15.6.08

Nieustanne święto

Architektura "efemeryczna" na Rynku, Festiwal Orkiestr Wojskowych, czerwiec 2008, zablokowana cała strona Rynku od Szewskiej

Festiwal Orkiestr Wojskowych - cd. Widoczna inspiracja Euro 2008, w tle - remont Sukiennic

Rynek od strony ul. Sławkowskiej i Św. Jana, widoczny tramwaj TVN - stojący tam przez cały sezon, kwiaciarki, oraz billboard Kung Fu Panda, na pierwszym planie - wyjątkowa brudna nawierzchnia + osłona kabla

Pomnik Adama Mickiewicza i dwie komórki

Rynek od strony ul. Siennej po zdjęciu płotów stojących przez 2 lata (19.06.2008)

Hotel Forum naprzeciwko Skałki od kilku lat służy jako gigantyczna konstrukcja do podtrzymywania reklam. Tam właśnie mają znaleźć się pływający po Wiśle basen i plaża oraz budy z piwem i zapiekankami.





To, co dzieje się na krakowskim Rynku, przekracza ludzkie pojęcie. Wiem, że wielu Krakowian w ogóle już na Rynek nie chodzi, nie uważając go za interesujące miejsce ani w sensie możliwości obejrzenia wydarzeń artystycznych, ani spotkania się ze znajomymi. Knajpy już dawno stały się kompletnym obciachem i wyłącznie jedną z wielu stosowanych tutaj metod na wyciąganie od turystów kasy. A przecież kiedy do Krakowa przyjeżdżałam, jeszcze 6 lat temu, mówiło się, że na Rynku wszyscy się spotykają i wszystkich drogi na Rynku się krzyżowały.

Co się więc dzieje w tym miejscu, które władze Krakowa chciałyby widzieć „salonem”? W maju i czerwcu nie ma dnia, kiedy coś by się nie działo. Dzień za dniem, weekend za weekendem. To zaś, co się dzieje, jest z reguły wrzaskliwe, z dużym nagłośnieniem i muzyką typu tandetny pop, nadawaną bardzo głośno. Do tego dochodzą montowane bez przerwy przenośne sceny (firmy wypożyczające je muszą naprawdę nieźle zarabiać), z reguły oblepione pstrokatymi bannerami, oczywiście niejednego sponsora. Do tego drewniane budy lub plastikowe namioty, spowite sinym dymem z grillowanych karkówek lub „serów górskich”, które serwuje się tu przy większości okazji. Nad wrzaskiem i kłębami dymu królują zaś attyki Sukiennic, wieże Kościoła Mariackiego oraz Ratuszowa.

Oczywiście, można założyć, że władze miejskie świadomie dążą do realizacji ideału rynku średniowiecznego, który był nie tylko agorą, ale także miejscem handlowym. W każdym razie tego nigdy nie wyjawiły. Dzieją się więc te wszystkie, niekiedy szlachetne w zamiarach, imprezy typu Festiwal Orkiestr Wojskowych, zawody chodziarskie „Na Rynek marsz”, święto Fundacji Anny Dymnej, święto krakowskiego rzemiosła, różnorodne kiermasze z bynajmniej nie tylko regionalnym asortymentem, zawsze jednak potwornie kiczowatym (ostatnio wypatrzyłam budę handlująca butami Made in Italy) i tak dalej, i tak dalej. Zdarza się tak, że po obu stronach Rynku stoją równocześnie dwie estrady – jak działo się to w miniony weekend… To zresztą nawet interesujące patrzeć na taki dziki i niezbyt kontrolowany „rozwój” miasta, które zaczęło się cieszyć nagłą popularnością i stara się swoje 5 minut maksymalnie wycisnąć. Na tym jednak nie koniec, bo do tych wszystkich głośnych imprez (proszę pamiętać o reklamowej kakofonii, która im zawsze towarzyszy: plakaty, bannery, standy) dochodzą inne elementy rynkowego wystroju. Otóż, jedna połowa Rynku przegrodzona jest płotem i nikt nie ma tam dostępu oprócz gołębi. Otwór do wietrzenia podziemi wygląda jak wielki namiot, pokryty oczywiście reklamami, stoi na płachcie papy, która usiana jest gołębim guanem… Do tego Sukiennice są w remoncie, więc otoczone własnym płotem, postawiono tam rozmaite kontenery dla robotników, do tego dochodzą odgłosy i kurz z gruzu przesypywanego monstrualnymi, kolorowymi rurami. Aha, żebym nie zapomniała, są tam jeszcze ogólnodostępne wściekle niebieskie przenośne toalety. Idźmy dalej. Proszę zatem zobaczyć kwiaciarki (są wśród nich i panowie) pod żółtymi parasolami z logo RMF, obok nich – prawdziwe dorożki i dorożki nowoczesne– meleksy, malowniczo parkujące w wielkich ilościach. Jeszcze ogródki kawiarniane, drzewa, kioski i stoiska rozmaitych handlarzy zarabiających na turystach, a także pojedynczy nagabywacze zaczepiający przechodniów: „City tour?”, do tego jeszcze porzucona jakby od niechcenia pusta w środku głowa z brązu sporych rozmiarów – dar Igora Mitoraja i atrakcja wszystkich wycieczek fotografujących się w jej wnętrzu… W tym wszystkim niesamowite tłumy: grup zorganizowanych, turystów indywidualnych, studentów, pracowników sklepów i hoteli, być może także i zwykłych mieszkańców (coraz bardziej w to wątpię). I tylko zdumienie człowieka bierze: gdzie to wszystko się mieści. Drugi raz zdumienie bierze na widok nieprzebranych tłumów ludzi – kto i po co chce tu przychodzić? Poczuć atmosferę? Jaką? Posiedzieć na ławce? Gdzie, skoro jest ich za mało? Popatrzeć? Na co? Na remont Sukiennic czy megareklamy przykrywające kamienice? A może na Anglików hucznie obchodzących swoje stag parties?

Tak to w przybliżeniu wygląda. Bardzo źle jest prowadzona polityka dotycząca tego miejsca, za często i zbyt pochopnie wydaje się zgody na imprezy na Rynku. Wielokrotnie już o tym mówiono i pisano, nie przekłada to się na zmiany na lepsze.

Ze znaczenia utrzymania przestrzeni miasta, a jeszcze tak centralnego jak Rynek, w jakim takim ładzie i porządku zdaje sobie sprawę niewielu, ze znaczenia porządku wizualnego i dźwiękowego nie zdaje sobie sprawy chyba nikt oprócz naiwnych jednostek.

***
W czasie, gdy się osiedliłam w Krakowie, przekonałam się jednak, że dyskusje o przestrzeni publicznej, otwartej, miejskiej, dostępnej dla wszystkich, są tutaj prowadzone, aczkolwiek odbywa się to dość niemrawo. Dyskusje te były zazwyczaj animowane przez lokalne media. Niewiele jednak z nich wyniknęło. Uderzające jest to, że np. społeczne akcje „Gazety Wyborczej” zwykle spotykają się z odzewem mieszkańców, którzy chcieliby mieszkać wygodniej, i z urzędniczymi stwierdzeniami bezsilności. Czy mówi się o dzikich wysypiskach śmieci, czy o nielegalnych szyldach, megareklamach, czy o budowlanych samowolkach, zazwyczaj urzędnicy mają jedną odpowiedź: „nic nie da się zrobić”. Wypowiedzi te zawierają w sobie następujące elementy: takie jest prawo, nic na to nie poradzimy, że są tacy, co prawa nie przestrzegają, albo że tak długo trwają procedury odwoławcze, my możemy tylko zwrócić uwagę i liczyć na dobrą wolę osoby… łamiącej prawo… Na nacisk społeczny, na dobry obyczaj.

