16.11.08

Nowe muzeum?



Oto, co znajduje się na dziedzińcu zamkowym w Lublinie. Mieści się tam Muzeum Lubelskie.
Artysta Tomek Kawiak wzywa do budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej...

10.11.08

Nienawiść samego siebie

Jakiś czas temu Dorota Masłowska udzieliła wywiadu Justynie Sobolewskiej, ukazał się on w magazynie Kultura „Dziennika” (16.10.2008). Wywiad poprzedzał i anonsował wydanie nowej sztuki teatralnej „Między nami dobrze jest” i został oceniony przez recenzenta "Przekroju" jako opowiedzenie się Masłowskiej, widzianej do tej pory jako przedstawicielka obozu „Wyborczej” i cudowne dziecko nagrody Nike, po stronie bardziej niby to bardziej zachowawczej, tradycyjnej, a nawet prawicowej.

Rozśmieszają te zaszeregowania i klasyfikacje. Podobno – a nie czytałam jeszcze sztuki – Masłowska dojrzała, posługuje się eleganckim językiem (obok języka wywiedzionego z popkultury, zepsutego, jakby sprutego przez współczesne ogłupienie i otępienie), porusza poważniejsze tematy niż tylko wyśmiewanie ksenofobii, zaprzaństwa i głupoty, jak patriotyzm we współczesnej Polsce. Pisze o trzech pokoleniach kobiet: babci, mamie i wnuczce, która jest Małą Metalową Dziewczynką. Zapowiada się ciekawie, streszczam tu jednak cudze omówienia. Masłowska mówi: …jest tu moja afirmacja bycia Polką i polskości, totalnie dzisiaj wyszydzonej, zmieszanej z błotem i traktowanej jako skazę, jako policzek wymierzony przez los, przynajmniej w moim pokoleniu. Tym, co uderza w jej afirmacji jest najpierw przekora, potem zaś klasyczny polski masochizm. Polacy nienawidzą samych siebie - mówi pisarka - ja jednak będę ich i siebie kochać. Wbrew temu splotowi nienawiści, braku akceptacji, pragnienia bycia gdzie indziej, autoagresji, jaki cechuje ludzi żyjących nad Wisłą. Kochać ludzi, którzy się nienawidzą?

Mały przykład polskiego pomieszania emocji na własny temat. Pamiętam jak to było, kiedy wyjeżdżając za granicę na początku lat 90., człowiek wstydził się, że jest Polakiem. Bardzo niewygodne uczucie: odkrycie, że nie jest sprawą neutralną to, że jestem tej akurat przynależności. Wstydziłam się, a jednocześnie przeciw temu buntowałam i to wszystko tworzyło trudny do wytrzymania konglomerat emocji. Czasami bywało wesoło, to prawda, na przykład z podsłuchiwaniem rodaków, którzy nie wiedzieli, że ich piękną mowę ktoś rozumie. Jednak traktowanie mnie jako obywatelki III Świata (Francuzi pytający czy w Polsce używamy cyrylicy), porównywanie z chamskimi rodakami, których można było spotkać w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, powodowały, że wolałam się nie afiszować z polskością. Potem, w ciągu dekady i później, sytuacja ulegała poprawie, teraz już nie ma mowy o ukrywaniu polskości z powodu jakiegoś kompleksu. Skądinąd, czytałam na emigranckich blogach dywagacje na temat czy można rozpoznać Polaków zagranicą po wyglądzie. Podobno tak, strój sportowy, plecaki, skarpety i sandały, dziewczyny mają włosy zebrane w kitkę... Mnie się wydaje, że często jesteśmy już nieodróżnialni. Moim pragnieniem zagranicą zawsze było wtopienie się w tłum, bycie nierozpoznawalną. Dlatego też nie pragnę pojechać do Azji czy Afryki, gdzie moja obcość będzie świecić w oczy. Dumna byłam kiedy pytano mnie o ulicę, wydawało mi się to komplementem. Pewnie też wynikało z kompleksu.

Co do Masłowskiej, nie będę oczywiście pisała recenzji z rzeczy, której nie znam, nie będę także wymądrzała się na temat zaskakująco niezepsutej sukcesem pisarki, wciąż młodej, rozwijającej się i – jak ktoś to ujął – niesamowicie bystrej. Co mnie uderzyło, to fakt, że podejmuje motyw Powstania Warszawskiego i - właśnie - nienawiści Polaków do samych siebie. Powstanie Warszawskie ciągle wywołuje dyskusje na temat jego sensu, sensu wszczęcia walki w sytuacji wątpliwej, posłania na pewną śmierć tysięcy ludzi. Powodem do dyskusji pewnie będzie jeszcze długo, bo stanowi przykład emblematycznego polskiego zachowania: walka w sytuacji gdy uratować można więcej rezygnując z niej, walka tylko o honor. Kto powiedział, że Polacy są gotowi do poświęcenia życia tylko za komplement? Znowu odzywa się ten idiotyczny kompleks? Mimo wszystko przykładanie do niego tak wielkiej wagi, jako wydarzenia symbolicznego, wręcz i formacyjnego dla pokolenia ludzi dojrzewających w czasach wojny, a przeżywających swoje dorosłe życie w Polsce Ludowej, wydaje mi się przesadą. Nieważne, Powstanie posiada moc symbolu i tak już zostanie, choć było ono doświadczeniem wąskiej grupy ludzi i nie dotyczyło wielkiego mnóstwa Polaków uwikłanych w wojnę, naznaczonych nie mniej ważnymi doświadczeniami. Właśnie ono stało się legendą pokolenia, i stanowi dzisiaj impuls do dyskusji o polskości.

