19.5.10

Katastrofa i jej ofiary („Materiały wideo do kupienia w agencji TVN”*)

Kraków, przy moście Powstańców, kulminacyjna fala powodziowa na Wiśle, fot. Monika Ujma

Dzisiaj w Krakowie Wisła jeszcze nie wylała, ale zamknęli most Dębnicki, bo rzeka sięgnęła do jego poziomu. Na portalu informacyjnym głoszą, że zamknęli bulwary wiślane, co brzmi zabawnie, bo bulwary uczyniły to same: zalała je woda i nie ma po czym chodzić.

Wezbrane wody i katastroficzne, podgrzewające atmosferę zapowiedzi mediów spowodowały istny wylew gapiów nad bulwarami wiślanymi. Portal TVN 24 ma na swojej stronie 8 pierwszych newsów tylko o wielkiej wodzie – największej od 40 lat. Mądrale przekrzykują się co Tusk koniecznie musi zrobić, bo przecież władze lokalne nie od tego… A jedna pani dzwoniła do Radia Kraków z prośbą, by nie nadawać wesołych piosenek, bo ona ma zalany dom i się smuci.

W sumie jednak, mimo tak ekscytującej rzeczywistości, nie wiem czy można to już nazywać powodzią gdy chce się używać terminologii w sposób normalny, a nie emocjonalny, właściwy dla mediów tzw. informacyjnych i polityków. Pewnie tak, ale moje wahania wyrażają po prostu przekonanie, że „telewizja kłamie”, jak było, jest i będzie

Byłam nad Wisłą. Wczoraj przejechałam od Sandomierza do Krakowa, to piękna trasa, mija się takie perły architektury dawnej jak Beszowa czy Nowy Korczyn. Droga na całej swej długości była otwarta, chociaż widać było rozlewiska Wisły i jej niewielkich dopływów. W pewnym momencie, w Koszycach, droga doszła wysoko, ale wciąż jej brakowało ze 3 m, żeby zalać jezdnię. Dzisiaj pierwsza rzecz, jaką przeczytałam w sieci, to news, że właśnie tamten fragment drogi został zamknięty, a asfalt został zalany na metr, w co nie wierzę.

Ale najbardziej niezwykłym doświadczeniem było nie spojrzenie we wściekłe, brązowe i mknące z niezwykłą prędkością nurty Wisły. Od jednego z mostów na Wiśle – Mostu Powstańców – mieszkam dosłownie kilkaset metrów. Ktoś powiedział mi, że powinniśmy już pić tylko wodę mineralną, bo przy powodziach zatruciu ulega najpierw woda, a ktoś inny poinformował mnie, że żyję na terenach zalewowych. Ani jedno, ani drugie póki co się nie sprawdziło.

Ludzie. Na wąskich chodnikach idących po miejskich wałach przeciwpowodziowych, a nad bulwarami, paraduje tłum. Zdarza się, że przyjeżdżają specjalnie po to, parkują auta, wyciągają swoje kamery z Media Marktu – i filmują. Niektórzy schodzą niebezpiecznie blisko nad poziom błotnistej wody. Wreszcie zdarzyło się coś po co kupili te kamery!

Nie wiem jak jest na jedynym zamkniętym w Krakowie Moście Dębnickim. Przy moim moście trwa atmosfera wesołego miasteczka i pikniku. Całe rodziny, młode pary, turyści z hotelu Cubus zaraz za rzeką, wszyscy obserwują Wisłę. Przy workach z piaskiem ustawionych tam gdzie bulwary wchodzą na skarpę, i gdzie istnieje zagrożenie, że Wisła wyleje i popłynie ulicą Halicką, ludzie pozują do zdjęć. Dzieci wypatrują każdego przecieku w murach nadrzecznych. Słyszałam kilkakrotnie: "babciu/tatusiu, tu przecieka". Fotografowie chodzą po owych murach łapiąc każdy bezcenny kadr.

Patrzę na ludzi patrzących na rzekę. Szukających silnych wrażeń, zabicia codziennej rutyny i czujących się bezpiecznie, więc podchodzących jak najbliżej do wody. Sama się do nich zaliczam. Ci ludzie, z parasolami i bez, z kamerami wideo, i bez, stoją tam na brzegu wciąż wzbierającej rzeki. I nie wierzą, że może wydarzyć się katastrofa. A przecież tańczą na krawędzi. W każdej chwili może porwać ich woda. Może zdarzyć się coś strasznego. Wiedzą o tym.

Właśnie o TO chodzi.