Bierność jest tutaj kluczowym problemem. Nie tylko bierność bijąca z urzędniczych odpowiedzi, wynikająca z wygodnictwa. Kwestie wspólnej przestrzeni, wygodnego w niej współ-przebywania, uwidaczniają w wyrazisty sposób także bierność społeczną. Dlaczego nikt nie reaguje na złe zarządzanie miastem, nikt nie patrzy na ręce urzędnikom, ich nie kontroluje, nie wymusza większej aktywności? Mieszkańców Krakowa uwiera złe zarządzanie miastem, jednak nie rozumieją tego, jakie znaczenie ma dla nich to, co wspólne. Ludzie reagują zazwyczaj gdy naruszane są ich prywatne interesy. Dzieje się tutaj tak jak wszędzie w Polsce. Jesteśmy wciąż wyznawcami kultu tego, co prywatne: mój dom moją twierdzą. Wspólne nie jest warte takiego zachodu. Oto spadek po latach PRL-u.

Z moich doświadczeń wynika jednak że ludzie zachowują bierność nawet gdy dzieje się coś, co wnika w ich przestrzeń prywatną. Hałaśliwi sąsiedzi czy trzaskające uporczywie drzwi nie mobilizują do protestów.

***
W czasie gdy tutaj się osiedliłam, wydarzyło się kilka rzeczy: m.in. dzięki dotacjom unijnym nastąpiło przyśpieszenie w kwestii inwestycji miejskich, a także prywatnych. Dzięki zaś tanim liniom lotniczym, przystąpieniu do Unii oraz polityce miasta faktem stał się wybuch wielkiej turystycznej mody na Kraków, który wydarzył się jakieś 4-3 lata temu. Nie znam dokładnych wyliczeń, ale ilość rozmaitych restauracji, kawiarni, pubów i innych tego typu miejsc jest jedną z najwyższych w Polsce, to samo dotyczy miejsc noclegowych. Notabene, z tych noclegowych, wiele działa na czarno. W mojej kamienicy są prawdopodobnie co najmniej dwa mieszkania wynajmowane turystom, których właściciele ani pytali o zgodę współmieszkańców, ani rejestrowali swojej działalności. Miasto jest zatem nastawione na (dojenie) turystów. Zauważyłam, że w dyskusjach publicznych pojawiły się wreszcie pytania: „dla kogo jest Kraków? Dla mieszkańców czy dla turystów?” W stawianiu na turystykę widać krótkowzroczność, gdyż przyciąga się ich głównie tanim piwem, i generalnie w ogóle niskimi cenami. Brak nacisku na konsekwentne tworzenie wartościowych imprez kulturalnych, brak dostatecznego inwestowania w samą tkankę miejską, w utrzymanie i unowocześnienie, a także lepsze zarządzanie tym, co jest. Jednak Stare Miasto ostatnimi czasami jest etapami remontowane, co widać np. na Małym Rynku. Remonty spotykają się z głośną krytyką, głównie rozmaitych architektonicznych stronnictw, będących dla siebie nawzajem konkurencją.

Obserwując jak zmienia się przestrzeń Krakowa w ciągu ostatnich lat, trzeba jednak przyznać, że coraz trudniej tutaj żyć. Główne problemy to: za duży ruch wpuszczony w samo centrum, brak parkingów i samochody okupujące każdy skrawek chodnika, brudne fasady i zbyt wiele zbyt agresywnych reklam. Czy gwałtowny rozwój miasta przerósł obecną ekipę? Czy po prostu trudno wszystkiemu zaradzić w krótkim czasie? Według mnie odpowiedź leży pośrodku z przechyłem jednak w stronę opieszałości i braku dobrego zarządzania :). Łatwo powiedzieć, komu taki stan zawieszenia i prowizorka są na rękę. Korzystają na nim niewątpliwie inwestorzy biegli w zawiłościach prawnych i proceduralnych dotyczących nowych inwestycji budowlanych. Oczywiście wiem, że miasto potrzebuje się zmieniać i właśnie dlatego tak mnie boli niekontrolowany jego rozwój pod dyktando deweloperów. Niedawno widziałam wystawę prezentującą właśnie nowe inwestycje, którymi Kraków się chwali. Oczywiście, zero urbanistyki, ta dziedzina w Polsce jest w kompletnie zapomniana. Przeciętna nowoczesna architektura pokazywana jest na projektach kompletnie bez uwzględniania otoczenia. Nikt nie myśli całościowo. Oczywiście, wynika to w jakimś stopniu z braku planów zagospodarowania przestrzennego, ale ten brak moim zdaniem wynika nie z jakichś przeszkód nie do przekroczenia, lecz z tego, że inwestorom budowlanym i lobby architektonicznemu to na rękę.

Kilka rzeczy jednak nawet mnie się podoba :))), np. projekt Centrum Kongresowego, projektu Ingarden & Ewy. Najważniejszą jednak rzeczą jest, że coś się ruszyło w kwestii budynków użyteczności publicznej poświęconych kulturze: oto budowane będą (pytanie kiedy) Muzeum Kantora, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wspomniane Centrum, a Manggha będzie miała nowy pawilon wystawowy.

***
W Krakowie jest oczywiście o wiele więcej tematów do podjęcia gdy zastanawia się nad rozwojem tego miasta. Postępuje tutaj stopniowa zabudowa terenów zielonych w centrum miasta, których jest bardzo mało. Najczęściej dzieje się to pod przykrywką jakiejś szlachetnej działalności. Przykładem zabudowywany obecnie teren KS Nadwiślanin, położony w wymarzonym miejscu, owe mityczne dla wszystkich handlujących nieruchomościami „5 minut od Wawelu” – na placu Na Groblach. Cudowne miejsce w samym centrum, inwestor buduje tam kolejny „apartamentowiec”, a w zamian za teren, który nabył od klubu, buduje tam jeszcze jakieś miniaturowe nowe boisko. Jako bardzo groźne widzę zakusy kolejnych inwestorów, którym sekunduje miasto, na bulwary wiślane. Wymyślono więc, że Kraków jest rzekomo odwrócony od Wisły, co jest nieprawdą. Bulwary wiślane są jednym z niewielu miejsc spacerowych w centrum miasta, stosunkowo spokojnym i z niewielkimi wyjątkami – nieopanowanym przez komercję. Jest tu zielono, jest ścieżka rowerowa, ładne widoki, ławki. Komuś to jednak przeszkadza, że na bulwarach nie ma bud z balonami na hel oraz ogródków piwnych. Projekt zakłada stworzenie plaży na bulwarach, basenu pływającego po Wiśle oraz oczywiście knajp. Z całości tego „genialnego” pomysłu przebija fakt, że urzędnicy miejscy posługują się tym samym systemem wartości, co inwestorzy, to znaczy teren zielony pozostaje dla nich miejscem do szybkiego zarobku.