Na naszych oczach obecnie toczy się jedna z nich, podgrzana książką Jarosława Marka Rymkiewicza „Kinderszenen”, kolejnym po "Wieszaniu" dziełem starszego człowieka, znakomitego poety i profesora literatury, który postanowił gloryfikować masakrę jako siłę napędzającą Polskę i polskość – na wzór praw przyrody. Przypomina mi się w tym kontekście niezwykle interesujący esej Agaty Bielik-Robson o Kaczyńskich i Rymkiewiczu (,,Czy śmierć będzie nowym Bogiem Polaków?'') z jednego z ostatnich wydań "Europy", odkrywający to, co napina podskórnie ideologię polityczną i filozofię polskości w ideowych założeniach PiSu, niewypowiedzianych wprost, ale dających się zrekonstruować. Poglądy Rymkiewicza to pochwała śmierci jako celu życia; śmierci i cierpienia, składania ofiary z życia wobec nicości, bez nadziei na przebłaganie losu, nagrodę, jakiś wymierny efekt działania. Taka ma być istota polskości. Filozofia ta odchodzi od chrześcijańskiej idei zbawienia. A to z kolei może być zaskakujące dla tych, którzy widzą PiS w kontekście Kościoła, czyli prawie wszystkich, łącznie z samym PiS, które w tym kontekście samo zwykło się stawiać. Dzisiaj ta filozofia zaczyna być uznawana za pewną opcję dla ludzi usiłujących wrócić do wielkich pytań i dyskusji na temat Polski.

Jeśli teraz wrócić do nienawiści jaką Polacy żywią do samych siebie, to owo uczucie wiąże się z opisanymi przez Bielik-Robson odniesieniami do filozofii postchrześcijańskiej i śmierci Boga. Filozofka przypomina także i o tym, że na końcu podobnej drogi rozwoju ideologii w Niemczech stał faszyzm... Gdy zestawi się z tym kontekstem uwagi o skomplikowanych uczuciach Polaków do samych siebie, to widać ich nihilizm, wynikający pewnie właśnie z doświadczeń historycznych, z doświadczenia przegranej walki, z której trzeba ujść z honorem... Na tym nie da się budować nowoczesnej tożsamości! Dzisiaj owocem lekcji porażek jest niewiara w powodzenie. Nawet jeśli się wydarzy coś pomyślnego, to Polacy zrobią wszystko, żeby to wydarzenie zdezawuować.

Polacy nienawidzą samych siebie i Polski, bo Polska jawi im się jako konieczność cierpienia, narzekania, samoumartwiania. Nie wypada się cieszyć, nie wypada być zadowolonym. To taka codzienna masakra na indywidualną skalę...

1.11.08

Wychowanie jako metoda kuratorska

Gdy niedawno wymienialiśmy się z Grześkiem Sztwiertnią uwagami na temat dzieci, Grzegorz napisał w smsie kilka słów, które dały mi do myślenia. Napisał, że dający w kość niemowlak potrafi nauczyć dobrych metod kuratoringu. Taka wizja czasu, wydawałoby się, spędzonego w sposób jak najzupełniej prywatny i dla siebie, czasu niby zmarnowanego dla życia zawodowego, bo strawionego na czymś zupełnie innym: na budowaniu relacji intymnych, rodzinnych i rodzicielskich, jak się okazuje, może przynieść wiele pożytków działalności związanej z tworzeniem wystaw. Dla mnie to niezwykle obiecujący kierunek myślenia. W płynny sposób doświadczenia prywatne przechodzą w sferę zawodową i nie ma właściwie różnicy między nimi, nie rozdziela się ich. Najbardziej spodobało mi się to, że mogę siedzieć w domu, a doświadczenie przydatne w pracy kuratorskiej i tak zdobywam. To pocieszające w sytuacji przymusowego zamknięcia z dzieckiem. Doświadczenie życiowe, a nie tylko wiedza książkowa i obeznanie w tworzonej dziś sztuce jak najbardziej przydaje się kuratorowi.

Trochę się mówi dzisiaj o zawodzie kuratora, choć wciąż nie ma za wiele tego rodzaju refleksji w Polsce (w ogóle w dziedzinie sztuki jesteśmy niemrawi jeśli chodzi o namysł nad własną pracą), coś jednak zaczyna się otwierać w głowach. Słowo „kurator” w znaczeniu kogoś, kto najprościej rzecz ujmując przygotowuje wystawy, w Polsce weszło do użytku zupełnie niedawno, ponad dziesięć lat temu. Istnieją studia kuratorskie, chociaż z tych na UJ docierają głosy ich absolwentów powątpiewające w status i przydatność tego, kim mają się po skończeniu studiów stać. Jednak świadomość bogatej problematyki związanej z zawodem nie istnieje: osoby zainteresowane wiedzą po prostu, że jest taki zawód i mniej więcej tyle.

Tak więc, czerpanie wzorów z postępowania rodziców może nauczyć nas innego rozumienia pracy kuratorskiej. Takie postawienie sprawy tworzy jednak zasadnicze pytanie. Kto jest tutaj dzieckiem, czyli tym, dla kogo jest się rodzicem, inaczej mówiąc – obiektem działania? I czy obiekt jest tym samym, co cel postępowania kuratorskiego? To ostatnie na pewno nie. Celem dla każdego rodzica powinno przecież być dobro dziecka, odpowiednie wychowanie go. Jak rozumie dobro swego wychowanka, to już inna sprawa. Logicznie rzecz biorąc, obiektem działalności kuratora, jest jego dzieło, a zatem jego „dziecko”. Dzieło to jednak może być tylko jednym z elementów składających się na cel. Że nie ma działania dla samego siebie, wystawy dla wystawy (a przyznam: podoba mi się postawa pięknoduchowska: nie zakładam niczego więcej tylko zrobienia wystawy bądź innego wydarzenia, które samym sobą daje mi radość, chyba nie powinnam się jednak do tego przyznawać). Celem tym jest jeszcze coś, co się uzyskuje przez wystawę/inne wydarzenia, a o czym boleśnie przekonali się wszyscy ci, którzy wypełniali wnioski o dofinansowanie i w pocie czoła trudzili się nad podaniem celów wydarzenia długo- i krótkoterminowych. Tymczasem celem wystawy może być mnóstwo rzeczy, których pracownicy instytucji grantodawczych nie przyjmują do wiadomości: np. twórcza satysfakcja kuratora, wstrząśnięcie publicznością, danie możliwości artystom na wypowiedzenie się i wiele innych. A co począć z tymi, do których owoc pracy kuratora jest adresowany? Chce czy nie chce, kurator nie działa przecież w próżni i dociera do ludzi, czy jego wystawa zawiera jakieś przesłanie, czy nie. Tak więc wystawa czy inne wydarzenie może być tylko środkiem do osiągnięcia celu, a nie dziełem samym w sobie. Jest zrobiona dla kogoś i bez adresata nie żyje, bo nie ma siły oddziaływania, nie jest komentowana, nie wzbudza reakcji i nie daje do myślenia. Dzieckiem kuratora jest więc nie tylko wydarzenie samo w sobie, ale i cała otoczka. Otoczka, czyli oddziaływanie i odbiór wydarzenia, choć akurat za ten ostatni kurator do końca nie odpowiada, nie jest w stanie precyzyjnie przewidzieć konsekwencji własnej pracy, o czym świadczy wiele przypadków w polskim światku (chociażby nasze „Bad News” w Bytomiu czy praca Huberta Czerepoka, zaproszonego przez Piotrka Stasiowskiego do Surwiwalu). Niemniej powinien mieć jakąś ich wizję, coś założyć, postarać się.