*ze strony TVN24

11.5.10

„Pan Kerownik”

Został właśnie ogłoszony konkurs na dyrektora Bunkra Sztuki. Ogłoszony został w trzecim miesiącu po odejściu poprzedniej dyrektorki, po długim czasie pisania (miasto miało, wg własnych deklaracji, ogłosić go jeszcze w lutym), bez dania odpowiedzi na obywatelskie zapytanie o jego termin, treść , harmonogram, osoby odpowiedzialne.

W porównaniu z konkursem poprzednim, z 2006 roku, ten zawiera więcej warunków i preferencji, ich lista jest zdecydowanie dłuższa. Konkurs sprawia mimo to wrażenie pisanego na kolanie, jest sformułowany niestarannie. Oto kilka najbardziej kłujących w oczy przykładów. Wymagane jest np. doświadczenie na stanowisku kierowniczym, ale nie jest już dodane gdzie – tak zatem owo stanowisko mogło istnieć chociażby w sklepie spożywczym. Ważne, żeby było udokumentowane. Kolejna rzecz: biegła znajomość języka obcego. Jakiego – nie sprecyzowano. Może to być zatem język jakikolwiek. Następne kuriozum: wyższe studia z zakresu sztuk plastycznych. Z czymś takim, przyznam, jeszcze się nie spotkałam. Nie rozumiem dlaczego np. socjolożka / socjolog kultury nie mają tutaj szans. Albo chociażby filmoznawczyni / filmoznawca. Wstydź się, Miasto Kraków, konkurs powstawał stanowczo za długo i zaowocował bublem.

Rozumiem zatem, że kierowniczka sklepu zaopatrzenia plastyków, która ukończyła wychowanie plastyczne, znająca biegle bułgarski, jest kandydatką idealną.

Ja sama odbiegam nieco od naszkicowanej powyżej rekonstrukcji oczekiwań Miasta, ponieważ jednak zamierzałam w konkursie startować – nigdy zresztą tego nie ukrywałam – to warunkom owym przyjrzałam się szczególnie wnikliwie i mam na ich temat pewne przemyślenia. Otóż, Miastu Kraków nie zależy najwidoczniej na wyborze spośród jak najszerszej grupy osoby kompetentnych, gdyż warunkami swymi wyklucza sporą część świetnych specjalistów, którzy nie mieli okazji umiejscowić się w strukturze instytucji i nie mają w świadectwie pracy udokumentowanych „3 lat na stanowisku kierowniczym”. Oczom własnym nie wierzyłam gdy zobaczyłam to nieszczęsne sformułowanie. By dopuścić większą liczbę interesujących kandydatów, by uwzględnić specyfikę pracy w kulturze, która bynajmniej nie jest pracą „w fabryce śrubek”, lecz jest pracą twórczą i nie podlega takiej hierarchizacji, jak w innych dziedzinach, nawet jeśli wpisuje się w warunki owe „3 lata na stanowisku kierowniczym”, to dodaje się, że może to być także doświadczenie adekwatne, polegające na braniu odpowiedzialności za jakąś całość, kierowaniu grupami ludzi, realizacji projektów. Sprawdźcie jak robią to inni – wystarczy poszukać w Googlach, wyskakuje mnóstwo ogłoszeń, np. na stanowisko dyrektora każdego domu kultury tak właśnie formułuje się oczekiwania. W polskim teatrze nie pojawiłaby się nowa jakość za sprawą młodego pokolenia dyrektorów (którzy wygrywali konkursy, rzecz jasna), jeśli byłoby wymagane doświadczenie na stanowisku kierowniczym. Zatrudniano młodych ludzi podejmując ryzyko, że nie mają oni doświadczenia. I wyszło to teatrowi na dobre. Dodam jeszcze jedno. Specyfiką pracy w kulturze jest fakt, że realizuje się imprezy, wydarzenia, wystawy, koncerty itp. bez bycia formalnie jakimkolwiek kierownikiem.

Nie zdradzę tajemnicy jeśli napiszę, że w Bunkrze Sztuki kuratorzy tworzą i realizują liczne projekty różnej wielkości i wagi, kierują ludźmi, biorą na siebie dużą odpowiedzialność, lecz pozostają po prostu kuratorami. Nie ma tutaj stanowiska kierownika działu. I dzieje się tak w wielu instytucjach – ich struktura jest spłaszczona. Skąd zatem ludzie mają brać doświadczenie na stanowisku kierowniczym?

Miasto Kraków takimi drobiazgami się nie przejmuje. Kierownik to kierownik. Porządek musi być.


Konkurs

22.4.10

Ekshibicjonizm i autentyzm

Znalazłam właśnie wypowiedź, pod którą mogłabym się podpisać (w obecnym stanie świadomości):
"...ekshibicjonizm to też rodzaj gry, książka pisana w pierwszej osobie wcale nie musi mówić prawdy o autorze. ... Nie interesuje mnie prawda, tylko to jak na mnie działa przekaz i co on uruchamia. Zgodność z rzeczywistością jest sprawą drugorzędną. Pojęcia prawdy i prostoty są dla mnie mocno przereklamowane, toż to siostry grafomanii. Wolę maski i woale. Autentyzm wydobywany z kreacji".
Mówi Mariusz Treliński ("Tygodnik Powszechny", 25 kwietnia 2010).