Na koniec przywołam jeszcze szczególnie rażący przykład użytkowego podejścia do dobra wspólnego. Tym razem nie z Krakowa, tylko z okolic, sprawa dotyczy jednej z Dolinek Podkrakowskich na Jurze. Otóż w pewien majowy weekend chętni do przespacerowania się tą jedną z najładniejszych tras w okolicach miasta, Dolinką Kobylańską, zastali strażników tarasujących wejście. Okazało się, że… Dolinka została wynajęta przez gminę koncernowi IBM na imprezę dla pracowników. Jak gmina może wynająć coś, co jest dobrem wspólnym? Jakim prawem koncern zawłaszcza kawałek pięknej natury? Logika więzienna. (Ludzie lubią żyć ogrodzeni.) Bezmyślność godna napiętnowania.

***
Wracając do Krakowa, to jednak nurtuje mnie pytanie co się stanie kiedy jego centrum będą zajmowały już tylko restauracje i hotele przykryte wielką ilością reklam – a wszystko do tego zmierza.

4.6.08

bb5 - kilka uwag

Berlin, Skulpturenpark, praca Katařiny Šedy

Berlin, Skulpturenpark, praca Katařiny Šedy

Berlin, Skulpturenpark, praca zaimprowizowana

Berlin, Skulpturenpark, praca Ani Molskiej
wszytkie fot. Katarzyna Barańska




Obecnie berlińskie Biennale jest tak odmienne od poprzedniego, że trudno to uznać za przypadek. Gremium z KW postawiło na Adama Szymczyka, który miał zagwarantować kompletnie inne podejście niż dotychczas. To prawda, że poprzednim, bardzo solidnie odrobionym Biennale team Cattelan – Gioni – Subotnick mocno się napracował, ale też dał krańcową wizję wielkiej wystawy. Teatralne efekty, sztuczność i narracja zdają się być fundamentem jego konstrukcji. bb5 zarysowuje wizję przeciwległego końca, drugiego ekstremum.

Zgadzam się z większością komentarzy na „Obiegu” do Biennale. Widać, że krytycy mają kłopot z opisem, że się męczą, nie da się go opisać linearnie, szukają innych sposobów nazwania tego, co widzieli w Berlinie, z których za obiecujący uważam ten, który uwzględnia indywidualne spojrzenie, emocje, jest pełen pytań, ma narrację rwaną, fragmentaryczną i od siebie.

Co tu dużo ukrywać, ja też mam ten sam kłopot. bb5 nie wdzięczy się do widza. Nie stosuje sztuczek pod publikę, nic też na pierwszy rzut oka nie deklaruje. Mimo, że jako anty-biennale, a raczej a-biennale, nie zawiera jakiejś olbrzymiej liczby nazwisk uczestników, to męczy może nawet bardziej niż poprzednie, które opierało się na wielkiej liczbie uczestników i przesadnej wierności wobec reprezentujących ich galerii. bb5 też stosuje sztuczki, tyle, że swoje własne. Podejrzewam je o kokieterię na opak, która jednak kokieterią pozostaje. „Bo my jesteśmy tacy gniewni i niezrozumiali, i chcemy zrobić coś wbrew oczekiwaniom”. Rynek przetrawi wszystko. Najpierw się rozzłości, potem pogłaszcze po główce.

Komentatorzy z „Obiegu”, bodajże Kuba Szreder, przywoływali ostatnie documenta. Wydaje mi się, że hasło Bruegela i Noack może równie dobrze znaleźć zastosowanie w Berlinie. To jest też wystawa o tym, co nam zostało po modernizmie. O jego utopiach, co stało się z myśleniem, że sztuka może coś zmienić, że np. architektura jest nie tylko dziedziną dizajnu, ale kiedyś myślano o jej możliwościach dokonywania zmian w ludziach, kształtowania ich itp. To jest też wystawa, która mówi o formach, o pustce tych form, o tym, że jeśli nawet coś chciałoby się powiedzieć, to forma anuluje wszystko, a oczekiwania rynku doprowadzają do jednego, strawnego i rozpoznawalnego stanu nawet najbardziej ambitne czy buntownicze podejścia, krytycy z kolei zagłaskują temat nowomową, a w ogóle to już nic nie jest wiarygodne. To jest wystawa o sztuce w potrzasku rynku i nadmiaru możliwości, która jednak mimo wszystko chciałaby coś powiedzieć, i o tym, że mimo niesprzyjających okoliczności wrażliwość przetrwała. Tematyka jest dość ogólnie ujęta, jednak problem zostaje naświetlony z różnych stron, pojawił się tutaj nawet wątek postkolonialny, wątek blokowisk (przez Cypriena Gaillarda), wątek wystawiennictwa, wątek sztuki zaangażowanej (potraktowany bardzo sarkastycznie, np. w głośnym filmie o pani Berlinermauer), sztuki, która realizuje jakieś wytyczne, jest za bardzo czytelna, wprost.

Wystawa jest estetyczna. Uderzyło mnie to w KunstWerku, kiedy oglądaliśmy olbrzymią wideoinstalację Babette Mangolte. Ta abstrakcyjna estetyka koloru i znaku, formy i tła, formy i przestrzeni, podstawowych ruchów, wydestylowana z emocji, powstaje na bazie a-estetyki. Jest jednocześnie perwersyjnie ładna i ascetyczna, jakby tej brudnej estetyki niedoskonałego obrazu się wstydziła. Taka nasza po-nowoczesność.

Po solidnych omówieniach całości w „Obiegu” czuję ulgę, że ktoś to za mnie zrobił, nie muszę zmuszać się do konstruowania prowizorycznych całości. Napiszę o kilku pracach i artystach, których zapamiętałam, którzy zostali w głowie.

Z KunstWerku zdecydowanie podobał mi się asfalt wylany na podłogę największej sali. Odnotowana przez wszystkich, bo nie sposób na nią nie trafić i jej nie poczuć, praca Ahmeda Oguta wzbudziła zarzuty, że jest za prosta i zbyt łatwa w interpretacji. Ma być za banalna i przez to być nie krytyką modernizacji Turcji, tylko jakąś kpiną z tego typu prac. A przecież asfalt, przykrywający całą podłogę w największej hali dawnej fabryki margaryny, działał niezwykle sensualnie, jego zapach, jego konsystencja – są niezwykle ważnym elementem pracy. Zapach asfaltu przenosił nas na zewnątrz, na jakąś rozgrzaną drogę. Z kolei miękkość asfaltu, jego gruboziarnistość – są zupełnie inne od betonu stanowiącego ulubiony materiał podłóg w galeriach. Ze Stambułu w 2005 roku pamiętam wcześniejszą pracę tego artysty, prostą akcję uliczną, przerabianiu samochodów cywilnych na samochody, takie jak karetka czy policyjny, poprzez nakładanie na samochody stojące na parkingu, papierowych „kostiumów”.

Bardzo estetyczna wydawała się instalacja Katařiny Šedy, chociaż ikeowskie lampiony i papierowe wycinane motywy klucza z jednej strony kojarzyły się zbyt łatwo z codziennością, z tanim wyposażeniem mieszkań, z drugiej zaś – stawiały barierę zrozumienia, instalacja w KW była niewątpliwie próbą pokazania w sposób estetyczny problematyki społecznej. Ta instalacja była dokumentacja akcji przeprowadzonej we wsi Líšeň, polegającej na symbolicznym eliminowaniu ogrodzeń i płotów, którymi mieszkańcy separują się od swoich sąsiadów. Šeda konsekwentnie podąża drogą wytyczoną przez pracę dyplomową. Líšeň pozostaje jej światem w miniaturze, miejscem eksperymentów i akcji przeprowadzanych z mieszkańcami.