Spróbujmy prześledzić jak inspirowanie się przez kuratora rodzicem miałoby wyglądać. Jak mówiłam, kurator w roli matki czy ojca nadaje nowe znaczenia czynnościom rozumianym dotychczas jako zwyczajna praca odtąd dotąd. Odświeża je, daje im nową atrakcyjność. Bycie rodzicem równa się byciu wychowawcą i opiekunem. Rodzic bierze odpowiedzialność za nową ludzką istotę i kształtuje ją. Funkcja zatem twórcza, choć niosąca niebezpieczeństwo nadużyć. Kształtuje się przecież żywego człowieka z całym jego światem, charakterem, upodobaniami. Idealny wychowawca jest ostrożny, uważa, żeby dziecku nie złamać charakteru, mądrze rozumie relacje władzy, nie nadużywa ich. Najłatwiej opiekunowi – rodzicowi jest wtedy kiedy ma uczuciowy stosunek do dziecka. Kieruje się wtedy nie tylko rozumem, ale i sercem, instynktem, który wskazuje mu co jest najlepsze dla dobra podopiecznego. Myśli o dobru dziecka, co zresztą niesie niebezpieczeństwo nadużyć, bo przecież on wie lepiej, przynajmniej tak uważa. Uczucia z kolei niosą ze sobą niebezpieczeństwo nadmiaru i szantażu emocjonalnego, nadopiekuńczości i zamykania podopiecznego w słodkim, lecz koszmarnym jednocześnie więzieniu zaborczej miłości.

Ostrożny i odpowiedzialny rodzic pomyśli dwa razy zanim użyje władzy. To użycie czasami bywa zresztą niezbędne. Odpowiedzialny rodzic odwróci jednak raczej relacje i powie: władzę to ma dziecko nade mną. Ma na myśli nie to, że dziecko decyduje według własnego widzimisię, co raczej o wiele głębsze, subtelne zrozumienie potrzeb małego człowieka. Tak więc między matką-ojcem a dzieckiem zachodzi nieustanna interakcja: jednak dziecko nie może wejść na głowę rodziców, bo wtedy tracą oni w jego oczach autorytet, przez co przestają mu być wzorem i podporą, niezbędnymi w wychowaniu.

Kurator dla nikogo wzorem być nie musi, to wręcz śmieszne wyobrażać sobie go jako kogoś, na kogo patrzą dzieci i młodzież… Kuratorzy to przecież grupa wybitnych indywidualistów i nie w głowie im jakieś zadania społeczne. (Kiedyś muszę napisać o niechęci do poczucia wspólnoty w świecie artystycznym). Jednak ja mam i takie doświadczenie na swoim koncie i pewnie to samo dotyczy moich kolegów. Zdarzało mi się pracować z młodszymi ode mnie osobami i pamiętam swoje zdziwienie gdy pierwszy, drugi, a nawet trzeci raz uświadamiałam sobie, że jestem traktowana przez nie jak autorytet, jak osoba z doświadczeniem, która może je czegoś nauczyć i której słowa, a także poczynania są obserwowane i traktowane poważniej niż przeze mnie samą. Na początku to odkrycie mnie zasmuciło. Pomyślałam sobie, że zostaję siłą i wbrew woli przymuszana do roli matki, że jakby matkuję zawodowo młodym osobom (w większości artystom i adeptom kuratoringu). Byłam przerażona przekroczeniem smugi cienia. Teraz jednak, gdy przywykłam, muszę powiedzieć, że lubię współpracę i wychowywanie przez dawanie zadań oraz obarczanie odpowiedzialnością. Tak, tak, sprytnie wymyśliłaś! – ktoś mi powie. Zwalasz na innych czarną robotę! Może i tak, ale jak inaczej mądrze uczyć, jak nie przez pracę i wypełnianie zadań?

Kurator to wychowawca specyficzny; jeśli porównujemy go z rodzicem, to znaczy, że nadajemy jego pracy większą odpowiedzialność, odchodzimy od uznawania kuratoringu za profesję. Kurator to rola życiowa, nie jest tak zatem, że kuratorem się bywa, okazuje się, że jest nim się cały czas. Nigdy się z tej roli nie wychodzi, całe doświadczenie życiowe pracuje na rzecz kuratoringu, co brzmi jednocześnie strasznie – bo jaka to wielka odpowiedzialność, jaki ciężar! – ale jednocześnie niezwykle pociągająco. Rzeczywiście przecież jest tak, co wielokrotnie obserwowałam u kolegów i u siebie samej. Kurator to zawód-nie zawód. Pełni się go w sposób ciągły i nie sposób wyznaczyć granicy, że tutaj spotkasz się ze znajomymi na gruncie profesjonalnym, a tu prywatnie. Pracuje się zawsze, co bywa męczące, zwłaszcza, że nasz krąg zawodowy jest wąski, a znajomi i przyjaciele też najczęściej się z niego rekrutują. Tak jak rodzic bez przerwy myśli o dziecku, tak kurator myśli o swoich projektach, cały czas pracuje nad kolejnymi, a najlepsze pomysły mogą przyjść w nieoczekiwanym momencie, bo ciągle je ma gdzieś z tyłu głowy nawet jeśli zajmuje się czymś innym. Czy przetrwał zwyczaj zapisywania niespodziewanych pomysłów na serwetkach kawiarnianych, kiedyś powszechnie używanych do tych celów (według biografii artystów)? Zdradzę, że ja sama nie rozstaję się z zeszytem, który wydatnie obciąża moją torbę, ale w którym zapisuję wszystko. Od listy zakupów po szkice tekstów. (Co jest bardzo staromodnie).