9.4.10

Wolnica

Chodzę sobie po krakowskim Kazimierzu. Jestem lokalną odmianą flaneuse - spacerowiczką po krętych ulicach dawnej dzielnicy żydowskiej. Najczęściej chodzę z wózkiem. Patrzymy z małą Heleną jak dzielnica się zmienia, a zmiany zachodzą gwałtownie, i najczęściej według schematu najbardziej wulgarnej transformacji. Sklepy, które były tutaj jeszcze przed chwilą, ustępują miejsca innym sklepom, obliczonym na szybki zysk i często minimalną inwestycję. Na mojej ulicy niedawno powstały i za miesiąc-dwa zwinęły podwoje dwa sklepy z tanią odzieżą: „Imperium” i jeszcze "Odzież markowa za grosze". Pojawiły się rzecz jasna banki oraz sklepy z alkoholami „24 godziny”. Czyli zamiast przyjaznych sklepików znanych od lat (na szczęście dwa z nich istnieją jeszcze w mojej kamienicy), ulic, przejść, placyków, podwórek, może nieco chaotycznych i zaniedbanych, ale dobrze służących ludziom: mieszkańcom czy osobom przybyłym tutaj na chwilę, pojawiają się obiekty i przestrzenie powstałe odgórnie, dla komercyjnego interesu. Normalne, ale od czego są władze miasta jako reprezentacja interesu mieszkańców?

Tak zatem ulice Miodowa, Podbrzezie, Józefa, Bożego Ciała i pomniejsze, zostały całkowicie opanowane przez knajpy i przybytki dla turystów: galerie, pamiątki. Knajpy są miłym zjawiskiem, ale niekoniecznie tak wiele, niekoniecznie wchodzące w całą przestrzeń, dzielące ją z parkingami. Powstały przecież programy rewitalizacji dla Kazimierza. Będę naiwna, śledzę bowiem meandry polityki kulturalnej Krakowa, co nie daje złudzeń, że miasto stawia na długofalową politykę stawiania na kulturę. Dominują działania doraźne, nośne marketingowo.

Jednak będę programowo naiwna i powiem, że dziwi mnie fakt, że miasto nie zdecydowało się na długofalowy program wspierania lokalnych rzemieślników i małych sklepikarzy, żeby utrzymywali swoje zakłady i sklepy w dzielnicy, która z nich słynęła. Bez świadomego wsparcia, np. w ulgach czy dotacjach do czynszów, Kraków stanie się pustynią (której obszerne połacie możemy już oglądać w turystycznych miejscach: Rynek, jego okolice, Grodzka). Oczywiście, miasto powołuje się nieustannie na fakt, że „jesteśmy za biedni”, by stosować politykę kulturalną o odległych czasowo celach. Inwestowanie w kulturę nie wydaje się być jednak cechą wyłącznie bogatych społeczeństw. To raczej ci, co są na dorobku, inwestują w nią, by wspiąć się wyżej na drabinie rozwoju.

W ostatnim numerze „Architektury i Biznes” (04/2010) pojawił się tekst Aleksandry Jach, zawierający omówienie konkursu na zagospodarowanie Placu Wolnica. Od pewnego czasu dyskutuje się w Krakowie przyszłe funkcje i formę placów Starego Miasta i Kazimierza. Stare Miasto ma już bodajże wszystkie place wyremontowane bądź właśnie w remoncie. Plac Szczepański, mający stać się, wedle deklaracji Miasta, "secesyjnym salonem Krakowa", właśnie przeżywa przebudowę, która wyeliminuje z niego parking. Jak donosi "Gazeta Wyborcza", jeszcze przed końcem robót można jednak zobaczyć, że kruszą się nowo położone chińskie porfiry, wykorzystane na krawężniki. Jak pisze Aleksandra Jach, poglądy urzędników na nowe urządzenie placów sprowadzają się do wprowadzenie tam nowej nawierzchni i pomnika lub fontanny.