Zdjęcia Kohei Yoshiyuki z serii Park powstały w latach 70., ale nadal przyciągają uwagę swoją autentycznością. To niewielkie czarno-białe fotografie, o grubym ziarnie. Autor przyłapał sceny z kochającymi się ludźmi, parami różnej płci, które w zapamiętaniu nie zwracały uwagi na to, co dzieje się dookoła. A dookoła działo się może nawet ciekawiej. Otóż Yoshiyuki nie tylko sfotografował nocne obyczaje kochanków, ale i innych bywalców parku, podglądaczy. Tych podglądaczy jest bardzo wielu, są to sami mężczyźni i wydają się być tak samo zaabsorbowani dziejącymi się scenami, że nie przeszkadza im obecność fotografa. Praca o pokazywaniu pożądania, o szukaniu autentyzmu, wreszcie - o tże pożądanie, które przerywa normalny, zimny proces patrzenia, zrywa zwykły porządek obrazowania.

Skulpturenpark był bardzo zabawny. Do tego, co o nim napisano dodałabym skojarzenia tych, którzy spędzili dzieciństwo na PRL-owskich blokowiskach, i otaczających je nieużytkach, placach budów, porzuconych i zarośniętych roślinnością. To bardzo swojskie miejsce dla wschodniego Europejczyka. Tutaj znalazła się instalacja Sedy z płotami, przez które w różny sposób można było przechodzić. Sam Skulpturenpark był ogrodzony. A wejście do środka instalacji Šedy przez dziurę w płocie trzeba było poprzedzić własnym oświadczeniem, że się to robi na własne ryzyko.

W Neue Galerie w pamięć zapadła mi skromna i przez nikogo nie zauważona praca Pameli Rosenkrantz. Ta młoda szwajcarska artystka bardzo ostrożnie posługuje się pewnymi teatralnymi efektami, łączy to jednak z oszczędnością formalną, dużym wyczuciem przestrzeni, geometrii i skrótu myślowego. W samym rogu wspaniałego, szklano-metalowego budynku Miesa van der Rohe znalazła się instalacja złożona z 4 parawanów, mieniących się metalicznym połyskliwym blaskiem nałożonych na siebie prześwitujących warstw tkaniny. Całość uzupełniały rysunki wykonane ze szpilek magnetycznie przymocowanych do wewnętrznych ścian parawanów oraz kobieca peruka obracająca się dookoła własnej osi. Niewielka praca, tworząca dziwną, własną przestrzeń w olbrzymiej modernistycznej hali, jakby kobiece jej przetworzenie, z drugiej jednak strony – co było dla mnie ważniejsze – praca wywołująca dziwną, niedopowiedzianą, melancholijną atmosferę.

Wielkie wrażenie zrobiła też na mnie „wstążka” Aleany Egan, zrobiona z błękitnej taśmy, prowizorycznie zwieszająca się z metalowych rusztowań kratownic. Błahość, żart, szkic, płynność, niestabilność formy i równowagi – w poważnej, stabilnej, geometrycznej architekturze Neue Galerie.

***

Pozwolę sobie na niewyciąganie żadnych wniosków z powyższych uwag i obserwacji.

3.6.08

Raspberry Days






Wojtek Doroszuk, Raspberry Days, kadry z filmu, 2008



Jedna z najnowszych prac Wojtka Doroszuka robi wielkie wrażenie. Film Raspberry Days (2008) zaczyna się jakby był Ukrytymi pragnieniami Bertolucciego. Na miejscu znajdują się wszystkie potrzebne elementy: słodka, uduchowiona muzyka operowa z Cosí fan tutte i przesuwające się za oknami samochodu widoki niesamowitego rozbuchania przyrody, pociągającego piękna krajobrazu – samotnego, ale nie smutnego, istniejącego dla siebie samego i odległego od ludzkich spraw. Słowo „samotny” zresztą niepotrzebnie personifikuje krajobraz i odpowiada bardziej odczuciom kogoś, kto patrzy na niego lub po prostu w nim jest. Dlatego nie dziwi, że zamiast Toskanii główną rolę gra tutaj mniej cywilizowana Norwegia. Zimna, północna kraina, której przyroda usiłuje nadrobić wszystkie zaległości w czasie krótkiego lata.

Kolory są nasycone, pełne, dojrzałe, czasem wyraziste, kontrastowe jak to dzieje się rano i wieczorami, czasem przeciwnie – stłumione, rozbielone, kiedy promienie słońca niwelują twarde kontury i likwidują głębię przestrzenną i różnice między rzeczami. A trzeba pamiętać o białych nocach, które w Norwegii trwają w takiej właśnie letniej porze. W niektórych ujęciach słońce prześwietla rzeczy z dużą przesadą, a cienie są tajemnicze i ciemniejsze niż się widzi w naturze. Doroszuk umiejętnie żongluje ma zmianę makrofotografią i ujęciami panoramicznymi lub z lotu ptaka. Najpierw pojawiają się widoki drogi o zmierzchu i daleki krajobraz prześwitujący między prawie już czarnymi sylwetkami drzew. Nagle jednak się zmienia punkt widzenia i ogniskowa: widzimy w zupełnie innej skali – z bardzo bliska. W tej sekwencji nie ma już krajobrazów. Są za to osy, które przechadzają się po malinach. Długie ujęcia, skupione na owadach i owocach. W końcu pojawia się to, co narzuciła sama konwencja, sam słodki styl: filmowane z bliska liście i kwiaty. Aby wymogom konwencji stało się zadość, lekko kołyszą się na wietrze.

Jest pięknie, to piękno ociera się o kicz, bo jest dokładnym wcieleniem tego, co nazywa się pięknem landrynkowym. Jednocześnie zachowuje swoje uwodzicielskie zdolności. Piękno, które koi, uspokaja, przynosi pocieszenie i na które chciałoby się patrzeć jeszcze i jeszcze, nigdy dość. Piękno odurzające. W tej słodkości pojawia się wzniosłość, która pomaga w wytrzymaniu nadmiaru słodyczy. Zdjęcia chmur i wody, gór odbijających się w fiordzie, odległych, widzianych zza warstwy mgły, dają niezbędny dystans do piękna cukierkowego i oswojonego. Chmury i widoki fiordu pokazane są w przyśpieszeniu, odwrotnie niż sceny widziane z bliska.

W tej rajskiej przyrodzie, gdzie plastikowe wiadra i kalosze nabierają kolorów tęczy, znajdują się ludzie. Pojawiają się nagle i odróżniają się od reszty świata, są bardzo zajęci. Pracują. Wrzuceni w niesamowite święto przyrody, jakieś letnie przesilenie, są w nim obcym elementem. Wrzuceni w ten kosmos koncentrują się wyłącznie na czynności zrywania malin. Monotonnej, jednowymiarowej. Są mimo to pokazani tak samo jak owady, są częścią przyrody, choć wiążą się z nią na zasadzie kontrastu.