Robienie wystaw staje się częścią składową zwykłego życia. Dzieje się przy okazji innych wydarzeń i codziennych czynności. Proces ten można kierunkować tylko częściowo, jak to w życiu bywa pomysły i różne rozwiązania podpowiadać może przypadek. Pojawia się tutaj także poświęcenie dla własnego dzieła. Jeśli kurator jest przywiązany do własnego dzieła jak do dziecka, jest mu w stanie poświęcić wiele – co też mogę zaobserwować po sobie i znajomych. Rezygnacja z innych zajęć, cały czas w pracy – niepracy, przecież nawet jeżdżąc na wakacje jeździmy tak, żeby pogodzić wypoczynek z zobaczeniem interesujących wystaw. Wakacje w Wenecji, wyjazd do Chorwacji, żeby wracając zahaczyć o Manifesta.

Co jednak się dzieje z rzeczami mniej oczywistymi, a mogącymi wynikać z opisywanej analogii? Co z kuratorem otaczającym opieką swoje dziecko? Starania włożone w zrobienie wystawy – to naturalne. Dbasz o nią, pracujesz nad nią najlepiej jak potrafisz, chyba że ci nie zależy, ale to przypadek niezwiązany z kuratorem-rodzicem. Ale co z wychowaniem? Jak wprowadzić analogię do procesu wychowania dzieci? Wychowywanie przez wystawę? Chociaż brzmi to głupio – to pewnie jednak o to właśnie chodzi. Z tym, że wychowywanie jest rozumiane specyficznie. Jest wprowadzeniem do świata, o którym kurator chce powiedzieć. Wystawa może być wtajemniczeniem. To kurator ustala reguły gry, czyli to on ustala temat, o którym będzie mówić, to on proponuje jakieś jego ujęcie. Może i powinien respektować potrzeby publiczności, ale może też z nimi dyskutować, próbować je modyfikować. Stosuje miękki terror, czasami zresztą nie działa łagodnie, tylko wali w łeb. Może oczywiście zostać całkowicie niezrozumiany przez odbiorców – to on podejmuje ryzyko. Ważne jest osobiste zaangażowanie i emocje.

Można jeszcze przypomnieć sobie tę często spotykaną nieprawidłowość związaną z wychowaniem, jaką staje się dziecko rządzące rodzicami, co wynika z obśmianego, ale kultywowanego w niektórych rodzinach, bezstresowego wychowania. Wyobrażam sobie taką sytuację, że wystawa może zapanować nad kuratorem. Może mu zasugerować kierunek rozwijania pomysłu poprzez niespodziewane, nieprzewidziane wcześniej przez niego zestawienie prac zaproszonych artystów, wystawa mówi do kuratora na wiele subtelnych sposobów, które gdy je się opisze wydają się nie mieć większego sensu, ale działają. Może nie dać się prowadzić, może jakby narzucać własne rozwiązania. Kurator powinien wyczuć, czy może pozwolić wystawie na samoistny rozwój, czy nie czai się w tym przypadkiem pułapka, która może polegać chociażby na niedopracowaniu czy niedomyśleniu wystawy, więc na założeniu, że wystawa się sama zrobiła, to i sama się złoży w całość do odczytania.

Z porównań do bycia rodzicem wynika, że kurator to zajęcie twórcze z całą jego specyfiką, niedopowiedzeniami, niespodziankami, rozlewaniem się na sprawy osobiste. Techniczna strona, związana z przygotowaniami do wystawy, którą tak lubią egzekwować od kuratorów polskie instytucje, nie jest tak ważna, stoi na drugim miejscu i służy warstwie koncepcyjnej, czego wiele instytucji zdaje się nie rozumieć.

Wspomniany na początku Grzesiek Sztwiertnia tworzy świetny cykl warsztatów z dziećmi czerpiący z dorobku ojców awangardy (o matkach jakoś nie słyszałam). Dzieci tworzą prace sugerując się realizacjami różnych znanych artystów. W tle cyklu – mowa jest o wychowawczej funkcji sztuki. O relacji sztuka – życie.

Co jeszcze?
Chyba to, że kurator wreszcie nie powinien oczekiwać dowodów wdzięczności za włożoną w swoje dzieło pracę. Dzieci są niewdzięczne.

19.10.08

O niedokończonych tekstach

Czy znacie problem niedokończonych tekstów? To jeden z odwiecznych, uprzykrzonych problemów, które prześladują krytyka i od których nie ma ucieczki, choćby nie wiem jak się starał. Zawsze będzie tekst, z którym wiązało się wielkie nadzieje, że świetny, że zawiera jakieś nowe interpretacje, nowe myśli, a tymczasem – nie idzie. Nie wiedzieć czemu – nie idzie. Nawet jeśli masz dobry pomysł, nawet jeśli wynajdziesz niezły sposób na napisanie, na zgrabne, przekonujące, zostające w pamięci ujęcie tematu, to nie wszystko. Musisz nie tylko przygotować się do tekstu, nie tylko przemóc się i zacząć (mnie zajmuje to co najmniej kilka dni – paniki i wymyślania wymówek co by tu zrobić, a nagle wszystko robi się bardzo ważne, byle nie siąść do pisania), musisz także go kontynuować – przymuszając się do siadania przed komputerem przez kilka wieczorów. Najgorsze jednak przed nami, nawet jeśli pokona się przeszkody związane z wprawieniem procesu w ruch. Najgorsze bowiem jeżeli tekst utknie w jakimś miejscu i nie chce ruszyć dalej. Najgorsze są teksty nieskończone. Teksty nieskończone prezentują nam naszą porażkę w całej okazałości przynosząc wstyd, bo nie wywiązaliśmy się z zadania, nie podołaliśmy tematowi, choćby tylko dlatego, że straciliśmy do niego serce. Tego wstydu raczej nie obnosimy publicznie, ale to, że wstydzimy się przed samymi sobą, nie powoduje, że jest mniej dotkliwie.

Każdy może odgadnąć, że istnieje wiele przyczyn porzucania tekstów. Tak banalnych jak brak czasu i tak nieprzewidywalnych jak nagle gasnący pomysł, entuzjazm, wiara w temat, nagłe zwątpienie w kształt tekstu, w to, co do tej pory się stworzyło. Przypuszczam, że także brak dostatecznego zaangażowania się autora, chłodny stosunek do własnego pisania. Często dzieje się wreszcie tak, że tekst zaskakuje autora, rozrasta się nieoczekiwanie, prowadzi w stronę, której się nie przewidywało.