Co do Kazimierza, miasto zorganizowało m.in. konkurs na projekt nowego zagospodarowania Placu Nowego, teraz rozstrzygnięto projekt na kazimierski Rynek, jakim jest Wolnica. Miejsce to, mimo dużych rozmiarów, świeci pustkami. Jest otoczone parkingiem. Ludzie przechodzą tędy przecinając plac na ukos - z przystanku na Krakowskiej do Wawrzyńca i dalej - Starowiślnej. Biegnie tędy i szlak rowerowy, podążający ku Wiśle, ulicy Mostowej i budowanej właśnie kładce. Plac jest miejscem spokojnym, na nielicznych ławkach przesiadują tam przetrzebieni już miejscowi. Pojawiają się i rodziny z dziećmi, gdyż oferuje dość wygodny wybieg dla najmłodszych. Helena na przykład bardzo lubi gonić gołębie w cieniu Muzeum Etnograficznego albo też wokół rzeźby Bolesława Chromego. Oferuje jednak wciąż sporą niezagospodarowaną przestrzeń. Organizuje się tam cieszące się wielką popularnością targi zdrowej żywności wyprodukowanej w Małopolsce. Jednak położenie, sąsiedztwo i rozmiary Wolnicy każą myśleć o tym miejscu w kategoriach niewykorzystanego potencjału.

Konkurs na zagospodarowanie Placu Wolnica wygrało biuro Lewicki i Łatak. Zwycięski projekt jest prosty i efektowny. Zakłada pokrycie placu nawierzchnią drewnianą. Nawiązywać ma do średniowiecznych drewnianych bruków - "dylowiny". Miejsce ma być pokryte specjalnie zaimpregnowanymi balami, tak by mogły znieść trudy naszego klimatu. Jednak jako materiał ma zostać użyte egzotyczne drewno tekowe, co wzbudza wątpliwości, bo nie wiadomo jak ten surowiec zachowa w środkowoeuropejskich warunkach klimatycznych. Ponadto pojawiają się także pytania czy należy sprowadzać materiał z odległych krain, a nie wykorzystywać tego, co dostępne jest na miejscu.

Mimo zastrzeżeń projekt wydaje się obiecujący. Na drewnianych, "ciepłych" balach mogliby siadać lub kłaść się ludzie. Czego jednak w nim brakuje, to całościowego programu dla całego placu, z uwzględnieniem jego przyszłych funkcji, wynikających m.in. ze znajdujących się przy nim instytucji i innych miejsc. Niezintegrowane z placem pozostaje Muzeum Etnograficzne, jak pisze Ola Jach, główny „rozgrywający” tej przestrzeni, mieszczące się w dawnym kazimierskim ratuszu i mające ambicje, by wychodzić ze swymi aktywnościami również na zewnątrz. Już w zeszłym roku pojawiły się tam przedstawienia teatrów ulicznych, animowane przez teatry KTO i Mumerus. Brak wpisania pewnej wizji wykorzystania placu powoduje obawy, że po odnowie nadal nie będzie zatrzymywał ludzi, służąc głównie za przestrzeń tranzytową. Autorka postuluje zatem, by do konkursów na zagospodarowanie przestrzeni publicznej zapraszać nie tylko architektów, ale i projektantów krajobrazu i innych specjalistów.

Ten słuszny postulat zakłada bardziej odpowiedzialne i całościowe myślenie o przestrzeni miejskiej jako o złożonym organizmie, o tym, jak będą korzystać z niej ludzie, jak wykorzystać dodatkowe funkcje danego miejsca i jak je "przeprogramować". Do tej pory urzędnicy, ale i środowiska odpowiedzialne za kształtowanie wspomnianej przestrzeni myślą o niej jako o zbiorze fragmentów, place traktując jako rodzaj ozdoby.

7.4.10

Życiomalowanie

Dorota Lampart, Śmierć matki, ok. 1934, tempera na papierze, Muzeum Etnograficzne w Krakowie

Dorota Lampart, Sen, 1967, akwarela, tempera na papierze, Muzeum im. Orkana w Rabce-Zdroju


Była odmieńcem, słusznie zatem postępuje kuratorka wystawy – jak się okazuje, w ogóle pierwszej indywidualnej – podkreślając wagę jej osobowości, biografii, miejsca, w którym żyła. Grażyna Mosio mówi, że Dorota Lampart była osobowością skomplikowaną i nie da jej się zamknąć w figurze wiejskiej wariatki, nawiedzonej dewotki, lub – odwrotnie – świadomej własnej wartości, wykorzystującej zainteresowanie kolekcjonerów sztuką nieprofesjonalną artystki „naiwnej”.