Kto nie wyjeżdżał do Skandynawii na letnie zbiory, temu maliny kojarzą się pewnie z malinowym chruśniakiem i jego zaduchem, kurzem, potem, pośpiesznie odkrywaną erotyką. Tymczasem Raspberry Days jest ciekawym filmem nie tylko z powodu swej atrakcyjności wizualnej i niezwykłej sensualności, której wrażenie udało się przekazać obrazem. Film ma temat – i nie jest nim piękno, choć tak mogłoby się zdawać. Jest nim zakłócenie w ogólnym spokoju natury, zmarszczka na powierzchni wody, ostry dziób statku wycieczkowego wrzynającego się w niezakłócony niczym do tej pory obraz fiordu czy wreszcie chruśniaki pełne krzątających się metodycznie ludzi.

Właśnie w takim, lekkim w sumie zakłóceniu spójności i jedności obrazu, w pewnym zgrzycie leży wymowa filmu. Bo ci ludzie to grupa Polaków, którzy przyjechali do Norwegii, żeby pracować. Więc film pokazuje pracę zarobkową pracowników sezonowych z zagranicy. Temat, który nadaje się na socjologizujące, krytyczne względem systemu interpretacje. Ale żeby aż tak nonszalancko? Artysta z biedniejszej części Europy nie rozlicza się z przeszłością i lekceważeniem bogatszych „braci”, nie wścieka się na rolę biednego kuzyna o niezbyt wyraźnie określonej tożsamości, ale woli tworzyć jakieś panteistyczne freski? Czy artysta z Europy Wschodniej w ogóle może coś takiego zrobić, pozwolić sobie na zachwyt zamiast frustracji i sarkazmu? Bardzo jestem ciekawa jak film zostanie odebrany i czy znajdzie zrozumienie.

W Raspberry Days zaangażowanie staje się funkcją piękna obrazu.

25.5.08

Rok Wyspiańskiego


Karolina Kowalska, tu mieszka Stanisław Wyspiański..., tablica pamiątkowa, 2008, fot. Lidia Krawczyk


20 maja, odbył się pokaz filmów Karoliny Kowalskiej zorganizowany przez fundację nolocal. Pokaz ten zapoczątkowuje cykl wydarzeń „Art in Cinema”. Projekcje będą odbywać się w Kinie pod Baranami w Krakowie.

Ja jednak chcę napisać o bardzo interesującej pracy Karoliny, którą artystka zrobiła na wystawę „OK! Wyspiański”. Wystawa ta została zorganizowana w Muzeum Wyspiańskiego w Krakowie, z okazji ogólnopolskiego roku poświęconemu pamięci czwartego wieszcza. Polegała na wprowadzeniu do przestrzeni muzealnej, poświęconej życiu i twórczości wspomnianego artysty, prac artystów współczesnych. O wystawie nie będę pisać, ale pragnę wspomnieć pracę pokazywaną na zewnątrz, na Starym Mieście, a zainstalowaną na domu Wyspiańskiego. To właśnie jedna z realizacji Kowalskiej na tę wystawę. Wydaje się być niedoceniona i niezauważona, tymczasem dla mnie jest – obok pracy Jadwigi Sawickiej (podświetlane obiekty składające się z fotografii zniczy cmentarnych) najlepszym dziełem całego tego przedsięwzięcia. Jest to skromna, kamienna tablica, jak wiele takich, które upamiętniają czyjąś obecność w danym miejscu. Pamiątkowymi tablicami upstrzone są zwłaszcza historyczne części miast. W Polsce szczególnie często można spotkać te, które są poświęcone martyrologii, ja np. codziennie podążając do pracy ulicą Szewską (pamiętacie ze Świetlickiego: „Rynek, Szewska, Planty?” – to moja trasa!) mijam tablicę poświęconą pamięci Stanisława Pyjasa. Jest tu jednak wiele tablic bardziej prozaicznych, nie poświęconych czyjemuś męczeństwu i innym wielkim zdarzeniom z historii, lecz raczej wielkim postaciom, które swoją obecnością uświetniły dany budynek nawet po prostu nocując gdzieś, w jakiejś kamienicy. Także niedaleko ode mnie, na Krupniczej, znajduje się, tuż nad sklepem papierniczym, informacja, wybita na dość kiczowatej płaskorzeźbie, że miał tam swoją pracownię Jacek Malczewski.

W Polsce, gdzie pamięć miejsc, ciągłość tej pamięci, została w dużym stopniu zdewastowana, takie informacje są jak najbardziej potrzebne i pracują na rzecz rekonstrukcji tej pamięci, przywrócenia świadomości, że przed nami coś tutaj się działo. Jednocześnie ta pamięć działa gdzieś, w konkretnym miejscu, pozwala więc także pozlepiać w jakąś całość historyczną tkankę miasta i dać jej wersję bardziej spersonalizowaną. Mimo to tablice stanowią wyraz pamięci zrytualizowanej, oficjalnej, takiej jej wersji, jaką chce widzieć przynajmniej jakaś grupa ludzi, jeśli nie np. zarządcy miasta. Które miejsca są przywracane pamięci zbiorowej niejako na siłę, a które akceptowane przez społeczeństwo, widać to po tym, czy one rzeczywiście funkcjonują, czy kładzie się pod nimi kwiaty, zapala znicze.

Na tablicy stworzonej przez Karolinę jest napisane: „tu mieszka Stanisław Wyspiański i prosi, aby go nie odwiedzać”. Tablica została zainstalowana na symbolicznym domu Wyspiańskiego, jakim jest muzeum mu poświęcone - w kamienicy Szołajskich w Krakowie. Zwraca uwagę tekst, gdyż jednocześnie artystka oddaje ukłon w stronę tradycyjnych inskrypcji upamiętniających, wspomina wielką postać, ale z drugiej strony tekst jest bardzo prosty i kolokwialny, nie wspominając już o jego bezceremonialności. Nie wiadomo dlaczego dom należy cenić, dla niewtajemniczonych (a ponoć wielu Polaków jest dzisiaj kulturalnymi analfabetami) nie wyjaśniono nawet podstawowych danych, dlaczego Wyspiańskiego należy wielbić. Nie wiadomo nawet czy to „ten” Stanisław Wyspiański. Jednak tu jest, żyje właśnie w tym domu. Trochę absurdalne podkreślenie ważności miejsca przebywania tej postaci, ale najbardziej absurdalne jest rzecz jasna użycie czasu teraźniejszego. Sprowadza ono wieszcza o nieco widmowej już dla nas tożsamości i konsystencji, którego znamy głównie ze szkoły i garści anegdot oraz stereotypowych skojarzeń, do postaci kogoś, z kim mijamy się na ulicach, kto jest więc ciągle aktualny, jest tutaj, wśród nas. Przemyka się ulicami lub patrzy przez okno. Zawiera także jego wypowiedź.

Tak więc, Wyspiański chce zachować spokój i nie chce, żeby mu przeszkadzano. Stwierdzenie, że Wyspiański cały czas żyje, ma swoje uzasadnienie nie tylko ze względu na podniosłą, a bezmyślną retorykę obchodów jego roku, ale w fakcie, że w Krakowie, ożywia się stare truchła i sam Wyspiański wymyślił przecież taniec chochołów. Jednocześnie inskrypcja zawiera sugestię, że poeta cały czas żyje, więc może nas obserwuje z okien swego mieszkania (tak jak obserwował milcząco wesele Lucjana Rydla) – i opisze w sposób bezlitosny. Odbija się tu echem przekonanie o widmowej, duchowej obecności artysty, który nie jest zrozumiany przez publiczność.