Choć brzmi to dziwnie, niekiedy w grę może wchodzić też sytuacja odwrotna, jakby rozczarowanie tekstu autorem. Można wtedy odnieść wrażenie, że sam tekst rezygnuje ze zmaterializowania się pod piórem danej osoby. Prawidłowość wygląda tak, że pisze się go długo, męczy się nad nim i tekst stawia coraz większy opór, zacina się w jakimś punkcie i ani rusz dalej. Taki tekst można by w sumie jeszcze pisać, tylko po co. Zawsze dochodzi się do tego punktu i grzęźnie, nawet jeśli coś się napisało dalej, całość jest nieprzekonująca.

Mam wiele tekstów, których nie udało mi się doprowadzić do końca. Zwłaszcza ostatnio uzbierała się ich spora ilość, było bowiem wiele okazji do pisania. Miałam dwie wystawy: „Dziennik Polki 2” w Berlinie (Instytut Polski) i „Master and Monster” w Łodzi podczas Festiwalu 4 Kultur, wcześniej jeszcze uczestniczyłam w Survivalu jako jeden z zaproszonych kuratorów. Mam także przemyślenia związane z aferą związaną z ocenzurowaniem przez rabina pracy Huberta Czerepoka podczas tej imprezy i nie zgadzam się z opiniami autorów Indeksu 73 omawiających tę kwestię (i oczywiście, obwiniających nas i organizatorów). Proszono mnie także o tekst o obecnej sytuacji sztuki feministycznej w Polsce. Każdy z tekstów na powyższe tematy został nie tylko rozpoczęty, ale i napisany w jakichś trzech czwartych. Teksty w formie skończonej jednak nie powstały i to nie daje mi spokoju.

To już nawet nie kwestia własnego komfortu psychicznego i poczucia porażki. To już coś więcej. Krytyk, który powarza niechcący Duchampowski gest. Krytyk, który powstrzymuje się od pisania? Krytyk sparaliżowany tekstami? Nie, to nie dla mnie. Wracam do pisania.

7.8.08

Sztuka na plaży



Małgorzata Rybicka, teatr Tektura, Der, Świnoujście, plaża, granica, 2008, fot. Jarosław Gawlik


Będąc ostatnio na wakacjach, widziałam na plaży ciekawą akcję artystyczną. Wakacje połączyłam z byciem jurorem na festiwalu FAMA, co obligowało mnie do chodzenia na koncerty, obserwowania akcji artystycznych i uczestnictwa w wielkiej ilości spotkań literackich.

Z odkryć koncertowych wymienię świetny zespół El Salsero, który przyjechał do Świnoujścia z Kostaryki, rytmy salsy granej przez tych, którzy mają ją we krwi, w muszli koncertowej tuż obok plaży – coś niesamowitego, choćby dookoła było tylko 15 stopni, jak to nad Bałtykiem w lipcu bywa.
Jednak przede wszystkim radzę zwrócić uwagę na Pchełki. Ten młody zespół gra muzykę, którą określa jako „hop siup”, gdzie etno, post-rock i psychodeliczny pop łączą się z połamanym rytmem jungle'u, transowością trip-hopu, frywolnością jazzu…. Mnie Pchełki skojarzyły się przede wszystkim z tym, co robią grupy islandzkie w rodzaju Mum czy Sigur Ros, jednak bez tak wielkiego natężenia melancholii i z większą energią typową dla naszej muzyki ludowej.
Inna grupa, którą polecam, to Dwootho. Ich muzykę jeszcze trudniej określić niż poprzedni zespół. Pojawiają się tam elementy muzyki bałkańskiej, jazz, etno – wszystko z dużą samoświadomością i muzyczną kulturą.

*
Jednak więcej miejsca chcę poświęcić akcji „Der” Małgorzaty Rybickiej, firmowanej przez teatr Tektura z Lublina. Świnoujście leży bardzo blisko granicy z Niemcami. Tak naprawdę, to leży na samej granicy. Znajdują się tutaj dwa przejścia, jedno otworzone niedawno, jakieś dwa lata temu.

Świnoujście ma bogatą historię jako miasto niemieckie. Traumatyczne wydarzenia z czasów wojny, to znaczy bombardowania alianckie, które – jak twierdzą historycy – spowodowały śmierć aż 20 000 osób, nie tylko mieszkańców tego miasta, ale i uciekinierów z Rzeszy.

Przed wojną Świnoujście było eleganckim miastem i ekskluzywnym kąpieliskiem, stanowiąc zwieńczenie ciągu kąpielisk cesarskich na wyspie Uznam. Po wojnie nigdy nie odzyskało tamtego splendoru, ale pozostało ważnym i ciekawym miejscem, tajemniczym i pociągającym poprzez nadto widoczne resztki dawnej urody i świetności. Stacjonowały tutaj wojska radzieckie i była baza marynarki wojennej, działał port. Podział miasta, istnienie w nim wydzielonych stref, zajętych przez Rosjan, niekomunikujących się z mieszkańcami miasta, bliskość granicy, niszczejące pamiątki z przeszłości, wszystko to składało się na specyficzną sytuację tego miasta, życie jakby w zawieszeniu.

Po 1989 rozkwitł tu szybko przygraniczny handel. Do dzisiaj, mimo że staje się to coraz mniej opłacalne, droga do przejścia granicznego obsadzona jest bylejak skleconymi przydrożnymi budami, oferującymi towary jak: koszyki, warzywa i owoce, kiedyś tanie papierosy. Jest tam też niejeden fryzjer.

Granica na plaży, a plaża jest tu bardzo piękna, szeroka, czysta, z żółtym piaseczkiem i wydmami, długa, miejscami dzika, po prostu archetyp wakacji, wyglądała prosto: tablice ostrzegawcze, płot z drucianej siatki, a trochę z tyłu, na wydmach wieża strażnicza. Po 1989 ludzie dochodzili plażą do tej siatki i patrzyli na siebie z obu jej stron. Tak było do momentu, gdy Polska zaczęła być częścią Układu z Schengen. Płot rozebrano, zdjęto tablice, pozostawiając jednak ich ramki i słupy. Mimo, że coś zostało, to granica przestała być widoczna. Trzeba się przypatrzeć, żeby rozpoznać, że tu właśnie się znajdowała. Teraz mnóstwo ludzi chodzi plażą ze Świnoujścia do miasteczek niemieckich: Ahlbeck, Heringdsdorf czy Bahnsin. Są pięknie wyremontowane, odzyskały dawną świetność, stanowiąc olbrzymi kontrast dla tandetnych letnisk w Polsce. Spokojne, czyste, eleganckie, pełne XIX-wiecznych willi w ogrodach, za chwilę staną się konkurencją dla polskich, bo ceny się wyrównują.