Takich jak ona określa się mianem nieprzystosowanych, mówi, że „urodzili się w złym miejscu i czasie”, w pewnym sensie żałując ich zmarnowanej szansy i talentów. Określenie zawiera bowiem w sobie przekonanie, że gdyby żyła w innej rodzinie i środowisku, to jej talent miałby szansę rozkwitnąć, a ona sama zdobyłaby większe uznanie i tworzyła bez żadnych ograniczeń. Istnieje zatem pokusa, by wpisać ją we współczesną wersję Janka Muzykanta, lecz czy należy ulegać sentymentalnemu szantażowi w niej zawartemu? Nie wiadomo jak inaczej potoczyłyby się losy Doroty Lampart gdyby jej matka nie była góralką służącą w Krakowie, gdyby jej życiu towarzyszył ojciec, nie wiadomo, czy w rodzinie z lepszymi możliwościami, a przede wszystkim dostępem do edukacji, w ogóle poświęciłaby się tworzeniu i jaką ono by przybrało formę. Być może robiłaby coś zupełnie innego, może właśnie trudne warunki spowodowały, że malowała wizje świętych, za które była ceniona, ale i wyśmiewana. Hipotetyczne losy artystów – temat na pasjonującą wystawę? Książkę? Esej?

Nawet urodą się wybijała z otoczenia, pociągła twarz, drobne, regularne, wyraziste rysy (jak głosi legenda, jej matka była piękna). No i bieda wokół niej, ruina, do której doprowadzała kolejne domostwa. Była trudna w kontaktach, nieufna, wśród ludzi ze wsi wzbudzała politowanie, ale i zazdrość – bo dostaje pomoc „za nic”, bo przyjeżdżają do niej ludzie z miasta, bo przecież próżnuje nie zajmując się uprawą ziemi ani należycie obejściem. Miała świadomość własnej odmienności, nawiedzały ją sny, gadała ze świętymi. Pasała bydło po nocy, wszystko robiła na opak, unikała ludzi – i czekała na odmianę losu. Wierzyła, że zdarzy się cud i cudem powije bliźnięta, bo przed domem jej dziadków rosło drzewo o rozwidlonym pniu. Czuła się lepsza, a jednocześnie była niezaradna, uparta i wrażliwa. Ale znowu też nie działo się tak, że dawała się wykorzystać, że nie widziała jak ją naciągają i nie reagowała na to. Mimo, że wychowywali ją dziadkowie, że matka zachorowała psychicznie i młodo zmarła, nie musiałaby wcale żyć w biedzie i brudzie. Jej osobowość niełatwą, barwną i pełną sprzeczności starano się pokazać na krakowskiej wystawie.

Wystawę w Muzeum Etnograficznym otwiera seria zdjęć. Z jednej strony wielkie, panoramiczne ujęcie przysiółka Czarnotowa z porośniętymi trawą, kwiatami i ziołami łąkami na stokach, z grzbietami Beskidów w tle. Słoneczny dzień. Aż się słyszy jak muchy brzęczą. Z drugiej strony drzewo genealogiczne Doroty Lampart: seria zdjęć malarki, jej domu, przodków. Trudno o bardziej demonstracyjne przedstawienie zamysłu przyświecającego całości. O malarce, a szerzej – o sztuce nieprofesjonalnej – nie da się mówić bez uwzględnienia wszystkiego, co jej towarzyszy i tworzy jej tło. Bez tła okoliczności życiowych sztuka nie ujawniłaby swego bogactwa, bez niego można coś istotnego pominąć. W przypadku twórczości nieprofesjonalnej, mamy więc do czynienia nie tylko ze sztuką, ale i z życiem. Mamy przed sobą obie te sfery i one się splatają do tego stopnia, że stają się nierozłączne – jak wstążki w warkoczu. Nie da się zrozumieć jednego bez pojęcia drugiego. Sztuka i życie wzajemnie się potrzebują, ale i tłumaczą poprzez siebie, i jedno, i drugie pozostawione samo sobie pozostaje niepełne, wybrakowane. Nie tylko życie formuje i może deformuje sztukę, ale i sztuka egzystencję zmienia, nadaje jej nowego sensu, każe jednak płacić za o wysoką cenę: odmienności.

