat.

Dla mnie samej oglądanie wystaw tematycznych bywa niezłą przygodą intelektualną i może wręcz pokazywać nowe strony znanych dzieł sztuki. Są oczywiście także złe wystawy tematyczne, robione z ustaloną listą artystów, z pracami dobieranymi wedle zasady „widzu domyśl się sam” (zresztą nadmierne wyjaśnianie też zabija wystawy), a także nadmiernie zintelektualizowane.

Jak zwykle ważne jest wyważenie sądów, a nie przesada. Ta ostatnia jednak jest wyrazista i medialna. Nie ma ryzyka, że jak napiszesz coiś i wyrazisz wątrpliwości, to potem ktoś Cię zaczepi i powie: "ale o co ci chodzi? Bo nie zrozumiałem".

5.10.09

Kongres Kultury i wykluczeni

Już po Kongresie Kultury. Trwają podsumowania, nie za wiele ich zresztą. Była to impreza polityczna, jednak dominuje przekonanie, że i tak warto było na kongresie być, śledzić jego dyskusje, brać w nich udział. Wymiernych efektów jakoś nie widać i myślę, że po prostu jeśli one się pojawią, to zależeć to będzie od środowiska, na ile się zmobilizuje, będzie potrafiło wypowiedzieć swoje potrzeby, powalczyć o swoje. Zgadzam się także z tymi, którzy podkreślają znaczącą nieobecność polityków, a zwłaszcza premiera na Kongresie. List od niego był ogólnikowy – i w ogóle – premier zdaje się nie przykładać należytej wagi do kultury, skoro, pomijając już Kongres, nie pojawia się na premierach spektaklach, wystawach.

Jak każda impreza Kongres zebrał jednych, wykluczył zaś innych aktywnych twórców kultury. To normalna kolej rzeczy, choć organizatorzy powinni mieć więcej otwartości i wyobraźni. Tak czy inaczej, ci na świeczniku, z nazwiskami są reprezentantami środowiska, naturalnymi jego liderami, lecz także – jak to dzisiaj modnie mówić – jego „ikonami”. Chciałabym jednak wspomnieć o jednej kategorii pominiętych. Są nimi pracownicy domów kultury i najmniejszych ich odmian – klubów osiedlowych. Twierdzę, że bez ich pracy kultura stałaby się o wiele bardziej elitarna, po drugie zaś – o wiele bardziej odrzucałaby współuczestniczenie, zakładałaby zaś prymat autorstwa, czysty podział na twórcę i odbiorcę, z odbiorcy czyniąc konsumenta. Tymczasem domy kultury i kluby osiedlowe są najbardziej wysuniętymi placówkami i niosą ofertę artystyczną w miejscach, gdzie mieszka po kilkadziesiąt tysięcy osób, nie mając poza jednym klubem, z zatrudnionymi np. dwoma osobami i kilkoma dochodzącymi, nic, po prostu żadnej innej możliwości uczestnictwa w kulturze.

Kluby takie prowadzą często niezwykle wartościową działalność i taką wizję kultury, w której odbiorca nie jest konsumentem. Praktykują bowiem współuczestnictwo, współpracę, eksperyment. W takich placówkach dzieci po raz pierwszy stykają się z kulturą. Pełnią one rolę wychowawczą, edukacyjną, prowadzą własne zajęcia, uczą stwórczości, oferują miejsca dla inicjatyw własnych, dają wparcie organizacyjne itp. Po prostu są nieocenione i niedocenione.

O ile wiem, pracownicy jednego z tysięcy takich małych klubów – Klubu Osiedlowego w dzielnicy Krakowa Wola Duchacka Wschód – nie wiedzieli o Kongresie, ale pewnie po prostu w ferworze pracy nie zwrócili na niego uwagi. I tak nie mieliby czasu wziąć w nim udziału. Po kilkuletniej walce o utrzymanie klubu, który na tym wielkim osiedlu spółdzielnia zlikwidowała, przenosili się właśnie do nowych, tymczasowych pomieszczeń. Dodatkowo organizowali wielki koncert na koniec starej siedziby i imprezy na początek nowego sezonu. Współorganizowali także Dni Otwarte Podgórza, robiąc dwa wielkie przedstawienia plenerowe.

Oczywiście, wykluczonych na Kongresie było więcej, na przykład NGO-sy. Można powiedzieć – sami sobie winni, nie zadbali na czas, nie zapisali się na listę itp. A jednak gdyby organizatorom zależało naprawdę na szerokim spektrum kultury, gdyby mieli wizję kultury otwartej, zakładającej kreatywność i współuczestnictwo, a nie trzymali się kurczowo kultury wielkich wydarzeń i od święta, to do takich ludzi z pewnością by dotarli. Szkoda, że tak się nie stało.