Wracając jednak do samej akcji „Der”, to mimo założeń dotyczących wciągnięcia do udziału ludzi przechodzących sobie plażą, była ona jednak najpierw realizacją bardzo ładną wizualnie. Linia granicy została zaznaczona na piachu wędzonymi szprotkami. Sam efekt ich zestawienia był świetny – różnica faktur, delikatna, chropowata, matowa faktura piasku o płowym kolorze i złoto-oliwkowe, błyszczące ryby, tworzące jakby pas, sznurek, ciągnący się od morza ku wydmom. Na mokrym piasku przy falach stanęło emaliowane wiadro zawierające resztę ryb. Był tam też kraciasty obrus i papierowe tacki.

Nienagannie estetyczna kompozycja niosła jednak ze sobą wiele treści, nie zmuszając zresztą wcale do ich odczytywania.

Linia wytyczona rybami nie stanowiła żadnej przeszkody, można było przejść przez granicę i iść sobie dalej. A jednak zaznaczała linię podziału, sprawiała, że ludzie się zatrzymywali.

Ryby to podstawowe pożywienie gdy jest się na wakacjach nad morzem. Nadmorski deptak w Świnoujściu dosłownie usiany jest smażalniami ryb, do których kierują naganiacze wydzierając sobie klientów.

Dawniej w Świnoujściu było wiele kutrów rybackich. Ten interes w Unii jednak się nie opłaca, w tym roku widziałam chyba tylko jeden kuter. Ryby, które się je w okolicznych smażalniach pochodzą często z dalekich mórz, nie są bynajmniej lokalnym pożywieniem.

Jedzenie to często rytuał umacniający wspólnotę, pokazujący, że komuś ufamy. Częstowanie to gest hojności i dobrej woli, prośba o obdarzenie nas zaufaniem.

Akcja „Der” wyglądała tak, że w pewnym momencie zaczęto ułożone na piachu ryby zbierać z powrotem do wiaderka, zaczęto granicę likwidować. Likwidować, by wejść w świat, gdzie ludzie ufają sobie, ze sobą rozmawiają i razem jedzą. Jednocześnie prowadzono rozmowy z zaciekawionymi letnikami, którzy bardzo interesowali się akcją. Rozdawano im tacki zachęcając do konsumpcji wędzonych szprotek. Były one smaczne, lecz piasek chrzęścił między zębami. Czyżby manifestację dobrej woli i zaufania, pokojowego nastawienia wobec sąsiadów, warto okupić małym dyskomfortem?

Koniec końców, najbardziej zainteresowany rybami był pies, który przywędrował z grupą niemieckich wczasowiczów.

Na piasku znalazł się ledwo widoczny rysunek, przedstawiający schematycznie rybę, z której połowa znalazła się po części polskiej, połowa – po niemieckiej.

Po jakimś czasie ryby i rysunek na piasku zniknęły. I to chyba tyle.

6.8.08

Rozkwit instytucji

Dużo się mówi ostatnio o rozkwicie instytucji. Powstają wreszcie nowe muzea i centra sztuki, buduje się nowe budynki z inicjatywy publicznej i prywatnej – w Toruniu, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu.

Mówi się jedno. Za mało się w Polsce dyskutuje o instytucjach – już istniejących, jak i nowych, mało się o nich mówi w sposób konstruktywnie krytyczny. Interesujące jest jak same te nowe instytucje widzą własną rolę, miejsce, cel działalności.

Chciałabym się dowiedzieć, co dzieje się z muzeum krakowskim – tym, które miałoby powstać, by pomieścić kolekcję „Znaki Czasu”. Zostało przecież wyznaczone na nie miejsce, w kompleksie Schindlerowskiej Emalii. Miejsce kontrowersyjne, wiele razy oprotestowane, zwłaszcza przez radnych z PiS-u. Jednak mimo historycznych konotacji, lokalizacja wydaje się mieć plusy. Mieści się ona na industrialnym Zabłociu, niedaleko Kazimierza, czyli byłaby łatwo osiągalna z centrum. Odbyły się dwa konkursy na adaptację istniejących budynków na cele muzealne. Wygrali Włosi, ponad rok temu. Od tego czasu – cisza. Nie wiadomo czy nie dzieje się nic, w każdym razie nic nie przedostaje się do publicznej wiadomości.

W każdym razie nie widać, żeby cokolwiek się działo na ewentualnym placu budowy, nie ma mowy też o kimś, kto byłby pełnomocnikiem miasta i kto prowadziłby sprawę powstania muzeum, tworząc jego program i prowadząc budowę.

Tak więc pragnę głośno zapytać. Co się dzieje z krakowskim muzeum? Czy ktoś to wie i może się podzielić tą wiedzą?

2.7.08

Gniew, nieporozumienie i uzależnienie się jako podstawa relacji matek i córek

Jadwiga Sawicka, Coś mi się robi, 2008

Dorota Buczkowska, Transfuzja, 2008

Karolina Kowalska, What it feels like for a girl, 2008


Wystawa „Moja matka nie jest boska” jest realizacją ambitnego zamierzenia, zapoczątkowanego tekstem literackim. Wystawa opowiada historię równoległą do snutej w poemacie Bożeny Umińskiej-Keff Utwór o matce i ojczyźnie. Książkę wydało ostatnio wydawnictwo „Ha!art”. Znana autorka, poetka, eseistka, ostra felietonistka, w końcu – wykładowczyni gender studies i działaczka feministyczna, dokonuje tu głębokiego autobiograficznego odsłonięcia. Pisze o matce i ojczyźnie i o toksycznych relacjach z nimi. Pisze jako córka. Pisze więc sytuując się niżej w hierarchii, w relacji podrzędnej wobec takich gigantek jak matka i Matka – czyli Ojczyzna. Córce nieustannie odmawia się własnej osobowości, podmiotowości, powątpiewa się w jej prawo do decydowania o sobie, w możliwość posiadania własnego życia i zainteresowań, odmawia się własnej historii. Ale kto jest sprawcą tego pomniejszenia córki i sprowadzenia jej do bycia tylko uszami, które słuchają? Matka…

Matka jest sprawczynią niewoli córki. Matka, która przeżyła wojnę, matka-Żydówka, która ocaliła siebie, ale straciła całą rodzinę. Córka czuje się trzymana jakby niewidzialną smyczą przy matce, nie może się uwolnić. Umińska-Keff opowiadając osobistą historię własnej męki, jednocześnie opowiada o doświadczeniu wielu córek (i wielu matek zarazem). Jednocześnie figurę matki rzutuje też na ojczyznę.