Ciekawie została zbudowana wystawa w Muzeum Etnograficznym. Stworzono ją jako wielogłos. Zatem nie tylko widzimy samą artystkę, ale też słyszymy jak mówi i śpiewa, obserwujemy ją w zaniedbanym otoczeniu, wśród zwierząt. Widzimy także kopie listów od rozmaitych osób do Doroty Lampart. Ale w tym świecie i tak główną rolę odgrywają obrazy. A na obrazach: święci i modlitwy, które sama tworzyła i kaligrafowała obok wizerunków. Duże postacie, najczęściej skrystalizowane w trwaniu, zatrzymane w kontemplacji, w modlitwie. Nawet na podstawie skromnego wyboru z tej wystawy można jasno zobaczyć, że Dorota Lampart sięgała do pierwszych źródeł sztuki. Zupełnie naturalnie sięgała bowiem do sacrum, świętych często widywała w snach, dostrzegała cudowne pod powłoką świata widzianego, szukała w sztuce pocieszenia. W jej obrazkach królują zieleń, kwiaty, wnętrza – a na ich tle święte osoby i kontemplujące ich obecność Dorota. Jak zauważa Agnieszka Sabor, sceny emanują pogodnym nastrojem, nie ma tu okrucieństwa i zła. Nawet śmierć matki, w obecności aniołów i diabła, odbywa się w atmosferze skupionego, radosnego oczekiwania. Wizje w wydaniu malarki nie mają w sobie nic z agresji, niewiele z odgrywania się. Wizje te pokazują raj na ziemi, a raczej przebóstwioną rzeczywistość. Więc śmierć matki, dalej – różne wersje nieba z hieratycznie pousadzanymi rzędami aniołów, świętych i zbawionych, z wynalezionym na jej własny użytek kolażem, i niesamowity sen z płaszczami i koronami, w którym symbolizowana postać Marii znajduje się pośrodku i jest największa. Cierpienie zawiera się tutaj np. w ocalałych z pożaru stacjach Drogi Krzyżowej, jednak nie jest wyeksponowane, wymaga skupienia i przeżycia obrazu.

W gruncie rzeczy niewielka, skromna właściwie wystawa w Muzeum Etnograficznym wywołuje wielkie bogactwo komentarzy – jak pokazywać i komentować tego rodzaju twórczość samorodną, skromną i w zasadzie trudną w odbiorze. Mimo, że w ulokowano ją w podziemiach, to dokonano wielce udanej próby przywołania świata artystki, świata rozświetlonego światłem nie tylko letniego słońca, ale towarzyszących jej całe życie nadziei i wiary. Wystawę przygotowana z dużym wyczuciem i wnikliwością. Widać po niej oddanie i zaangażowanie kuratorki względem bohaterki jej pracy. A to wcale nie jest częste – w naszych cynicznych czasach.


"Wyrwany skrawek nieba. Malarstwo Doroty Lampart", autorka wystawy: Grażyna Mosio, Muzeum Etnograficzne w Krakowie, 23 stycznia - 16 maja 2010. 

24.3.10

Czarny Łabędź



Pozwolę sobie na tekst odrobinę bardziej osobisty. Ślad chwilowego nastroju.

Zgodnie z przekonaniami, do jakich doszłam po długich latach praktyki i bojów jako krytyk (nawet jeśli niedostrzeżonych, bo najczęściej bojów wewnętrznych), po publikacji iluś tam manifestów, ukrytych w innych tekstach, schowanych w wywiadach lub poutykanych na stronach internetowych, nieodmiennie sądzę, że krytyka dzisiaj albo przybiera formę wypowiedzi podszytej autobiografią, albo w ogóle jej nie ma. Czuję się zatem uprawniona, żeby napisać jeszcze bardziej od siebie niż zwykle. Jeszcze bardziej, to znaczy – o tym, że na wiosnę dopadła mnie melancholia. Nadchodzi niemoc twórcza, i stan, że mam z 10 tekstów pozaczynanych, ileś tam planów, ileś tam całkiem w innych warunkach ekscytujących pomysłów, a tu nic – nic nie rusza do przodu, po prostu leżałabym tylko i gapiła się w sufit i słuchała jak pierwszy wiosenny deszcz uderza kroplami o szyby, sąsiedzi wrzeszczą na siebie za ścianą, a dziecko bawi się w pokoju obok. W takim stanie ducha mózg przykleja się do jednego utworu i nie chce innych. Z dzisiejszym stanem ducha najlepiej zgadza się Black Swan Thoma Yorke’a. Sącząca się melodia koi i wprowadza w lekki, prawie niezauważalny trans, kiedy nawet nieuchronne zdaje się łatwe do zaakceptowania, i utwierdza w przekonaniu, że melancholię można przeżywać na sposób estetyczny. Melancholia to stan estetyczny? (Co za bezceremonialne pytanie! – powiedzą dogmatycy) Ktoś inny śpiewa za ciebie i nagle okazuje się, że płacz może być piękny. Niepozorny, powstrzymywany płacz. Nic po szlochu – same łzy.

Niełatwo znaleźć czarnego łabędzia w naturze. To niezmiernie rzadki i piękny ptak. Jego czerń to jednocześnie kolor melancholii, czarny łabędź jest wysłannikiem paraliżującego smutku, czarnego słońca, którego matowy blask lśni w jego piórach. Czarne słońce nie świeci i nie daje ciepła, nie ujawnia rzeczy, nie ożywia. Według mitologii łabędź śpiewa tylko przed śmiercią – i śpiewa przepięknie. Łabędzi śpiew opiewa byt melancholiczny. Kończy takie frustrujące życia, które polegają na zaniemówieniu, wstrzymaniu sił życiowych, by przemówić dopiero przed końcem. Pamiętam, jakiś złośliwiec napisał, że Thom Yorke zawsze opiewa zdechłego chomika, jednak w tej złośliwości trafił w sedno. Melancholia przenika jak mżawka, jest codziennym, monotonnym płynięciem czasu. Rzeczywiście, nie skupia się ona na wielkich rzeczach, a na indywidualnej niemocy. Jednak śpiew Yorke'a, delikatny i przejmujący, stanowi wyraz melancholii i jej przezwyciężenie.