Dodatkowo, Wyspiański według Kowalskiej nie życzy sobie intruzów ani ciekawskich. Wynika z tego, że sam boi się nawiedzania przez obcych, on sam, który jako duch mógłby prześladować dzisiejszą publiczność.

Praca Kowalskiej dowcipnie komentuje obchody Roku Wyspiańskiego. Nie sądzę, żeby odnosiła się wyłącznie do sposobu, w jaki potraktowano akurat tego artystę, myślę, że wynika ona także ze zmęczenia rytualnym odklepywaniem rozmaitych benefisów lokalnych i ponadlokalnych gwiazd w Krakowie, które tutaj organizuje się z wielką lubością, woląc skoncentrować się na wspominkach i poklepywaniu po plecach, a nie na pracy interpretacyjnej, pokazującej aktualność danego luminarza kultury dla nas dzisiaj.

Pracę Karoliny odbieram też jako inteligentne wyjścia z sytuacji zazwyczaj niewygodnej dla artystów - wykonywania prac na zamówienie i ustosunkowywania się do jakiegoś tematu, do którego stosunku mieć nie muszą, nie muszą mieć własnego zdania, bo się nad czymś nigdy nie zastanawiali, nie obchodziło ich to itd. Oczywiście, tablica Kowalskiej prowokuje do myślenia czy Wyspiański jest w ogóle dzisiaj ważny i czy ci, którzy się za niego wzięli, mają na ten temat w ogóle coś do powiedzenia. Wynika z niej, że praca interpretacyjna nad Wyspiańskim w dziedzinie sztuk wizualnych pozostaje jeszcze do zrobienia (eufemistycznie rzecz ujmując), że Wyspiański stawia opór... Bardzo mi się ta praca podoba, nie ukrywam bowiem, że artysty tego nie uważam wyłącznie za starą ramotę, a raczej sądzę, że gdyby zabrać się za niego z głową i dobrym przygotowaniem, można by stworzyć rzecz pasjonującą, mówiącą wiele o dylematach Polaków w roku 2008. Co pozostaje do zrobienia w bliżej nieokreślonej przyszłości.

11.5.08

Cenzura po włosku

Portret goldie
Portret chiari


Cenzura sztuki zdarza się nie tylko w Polsce. Zdarza się także we Włoszech. Pouczające jest zbadanie powodów, dla jakich się ją stosuje. We Włoszech jej powodem ostatnio nie były względy obyczajowe czy religijne. To patriotyzm można pogwałcić, a obrazić – symbole państwowe.

Duet artystyczny goldiechiari (Eleonore Chiari i Sandra Goldschmied) doświadczył tego na własnej skórze. Artystki zostały zaproszone do wzięcia udziału w wystawie „Terapia Grupowa” w Muzeum Sztuki Współczesnej Museion w Bolzano. Trzeba wiedzieć, że Bolzano to małe miasto w północnych Włoszech, w regionie Trydent Górna Adyga, samo o tożsamości pogranicza z Austrią, gdzie oprócz włoskiego mówi się po niemiecku. Trydent oznacza Południowy Tyrol. Mussolini przeprowadzał tutaj przymusową italianizację zmieniając ludziom nazwiska z niemieckich na włoskie.

Muzeum jest nowe i należy sądzić, że ma pełnić ważną funkcję w regionie, nadawać mu jakąś tożsamość, generować turystykę kulturalną – czyli pełnić także rolę promocyjną i ekonomiczną dla miasta. Dość powiedzieć, że nadchodzące manifesta 7 za jedną ze swych lokalizacji obrały właśnie Bolzano, gdzie kuratorem jest Raqs Media Collective z New Delhi.

W październiku 2006 roku odbywała się tam wspomniana wystawa „Terapia Grupowa”, której kuratorką była Letizia Ragaglia, a jednymi z uczestników oprócz np. Allora & Calzadilla czy grupy gelitin – goldiechiari. 19 października 2006, ponad miesiąc po otwarciu wystawy, instalacja dźwiękowa Imagined border (2006), autorstwa artystek, została zarekwirowana przez prokuraturę. Stało się to wskutek skargi wniesionej przez prawicową partię Alleanza Nazionale. Dzieło zostało zdjęte z wystawy.

W pracy tej wykorzystany został muzyczny temat muzyczny włoskiego hymnu Fratelli d’Italia, który odgrywają dźwięki wody spuszczanej w toalecie. Nagranie to zainstalowano u wejścia na wystawę, tak więc gdy ktoś wchodził do muzeum, zostawało ono uruchamiane.

Artystki zostały oskarżone o obrazę narodu i państwa włoskiego. Sprawa sądowa wokół sprawy goldiechiari wywołała ogólnokrajową dyskusję w mediach na temat tego kto posiada symbole narodowe, czy istnieją jakieś granice ich wykorzystywania i czy można obrazić je lub naród. Sytuację artystek pogarszał fakt, że w tym samym, 2006 roku, rząd Berlusconiego wprowadził dekret o tym, że hymn jest własnością państwa.

Artystki za własne pieniądze wynajęły adwokatów, także muzeum miało swojego. Museion dostał wsparcie Włoskiego Stowarzyszenia Muzeów Sztuki Współczesnej (AMACI), które nazywało całą tę sprawę aktem cenzury i domagało się zwrotu dzieła do muzeum w Bolzano. W listopadzie 2006 roku sąd orzekł, że praca nie była obrazą państwa włoskiego i może powrócić na wystawę.

Kiedy rozmawiałam z artystkami, nie były one jednak zadowolone z takiego obrotu sprawy. Mówiły, że wcale nie czują się wygrane, nie miały dostatecznego instytucjonalnego wsparcia, musiały wynająć własnego adwokata i opłacić go z własnej kieszeni.

Same goldiechiari konsekwentnie zajmują się we własnej sztuce niskimi sferami życia, desakralizują rzeczy oficjalnie uznane, odbierają im nadęcia i pompatyczności. W swoim kapitalnym cyklu fotografii, inspirowanym Nenufarami Moneta (Panoramic Nympheas, 2007), zrobiły zdjęcia obrzydliwych, wyjątkowo brudnych zbiorników wodnych, na które puściły „kwiaty” zrobione z zużytych worków foliowych. Z czegoś odrzucającego zrobiły coś pięknego.

W pracy Imagined border odopatrzyłabym się i wątku feministycznego. W końcu hymn włoski to Fratelli d'Italia, "włoscy bracia" - no, a gdzie siostry? Jak zwykle mają siedzieć w domu?