Na wystawie, której kuratorkami są redaktorki książki Umińskiej-Keff, Anka Sasnal i Martyna Sztaba, zaproszone artystki miały się odnieść do treści książki. W większości skupiły się na toksycznej relacji matek i córek pomijając - co ciekawe - bardzo wyraźnie obecny w książce trop Holokaustu. Skupiły się więc na relacji miłość-nienawiść, która rani i uzależnia. Mogą żyć tylko w toksycznej symbiozie, w atmosferze pełnej poczucia niespełnienia i winy. Matka uzależnia córkę swoją historią ocalonej, która anulować ma prawo do zwyczajnej, własnej historii córki. Jest to matka nienasycona w mówieniu. Z jej ust wylewa się potok słów, które właściwie nie mają już nic przekazywać. Autorka sama przyznaje, a motyw ten uznawany jest za ważny w omówieniach jej książki, że w pewnym momencie, zdesperowana, odłożyła sluchawkę, z gadającą matką, i gdy podeszła za 10 minut, i powiedziała "tak", matka kontynuowała swoją przemowę, nie zauważywszy, że zabrakło jej słuchacza.
***
By obejrzeć wystawę, trzeba zejść do podziemi. Schodzi się więc w ciemność, która wchłania, połyka zwiedzających. Ma się wrażenie zejścia do otchłani, wkraczania w jakieś wnętrze, w coś dotykalnego, co kojarzy się jeszcze z zejściem w głąb, do jaskini, do przestrzeni matki, do „macicy”. Jednocześnie jest to jednak przestrzeń córki, w nawiązaniu do mitu o Persefonie. Można zatem powiedzieć, że dla córki jest to przestrzeń zamknięta, przestrzeń milczenia, zamkniętego na głucho grobowca.

Samo zwiedzanie wystawy staje się odkrywaniem, rytuałem inicjacji, wędrówką, która ma swoje wymagania w stosunku do wędrującego. Jeśli się nie zrozumie samej akcji przechodzenia przez korytarze, straci się możliwość uchwycenia ważnej części wystawy, jaką jest odbiór sensualny i intuicyjny. Wreszcie brnięcie przez ciemności, które w niektórych tylko momentach ulegają rozjaśnieniu, może być tłumaczone jako dążenie do oświecenia. Wystawa rozgrywa się bowiem w czerni, która bywa skontrastowana światłem, co powoduje, że zwiedzający przestaje ufać własnemu wzrokowi koncentrując się na tym, żeby nie wpaść na ścianę, dzieła szuki lub innych ludzi.

Praca Jadwigi Sawickiej stwarzała właśnie podobne niebezpieczeństwo. Nagle gasnące i ponownie zapalające się lampy oślepiały widzów, sprawiały, że mieli poczucie dezorientacji. Jednocześnie instalacja w sposób hipnotyzujący przyciągała uwagę. Było to dość swobodne grono lamp pokrytych napisami. Plątanina kabli kojarzyła się luźno z jakimiś wnętrznościami, ale też była bardzo dekoracyjna. W ciemności jarzyły się słowa coś mi sie robi - jako ostry i nie do zignorowania wyrzut matki, wbijający się w oczy, głowę, narzucający się córce z całą siłą i łapiący ją w sieć poczucia winy. Kiedy jednak lampy gasły, pozostawała jedna – jako słaba riposta córki, która uginając się pod ciężarem historii matki, walcząc z gniewem i poczuciem winy, usiłuje się bronić, walczyć o swoje. Mówi: ja czytam co innego, co innego ogladam, czego innego slucham i jest to odpowiedź słaba, jak czynią to dzieci, które swój sprzeciw manifestują przekorą. Artystka szczególną uwagą obdarzyła więc ten aspekt Utworu, który dotyka skomplikowanego związku matka-córka i dominacji matki. Dominacja ta wyraża się przez język, przez ilość wypowiedzianych i powtórzonych słów, które nic nie komunikują, natomiast pętają niewidzialną siecią córkę-niewolnicę.

Film Anny Baumgart właściwie nie cytuje bezpośrednio książki - z wyjątkiem jakby rytualnego zawołania-jęku: oi moi oi moi, który wypowiada jedna z kobiet. Przedstawiający jakby improwizację z tańca współczesnego, rozgrywa się na scenie, gdzie znajdują się dwie kobiety. Aktorki poruszają się, biegają, podskakują i nagle nieruchomieją. Zawsze jednak znajdują się w relacji wobec siebie nawzajem. Nawet jeśli znajdują się w przeciwległych krańcach sali, to i tak widzą siebie, i tak do siebie – koniec końców – nawzajem dążą. Jednak ich relacja nie jest bezkonfliktowa. Można ją odczytać tak, że pragnęłyby się usamodzielnić, ale trzyma je jakaś niewidzialna pępowina, jakaś elastyczna więź, która pozwala na znaczne oddalenie się, kończąc się i tak powrotnym przyciągnięciem ich ku sobie. Gdy kobiety, które są mniej więcej podobne warunkami fizycznymi i tak samo ubrane, mają długie włosy i białe stroje, znajdują się obok siebie, ramię w ramię, to zaczynają jakby jakieś gry, przekomarzanie się, w którym zawiera się także element agresji. Ważne są też dźwięki, gdy zderzają się ze sobą ramionami. Ciało zderza się z ciałem. Obie pragną być wolne, ale są zdane na siebie, uzależnione od siebie – na dobre i na złe. Trudno jest dostrzec powtarzające się prawidłowości tej relacji, np. że jedna jest bierna, a druga aktywna.