Melancholia lidera Radiohead, nie ujmując jej nic ze znamion indywidualności, wpisuje się moim zdaniem w to, co Anda Rottenberg nazwała postindustrial sorrow, i o czym zrobiła wystawę w roku 2000 w Niemczech (w tym wypadku zresztą tytuł zdaje się być chyba bardziej nośny od zawartości ekspozycji, mówi więcej, przeczuciem sięga głębiej). Ale Radiohead lokują się w głównym nurcie nastrojów smutku niewiadomego pochodzenia, który wydaje się wynikać po prostu z ponowoczesnej cywilizacji. Postindustrialna melancholia oksfordzkiej grupy rozkłada się na sample i w pełni rozkwita na laptopach. Melancholia połamanych melodii. Jakżeby inaczej, odmienia się przez poczucie bycia nieprzystosowanym, odczuwającym inaczej niż wszyscy. Coś w rodzaju: „Ja-odmieniec. Zagubiony wśród betonowych ścian i asfaltowej ziemi.” Jednak ten odmieniec ma szansę wykrzyczeć swoją frustrację tłumom, które jak się okazuje, składają się z takich samych odmieńców, dziwaków i samotników, jednostkowych okazów, po prostu wyjątkowych czarnych łabędzi, które ukazują swoje piękno jeśli poświęcić im trochę uwagi, Czy w Japonii, czy w Australii, wszyscy twierdzą, że Yorke śpiewa właśnie o nich.

Łabędzi śpiew, czyli śpiew, którym łabędź ogłasza własną śmierć. Tak można określić śpiew Yorke’a. Bo on sam i Radiohead też śpiewają w pewnym sensie o śmierci, opiewają ją, krążą wokół niej. Piękne dźwięki emitowane ze środka zgładzonego świata, w którym czarny łabędź staje się marzeniem o złotym wieku.

Thom Yorke: Bycie „gwiazdą rocka" wymaga super pewności siebie. Ja takiej nigdy nie miałem. Jest zbyt niepewny siebie, by być gwiazdorem. Czy to nie jest właśnie program bycia krytykiem?  Pani Melancholia równa się Pani Niepewność. Taki model bycia w świecie szalenie mi odpowiada. Owocuje według mnie krytykiem idealnym. Antygwiazdorstwo i antykrytyka. Jak dalece można być niepewnym siebie, by stracić możliwość bycia krytykiem? Nie da się być zbyt niepewnym siebie. Właśnie szczepionka z niepewności powoduje, że ma się prawo pisać o innych i oceniać ich pracę. Nie pewność, że ja jestem pępkiem świata, lecz raczej pewność, że nim nie jestem i mogę jedynie proponować pewne rozpoznania. Krytyk dobry, to taki, który wyrokuje, ale ma wątpliwości, czy to on właśnie powinien wyrokować (kto mu dał to prawo). Jednocześnie został uczulony na błąd, lapsus, niekonsekwencję. Z łatwością w gruncie rzeczy dopuszcza zdanie innych. Został uodporniony bowiem szczepionką melancholii i niepewności. Dlatego nie uważa (jakże mu mogłoby to w ogóle przyjść do głowy!), że zjadł wszystkie rozumy i jest prawodawcą.

...

I tak już jest. Piosenka się skończyła. Melancholia ulotniła się. (Na chwilę.)


Traf chciał, że znalazłam właśnie w sieci zdjęcie 3-letniego Raymonda Roussela na łabędziu.


A oto Black Swan na You Tube

14.3.10

Taniec rzeźb

Niektóre rzeźby wydają się być zastygłym tańcem. Tak dzieje się z rzeźbami Aliny Szapocznikow, a opisała to Anna Markowska. Ekstatyczne zapamiętanie się w ruchu, rytm jako zasada budowy formy, chłonięcie życia wszystkimi zmysłami, wczepienie się pazurami w „teraz”, wyciskanie wszystkich soków z tego, co dostępne.