----

Sprawa goldiechiari przywodzi na myśl oczywiście psie kupy i biało-czerwone chorągiewki Marka Raczkowskiego.


strona www goldiechiari

22.4.08

Męskość w ładnym opakowaniu


Maria Friberg, still lives no 8, fotografia




Maria Friberg, no time to fall, DVD



Maria Friberg, almost there, fotografia



W Kulturhuset do początku kwietnia otwarta była wystawa prac Marii Friberg. Jak mówią organizatorzy, Friberg jest jedną z najbardziej znanych artystek szwedzkich. Zasłynęła z powodu jakości swojej sztuki i konsekwentnego podejmowania tematyki męskości. Jednym słowem, można ją uznać za odpowiedniczkę naszej Doroty Nieznalskiej, chociaż starszą o około 10 lat. Przy tym pouczając wydaje się porównanie, nawet pobieżne, ich sztuki. Otóż, sztuka Friberg nie ma zawartego w sobie jakiegoś wewnętrznego bólu, rozczarowania, jakichś ciemnych emocji. To sztuka laboratoryjna, dla mnie może nawet za czysta, bo skupiająca się na stronie wizualnej wideo i fotografii. Kojarzą się one ze stylistyką reklamy, ale też ją przełamują niedopowiedzeniami, skrótami myślowymi, które łapią widza na lep łatwej i znanej do znudzenia atrakcyjności, nieskazitelności obrazu, sugerując łatwe odczytanie, stawiają jednak pułapkę, bo znaczenie jest niejasne, zamazane.
Pierwsza pokazywana praca Friberg, no time to fall, jednak działa inaczej. To zgrabny montaż składający się z epizodów z inicjalnego wystąpienia George’a W. Busha do narodu w 2001 roku, z którego artystka wycięła wszystkie słowa, a pozostawiła same przerwy. Efekt jest zaskakujący. Bush ujawnia się jako mężczyzna niepewny siebie i oczekujący aplauzu, to sugerują zestawione przez artystkę pauzy, gdzie prezydent USA zerka na publiczność, by zbadać efekt, jaki wywołały jego słowa. Wycięte zostało całe przemówienie.
Naprzeciwko tej stosunkowo wczesnej pracy z 2001 roku znajduje się inne wielkoformatowe wideo z początku działalności artystki, przedstawiające mężczyznę kąpiącego się w białej pianie – blown out (1999). Praca dosłownie „tonie” w niedopowiedzeniach. Nie wiadomo gdzie kąpielisko się znajduje, czy to jakiś dziki wodospad, jednym słowem jakiś fragment natury, który wręcz może zagrażać życiu kąpiącego się, czy jest to jakiś aquapark i czy on czepie przyjemność z owej kąpieli, czy walczy o życie. Dodatkowo, niepokojące są skojarzenia białej pienistej wody, kojarzy się ona z płynami organicznymi, z fizjologią.
Dalej jednak wystawa zaczyna obfitować w prace, które wykorzystując ową dwuznaczność czynią z niej zasadę, przez co stają się one przewidywalne.
Ta prawidłowość dotyczy np. znajdującego się w dalszej części wystawy trójkanałowego wideo, będącego dokamerowym performance. Tryptyk embedded (2007) przedstawia kilku mężczyzn, odzianych w mundurki biznesowe, leżących na łóżku ze skotłowaną pościelą. Ich ciała, bo są oni właściwie bezwolni, żyją jakby własnym życiem i przemieszczają się stopniowo jakby przez łoże przepełzając. Podobną zasadę artystka zastosowała do wielu innych prac, pojawia się ona we wcześniejszych fotografiach almost here (2000), gdzie z kolei grupa młodych yuppies, w garniturach, ale bez krawatów, zanurzona jest bezwładnie w wodzie. Można właściwie powiedzieć, że Friberg zestawia tych mężczyzn w rodzaje martwych natur, że traktuje ich jako elementy kompozycji, przedmioty, lalki, owady. Występują oni w korporacyjnych mundurach, określających ich tożsamość w większym stopniu niż ich indywidualne cechy. Nie zgadzam się więc z określeniem z komentarza do wystawy, że odnajdując szczeliny w zbroi, którą może być garnitur, Maria Friberg analizuje władzę i mierzy w męską podatność na zranienia i niepewność, a także w ich chęć do zabawy i chłopięcość. Może by tak było, gdyby artystka pozwalała przedstawianym przez siebie mężczyznom zachowywać podmiotowość, prowadzić akcję. Co jednak ważne dla jej twórczości, ona ich podmiotowości pozbawia, ona kawałkuje ich ciała, poddaje ich próbom niewygodnych póz, a jeśli już nawet znajdują się w sytuacjach sugerujących jakieś działalnie, to jest ono zawieszone, tajemnicze, nie do odszyfrowania, jak dzieje się to w serii zdjęć trinity (2000), gdzie trzech mężczyzn zagubionych pośród piachu wygląda zupełnie normalnie – ze względu na swoje zwyczajne, sportowe ubrania, ale też sceneria dookoła jest niezwyczajna i brakuje śladów sugerujących, jak oni do tej pustyni doszli, jak wkroczyli w obraz. Patrzą na siebie, zdają się być wplątani w jakąś akcję, ale artystka nie pomaga w rozszyfrowaniu zagadki.
Inna jeszcze seria zdjęć, still lives (2003-2007) pokazuje, że artystka odchodzi poszerza i uogólnia swoje spektrum zainteresowań. Nie tylko młodzi mężczyźni, ale też młode kobiety pojawiają się na fotografiach. Znowu jednak postacie wydają się być poddanie próbie niewygodnego usytuowania, znowu stanowią tylko element kadry, może centrum kompozycji, ale kompozycji złożonej wręcz z groźnych zagrażających im elementów. Pojawia się mężczyzna leżący pomiędzy książkami, i jakby przez te rzędy książek zgniatany, albo inny – w środku wielkiego koła samochodowego.

W pracach Friberg wiele jest ze stylistyki reklamy, łącznie z ich walorami estetycznymi, przedstawianiem młodych ludzi, operowaniem suspensem, zaskakującym skrótem wizualnym. Muszę jednak przyznać, że czegoś mi w nich brakuje, są dla mnie za „obłe”, zbyt niedopowiedziane, otwierają możliwość tylu łatwych interpretacji, że aż się chce zapytać czy to celowe. A może same wartości wizualne są tutaj ważniejsze? Możliwe, że artystka jest pochłonięta po prostu własną rozgrywką dotyczącą samej wizualności obrazu i badania tego, czy siła wizualności że stać się tak wielka i tak sugestywna, że anuluje samą treść przedstawienia.
Maria Friberg, Boys are us; photography and video 1998—2008, Kulturhuset, Sztokholm, 26 stycznia - 13 kwietnia 2008

18.4.08

Wycinki prasowe

Mimo, że ten blog poświęcony jest sztuce, to niejednokrotnie już miałam ochotę skomentować rzeczy, które niedawno przeczytałam w prasie (jestem wręcz nałogową czytelniczką gazet). Nie wszystkie dotyczą sztuki, przynajmniej nie bezpośrednio, ale – jak sądzę – mogą być ciekawe, bo pokazują tło, na jakim powstają moje projekty. Postaram się częściej pisać takie drobne rzeczy, sygnalizować interesujące wypowiedzi, fragmenty, odnosić się do nich.

