fot. Gabriella Csoszo
Rezydencja kuratorska w Pradze dobiegła końca. Zazdrościłam artystom, że mają o wiele łatwiej – przebierają w możliwościach wyjazdów i że jest tak mało podobnych okazji dla kuratorów. To się trochę zmienia. Rozmowa z Alberto di Stefano z Galerii Futura, której byłam gościem, pozwoliła mi na zrozumienie dlaczego tak się dzieje. Alberto uważa bowiem, że zaproszenie kuratora opłaca się obu stronom – i tej, którą zaproszony gość będzie badał jako środowisko miejscowe, i tej, którą sam reprezentuje. Bo przecież nie wyjeżdża tylko jako indywidualna, samotna postać, kurator otoczony jest grupą ludzi, opracowuje projekty, może czynić więcej połączeń między środowiskami niż artysta, może budować mosty.
Wedle Mariusza Szczygła Pragę należy odwiedzać na jesieni lub na wiosnę, ja byłam jednak w szczycie sezonu turystycznego. Miasto zalane przez tłumy ludzi – ale wcale nie tak trudne do życia, jak należałoby się spodziewać. Na pewno w dobrym znoszeniu problemów życia w letnim mieście, pomogła lokalizacja – poza centrum, lecz blisko, w dzielnicy Žižkov, która – jak określiła to jedna z osób piszących po polsku o Pradze – uważana jest przez przewodniki za Pragę Prag, coś w rodzaju „jedź tam jeśli chcesz odkryć prawdziwy smak Pragi”. Rzeczywiście, dzielnica przeżywa obecnie okres ożywienia, z podupadłej robotniczej, zamieszkałej także przez Romów, staje się żywym miejscem, gdzie dotychczasowi mieszkańcy mieszają się z przyjezdnymi, pojawiają się cudzoziemcy, liczne kolonie założyli tu np. Rosjanie, licznie – artyści. Ulica Bořivojova, jak powtarzają wszyscy, zawiera najwięcej knajp na m2 w Pradze. Wieść ta niekoniecznie mi imponuje, ale wygląda na prawdziwą. Przy okazji Žižkov nie stał się tak eleganckim i rezydencjonalnym miejscem, jak sąsiednie Vinohrady. Mieszkałam przy wieży telewizyjnej, ozdobionej czarnymi pełzającymi pionowo, niczym olbrzymie muchy, rzeźbami niemowląt Davida Černego. (W ogóle praskim sposobem na sztukę publiczną stało się ustawianie w niej zaskakujących i bardziej efekciarskich niż efektownych rzeźb). Wieża TV stanęła na terenie starego cmentarza żydowskiego, z którego ocalała jedynie część, widoczna w jej najbliższym sąsiedztwie.
Jest tu o wiele bardziej wielokulturowo niż w jakimkolwiek mieście polskim. Uderzyła mnie wcale nie dobrze już znana amerykańska Praga, lecz znaczna liczba Rosjan czy Ukraińców, którzy związali swoje życie i kariery ze stolicą Czech. Jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że na pięć nominacji do Nagrody Jindřicha Chalupecký’ego, czyli najważniejszej nagrody dla młodych artystów w Czechach (i siedmiu artystów, jakich te nominacje objęły), znalazła się m.in. trójka Rosjan, jedna Ukrainka i jeden artysta czeski.
Cechą charakterystyczną tutejszego życia sztuki jest przewaga prywatnej inicjatywy. Jak mi tłumaczono, wynika to z braku zainteresowania państwa wspieraniem sztuki współczesnej. Na pierwszy rzut oka wygląda to jednak raczej na utrzymywanie przez państwo nie tego, co trzeba, bo pompatycznych instytucji, jak Narodní Galerie z olbrzymim kubaturowo oddziałem poświęconym sztuce nowoczesnej i współczesnej, jakim jest Veletřzni Palac. Jest on powszechnie krytykowany i omijany z powodu urzędującego od czasu aksamitnej rewolucji generalnego dyrektora Galerii Narodowej Milana Knižaka. Biennale Młodej Sztuki prezentowała także Galerie Hlavního Mĕsta Prahy, ale poziomem nie dostawało ono do wystaw w instytucjach prywatnych. Bowiem trzy główne praskie instytucje od sztuki najnowszej: Futura, Dox i Meetfactory, powstały z inicjatywy prywatnej, chociaż otrzymują wsparcie miasta i ministerstwa. Do tych instytucji, o ambicjach centrum sztuki współczesnej (każde z nich sprofilowane jest zresztą inaczej: Futura jako ambitne centrum sztuki aktualnej, sondującej zwłaszcza sztukę czeską i ze wschodniej Europy, Dox jako miejsce bardziej popularne, pokazujące gwiazdy, robiące spektakularne, efektowne wystawy, z naciskiem na popularyzację i Meetfactory jako miejsce tworzenia sztuki, tworzone przez artystów dla artystów, multidyscyplinarne).