*
Przypadek Thei Djordjadze jest inny. O jej rzeźbach krytycy piszą, że są jak szczątki obcej cywilizacji wyrzucone na brzeg morza, okaleczone i nieme. Widzimy to, co pozostało, pozbawione kluczy do otwarcia zatrzaśniętych na głucho znaczeń, rzeźby te po prostu są obok nas. Możemy zresztą próbować otwierać je na wiele sposobów, uzyskane odpowiedzi nie potrafią jednak prawdziwie zadowolić, bo towarzyszy im świadomość, że inne są równie trafne. Tak zatem źródeł powstania tych rzeźb, przybrania przez nie takiej, a nie innej formy można poszukiwać w krytyce modernizmu, w postkolonializmie, w powrocie do rękodzieła, ale także np. w przeprowadzaniu swoistej archeologii przestrzeni i oczywiście – w analizie dotychczasowych sposobów wystawiania sztuki i artefaktów z przeszłości.

Widzimy, że o twórczości Djordjadze da się powiedzieć wiele. A przecież wytwory jej rąk zachowując ciepło ręcznego, rzemieślniczego wykonania i zawierając w sobie emocje, jednocześnie trzymają dystans i nie można się z nimi zaprzyjaźnić. Zatrzymują się w pół zdania, a warstwy kulturowe i znaczenia artystka zestawia ze sobą – jak piszą krytycy – na zasadzie skojarzeń intuicyjnych, chyba bardziej trafnie byłoby powiedzieć, że w wyniku postawienia obok siebie wyborów intuicyjnych i podyktowanych przez rozum.

Suche i lakoniczne? Co można wywnioskować o stosunku do życia Thei Djordjadze, gdy się wie o pracach, które wykonała wraz z Rosemarie Trockel, by je spalić? W Polsce fakt ten kojarzy się z heroi(ni)cznym czynem Katarzyny Kobro, która wrzuciła do ognia swe unikalne rzeźby, by podgrzać kaszkę dziecku. Działo się to jednak w larach 40. Thea Djordjadze nie miała prawdopodobnie tej historii na myśli. Gdy dokonała aktu zniszczenia, to pewnie mierząc w tradycję rzeźby, być może też w fakt znikania artystek w historii sztuki, albo by podkreślić przewagę samego życia, a raczej po prostu bycia nad sztuką. Nade wszystko był to także gest konceptualny – przez destrukcję (w ogniu żywiołu) do nowego życia, nowej jakości, która wyrasta z ziemi – działki, w której został umieszczony popiół z rzeźb.

Na pewno prowizorycznym kluczem (choć z punktu widzenia samych rzeźb pewnie raczej wytrychem) do wystawy Djordjadze odbywającej się właśnie w FGF, jest słowo „choreografia”. Rzeźby składają się tutaj na rodzaj przeglądu rozmaitych podejść formalnych i wystawienniczych, stosowanych przez artystkę. Mamy tutaj i miękkie, jakby bezforemne obiekty niosące jeszcze ślady kształtowania, mamy też malarstwo, mininimalistyczne obiekty-znaki, obiekty stanowiące jakby rodzaj makiet architektonicznych i jakby niepełne geometryczne rzeźby. Tytuł - "Capital Letter" wydaje się być nadany wystawie na przekór, gdyż brakuje tu dominanty. Nawiązuje on do alfabetu gruzińskiego, w którym brak wielkich liter.

Wszystkie rzeźby wydają się być rozrzucone w sposób lekko nonszalancki. Nie ma tu czytelnego od razu planu, centralnych osi, rzeźby odwracają się tyłem, bokami, ulokowane są na rozmaitych wysokościach, dość gęsto, nie sprawiają jednak wrażenia ciasnoty poprzez swoje niewielkie rozmiary. Takie ustawienie koresponduje z samym charakterem rzeźb, będącym wypadkową podejścia intuicyjnego i przemyślnego. Gdy widz pragnie przespacerować się po ich świecie, jest zmuszony do nieustannego kluczenia, obracania się, zmian punktów widzenia, przechodzenia z jednego końca sali na drugi. Nieustannie także patrzy na te rzeźby z miastem w tle.

Tym, co bardzo pociąga mnie w tych milczących jak zaklęte pracach (bo gwar tworzymy my sami podejmując wysiłek objaśniania), to brak napięcia w ich ustawieniu. Nie ma tutaj doprowadzonych do stanu nieuchronności proporcji i osi widokowych, które powodowałyby w widzu poczucie bycia zbędnym.

Tak, w znieruchomieniu i spokoju, te rzeźby zostały ustawione choreograficznie. Same nie tańczą, zmuszają jednak do tańca widza.

Inne słowo, jakie przychodzi do głowy na widok wystawy w FGF, to „inscenizacja”. Inscenizacja czegoś, co tylko przeczuwamy, co odpłynęło w mglistą przeszłość, może wyparte, a może dlatego, ponieważ taka jest kolej rzeczy.



Thea Djordjadze, „Capital Letter”, 14 lutego – 26 marca 2010, FGF