Z okazji rocznicy Marca 68 w „Europie” pojawił się m.in. wywiad z Barbarą Toruńczyk. Zaciekawiły mnie w nim dwie rzeczy. Po pierwsze ton, z jakim mówiła bohaterka wywiadu, osoba o zdecydowanych poglądach, wyrobionym smaku, gruntowna znawczyni literatury, badaczka, redaktorka, wydawczyni, eseistka, założycielka „Zeszytów Literackich”. Toruńczyk traktowała swojego rozmówcę, a był nim Cezary Michalski, oschle. No i zarzucała mu – ciągle mu coś zarzucała, nie naprowadzana przez pytania, z własnej inicjatywy. Michalskiego traktowała jako przedstawicielowi pokolenia następnego po jej własnym – co zwraca uwagę na to jak w Polsce przebiegają podziały pokoleniowe. Rzeczywiście, gdzieś tam pomiędzy jedną grupą działaczy podziemia politycznego a drugą przebiega granica wyznacza przez inne doświadczenie grupowe. Toruńczyk mówiła mianowicie, że „oni”, czyli tzw. pokolenie Solidarności, Michalski i jego koledzy, nie mieli poczucia grupy, etosu wspólnoty, zlekceważyli kulturę jako narzędzie nauki i zmiany świadomości, a także uwierzyli w rewolucję. Dodatkowo nie uznawali autorytetów, nie mieli mistrzów i nie zbuntowali się wobec swoich poprzedników. Co jeszcze zwraca uwagę w wywiadzie, to fakt podkreślania, że pokolenie marcowe zrezygnowało z praktykowania protestu w sposób czynny, że straciło złudzenia do tego, że system da się naprawić i że postanowiło walczyć z pomocą idei, pielęgnując autorytety. To – jak sądzę – ważna wypowiedź i przykład ważnej postawy w polskiej kulturze, dystansowania się od sztuki zaangażowanej. Toruńczyk mówi w pewnym momencie, że nie ma dobrej literatury zaangażowanej, protestującej, ona musi trzymać dystans do gorącej rzeczywistości. Jak to się ma do dzisiejszego zarzucania artystom braku świadomości politycznej?
(Marzec jako doświadczenie i piętno, „Europa”, 8 marca 2008)

W zimowym numerze „October” (nr 123) z kolei ankieta dotycząca zaangażowania lub jego braku wśród amerykańskich i brytyjskich intelektualistów. Zaangażowanie ma dotyczyć sprzeciwu wobec inwazji na Irak, a potem jego okupacji. Pytania sformułowane przez Benjamina H.D. Buchloha odwołują się m.in. do pamiętnych protestów wobec wojny w Wietnamie. Czym się różni ten protest od tamtego? Dlaczego ten jest mniej wdzięczny, Irak – co dziwne – mniej prowokuje do zajęcia krytycznego stanowiska, dlaczego wielu intelektualistów zdaje się chować głowę w piasek, trzyma się w zaciszu swoich dyscyplin i nie wypowiada na tematy ważne, rozpalające opinię publiczną? Dlaczego zabrakło etosu działań grupowych, a intelektualiści wolą siedzieć we własnych domach, uczelniach lub pracowniach? Czy Internet pomaga czy przeszkadza w prowadzeniu protestu? Wśród odpowiadających wielu artystów, m.in. Liam Gillick i Hans Haacke. Gillick mówi na koniec: Dajcie już spokój tej nostalgii za Wietnamem.

We „Frieze” znalazł się cudowny tekst o tym, co ma wpływ na poglądy krytyka, który mogłabym napisać sama. Żałuję, że nie wpadłam na jego pomysł wcześniej od Dana Foxa. Jak to brzmi: Would the critic be more productive writing in the morning rather than at night? Is the critic happy working at home, or do they prefer libraries and quiet cafés? Are the critic’s interpretative faculties sharpened by strong coffee, or is the glass of cheap red they are drinking easing them into a suitable frame of mind? Does the critic feel that putting Gustav Mahler on the stereo has set the right mood for their task? Perhaps Jay-Z is better? Szczególnie poruszyła mnie kwestia pisania z brakującą czcionką na klawiaturze: To what extent does the missing letter ‘q’ on the PC’s keyboard affect the critic’s choice of words? Znam to doskonale, bo obywam się bez “t”, które zniknęło gdy zalałam laptopa piwem. (Dan Fox, Age of Anxiety, nr 114, kwiecień 2008). Co jeszcze może wpływać na pisanie krytyka i jego opinie? Polityka? Skąd bierze swoje przekonanie i jakie książki stoją na jego półce? Czy na moje pisanie ma wpływ fakt, że moje poglądy polityczne są chwiejne, że czytam kryminały, a ostatnio opowiadanie Aleksego Tołstoja tak mnie przejęło, że nie byłam w stanie go doczytać do końca?

Rzecz zupełnie innego ciężaru, ostatnie „Wysokie Obcasy” zamieściły tekst Katarzyny Surmiak-Domańskiej Feministki to my. Prezentacja kobiet, które pracując jako kasjerki w tyskim Tesco, odważyły się zastrajkować przeciwko przeraźliwie niskim płacom. Założyły związek zawodowy, poczuły się dumne z siebie, w końcu – ale to przecież nie najważniejsze dla nich wydarzenie – pojechały na Manifę do Warszawy. Tymczasem ten tekst tratuje wspomniane osoby protekcjonalnie, co bardzo mi się nie podoba. Napisany jest w formie ich niby to osobistych wypowiedzi, będących po prostu odpowiedziami na pytania, zadawane przez dziennikarkę, więc bohaterki jej tekstu zostały jakoś ukierunkowane. Pytania nie są ujawnione w tekście – z jednym wyjątkiem. Kobiety mówią o nowo zyskanej dumie, o tym, że łatwiej im się teraz upominać o swoje. Wszystko świetnie. Wymowa tekstu jest taka jednak: nieszczęsne kobiety dlaczego w ogóle zgadzałyście się pracować za haniebnie małe pieniądze, dlaczego nie zbuntowałyście się wcześniej? Historia przebiega tutaj w rytm znanej na pamięć opowieści o krzywdzie i ofierze, a potem o buncie. Dobrze, że przynajmniej bunt znalazł się na eksponowanym miejscu. Jednak nie struktura tego tekstu jest zadziwiająca. To, co zadziwia najbardziej, to pytania, jakie autorka tekstu zadaje swoim bohaterkom. To są jedyne ujawnione pytania. A dotyczą tego, którą z wymienionych feministek znają bohaterki strajku. Wymienione – tak się składa – są także autorkami „Gazety Wyborczej”. No, ale mniejsza z tym. Zastanawiam się czemu ma służyć stwierdzenie faktu, że pracowniczki Tesco nie znają Kazimiery Szczuki czy Kingi Dunin i kojarzą im się one z serialami. Czy to znaczy, że ich świadomość feministyczna jest niewłaściwa? Czy też, że można wyrobić sobie tę świadomość bez czytania „Wysokich Obcasów”? Czy może to kamyczek do ogródka wymienionych feministek? Nie gubmy się w domysłach. Ważne jest zupełnie co innego. Pracowniczki Tesco mają świadomość feministyczną, do której doszły samodzielnie. Tutaj przypomniał mi się wywiad przeczytany o wiele wcześniej, bodajże z antropolożką kultury, która mówiła, że w Polsce może dojść do stworzenia prawicowego feminizmu z Madonną Częstochowską na sztandarach. Wcale bym nie żałowała. W Radiu Tok FM mówiono później o artykule Surmiak-Domańskiej (tzn. o Tesco), zaproszono Kasię Bratkowską i Joannę Piotrowską, one całkiem spokojnie mówiły, że tropienie rozdziału feministek od zwykłych kobiet – to gruba przesada.
(Feministki to my, „Wysokie Obcasy”, 13.04.2008)