W pracy Karoliny Kowalskiej pojawia się przerobiony wideoklip Madonny. Zabrakło w nim samej gwiazdy, zostały bowiem wycięte wszystkie sceny, w których występuje. Pozostały jednak wszystkie inne kadry. W What it feels like for a girl główną bohaterką staje się staruszka, która realizuje marzenie o ucieczce z domu starców. Wideoklip traci swoje komercyjne zabarwienie, z jego grą kliszami i wprowadzeniem nieatrakcyjnego dla kultury popularnej motywu podeszłego wieku w taki sposób, że stawał się on atrakcyjny (staruszka naśladowała zachowanie ludzi młodych). Teledysk wyreżyserowany przez Guya Ritchie, pozbawiony głównej postaci, stawał się w otwarty sposób wywrotowy, skupiając się wyłącznie na starej kobiecie, którą podrywa miejski gang, która rozbija samochody – i ogólnie – zachowuje się niegrzecznie. Nie jest to zatem słodka starsza pani, która stara się nie przeszkadzać nikomu. Nie jest to nawet Miss Marple stworzona przez Agathę Christie, zachowująca przynajmniej pozory słodkości i poczciwości. W odniesieniu do Utworu Umińskiej-Keff staruszka jest niewątpliwie odbiciem postaci matki – Meter. Jednak, zamiast skupiać się na nieustannym, maniackim, psychotycznym powtarzaniu mantry swojej opowieści, staruszka działa. Jej marzeń nie należy pewnie rozumieć wprost, najważniejsza jest jej aktywność i dążenie do wolności, uwolnienie się, ucieczka. Meter żyje zaś ciągle w więzieniu swojej pamięci, nieustannie zatrzymanej na wydarzeniach wojennych. Nie potrafi uciec – nawet w wyobraźni.

W dalszym ciągu tej samej, długiej sali, oświetlonej przyćmionym światłem, pojawiają się prace sióstr, Doroty i Aleksandry Buczkowskich. Na ścianie rozciąga się wielka fotografia przedstawiająca fragment ściany. Ścina jest odrapana, pokryta sprejowymi mazajami i napisem "Suko jedna!" - to praca Oli Buczkowskiej. W ciemnym wnętrzu pojawia się jakby okno na zewnątrz, pojawia się wulgarność języka ulicy, ale też i nawiązanie do przemocy domowej, która rozgrywa się w zaciszu mieszkania. Również przemocy psychicznej, również tej słodkiej niewoli, która rozwija się pomiędzy członkiniami rodziny. Ściana to ograniczenie, jakiś kres, niemożliwość jej przebicia i uwolnienia się.

Fotele Doroty Buczkowskiej są przezroczyse, puste w środku, nadmuchiwane. Jeden z nich sflaczał, drugi trzyma swoją formę. Fotele wypełnia częściowo ciecz wyglądająca jak krew. Łączy je rurka – są więc jak naczynia połączone. Nie wiem, czy fotele mogą zmieniać swoją formę i przekazywać także sobie powietrze. Praca transfuzja jest przeznaczona nie tylko do oglądania. Jest to również praca, której można używać po prostu odpoczywając w fotelu. Aspekt użyteczności wydaje mi się ważny w przypadku mówienia o kobietach. Nie wiem jednak, czy artystka miała go na myśli tworząc pracę. Jest tu mowa o zależności od siebie, znowu o tej bardzo silnej więzi między rodzicielkami i ich córkami. Czy jest mowa o wprowadzaniu kobiet w tradycyjne role, to znaczy takie, które muszą znaleźć usankcjonowanie, że kobieta ma jakąś funkcję, do czegoś się nadaje? To chyba nadinterpretacja, zwłaszcza, że takie podejście nie znajduje swego odpowiednika w poemacie Umińskiej-Keff.

Serial filmowy Zorki Wollny poświęcony kobietom z jej rodziny budzi podziw wielowątkowością. Ten szereg osobistych monologów i scen, wydaje się jednak bardziej nadawać do oglądania innego typu niż na wystawie. Nie oglądania z konieczności wyrywkowego, nielinearnego, w ciemnej sali wystawy, w sąsiedztwie innych prac, na twardym materacu lub w innej niewygodnej pozie, usiłując się skupić…Aż prosi się, by do tej kobiecej sagi rodzinnej, z mocnym zabarwieniem autobiograficznym, zrobić salę projekcyjną, ułatwić po prostu przyjmowanie dużej dawki materiałów filmowych.

Kapitalna praca Aleksandry Buczkowskiej znalazła się za to na koniec wystawy. Głos dziecka powtarzający z pewnym zniecierpliwieniem i natręctwem „mamo!” rozbrzmiewał właściwie w całej przestrzeni. Można go było odebrać nie tylko jako marudzenie. Może to być wołanie dziecka zagubionego, przywołującego matkę do porządku – „zajmij się mną wreszcie, mamo”. Jednak każda matka jest też córką własnej matki.

***
Ta interesująca, ciekawie zaplanowana wystawa, stanowi ambitną próbę mówienia „własnym głosem”, reaktywowania kobiecych tematów, odświeżenia wątków feministycznych. Kuratorki czynią to z pełną świadomością tego, że pierwsza moda na „sztukę kobiet” już minęła i pora, by organizować coś więcej niż wystawy, które można sprowadzić do stwierdzenia: „Jesteśmy” lub „Jesteśmy odmienne”.

***
Jak wspominałam, zadziwiające, że w „Mojej matce…” zabrakło historii, zabrakło Holokaustu. Największy nacisk zaś został położony na kwestię związków matek i córek.

Nie od rzeczy jest jednak przypomnienie kiedy i gdzie wystawa powstała: w Polsce 2008, gdzie notorycznie potępia się matki, które mają zostawiać swoje dzieci same, piją przy nich, biją je, nie potrafią ich dobrze dopilnować, żeby ograniczyć się tylko do mniej drastycznych relacji z mediów. Do tego dochodzi sprawa czternastolatki „Agaty”, poruszenie kwestii ustawy antyaborcyjnej, zwanej „kompromisową”, naruszanie przez katolickich ultrasów owego, nawet tak kulawego kompromisu. Ojcowie, rzecz jasna, nie istnieją.

Wystawa sama w sobie nie jest polityczna, nie mówi o problemach teraźniejszości. Jednak będąc zrealizowana w tym czasie i miejscu, i tak polityczną się staje.



"Moja matka nie jest boska", 6 czerwca - 31 sierpnia 2008, Bunkier Sztuki