I sztuka… Z wierzchu jest podobna, również w rozważaniu przeklętych problemów, spośród których najważniejsze pozostają kwestia wolności, a także pamięci. Jest tu sporo ostrej sztuki politycznej. Tym stwierdzeniem wywoływałam zdecydowany opór rozmówców z Czech, którzy uznają, że takiej sztuki jest jednak więcej w Polsce, bo działają tutaj Peter Fuss, Zbigniew Libera, Artur Żmijewski czy Joanna Rajkowska, natomiast znakiem firmowym czeskiej sztuki są raczej neutralne rozważania postkonceptualne. A jednak w Czechach działa Guma Guar, a Milan Mikulaštik pracuje także jako kurator. Odważne działania w Galerii Roxy NoD, np. konkurs na zagospodarowanie Hradczan, który przyciągnął wiele uwagi, a także – to już akcja Gumy Guar – zrobienie fałszywej wystawy Milana Knižaka („Milan Knižak – Podivný Kelt”, Vernon Fine Art, styczeń 2008), z podrobieniem jego prac i CV, a także urządzenie wyprzedaży, to bardzo mocne i odważne gesty krytyki, na które w Polsce nikt by się nie poważył. Knižak, dawny Fluksusowiec i dysydent, który dzięki etosowi niezłomnego awangardysty i przeciwnika komuny, zyskał pozycję dyrektora generalnego Galerii Narodowej. Teraz jednak dawny opozycjonista jest powszechnie znienawidzony za dławienie wolności wypowiedzi artystycznej i wykorzystywanie własnej pozycji dla własnych korzyści. Dodam jeszcze, że w tym samym 2008 roku Guma Guar miała wystawę wspólnie ze Zbigniewem Liberą (Galeria Futura). Wiem, wspominam aktywność tylko jednej grupy, jednak ona generuje aktywność środowiska skupionego wokół.
Mimo to, rzeczywiście, chyba jednak sztuka polityczna jest specjalnością środowisk anarchizujących. Wizyty na wystawach wskazują, że więcej tu projektów partycypacyjnych, społecznych, w tym sensie, że angażujących, wykorzystujących i opisujących małe społeczności lokalne. Artyści podążają ogólnie śladem Katařiny Šedy, jednak poszukując własnych rozwiązań, np. Barbora Klimová czy duet Alexey Klyuykov & Vasil Artamonov, jednak polska sztuka ma większy ciężar egzystencjalny. Dźwiga wręcz na barkach poczucie ciężaru losu, czego w Czechach w ogóle nie ma. Przyznam jednak, że nie mam zdania na ten temat – nie potrafię ocenić czy to dobrze, czy źle. Tęskno mi za sztuką inną niż ta ponura w Polsce, z drugiej strony jednak nie potrafię się od niej uwolnić.
...
O najlepszych wystawach, jakie widziałam w Pradze - w następnym wpisie.
22.8.10
8.7.10
Bunkier Sztuki - konkurs
Drodzy czytelnicy tego bloga :)
Postanowiłam podać do wiadomości publicznej fakty związane z konkursem na dyrektora Bunkra Sztuki, ponieważ uczestniczyłam w nim i nie zostało mi przekazane, że dotychczasowe elementy konkursu, których zaznałam, zostały obdarzone klauzulą tajności.
W Polsce obowiązuje od 2001 roku ustawa o dostępie do informacji publicznej, ale o ile obywatelu nie jesteś biegły w rozmaitych kruczkach prawnych i nie masz własnego prawnika, to na pewno nie wywalczysz prawa do bycia poinformowanych np. o przebiegu konkursów na dyrektorów instytucji kultury.
Tak czy owak, pragnę napisać o tym, co mnie dotyczy w kwestii konkursu na dyrektora Bunkra Sztuki. Z tego, co wiem, komisja konkursowa ma zakaz mówienia o samym konkursie.
Tak zatem wiele osób zaskoczyło zawarcie wśród wymagań organizatora w stosunku do przyszłego dyrektora obowiązek udowodnienia 3-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym. Jako kandydatka oczekiwałam jasnej wykładni organizatora konkursu - co tak naprawdę znaczą owe 3 lata.
Tutaj dodam tylko dygresję, że wg współpracującego ze mną prawnika, ogłoszenie o konkursie zostało sformułowane tak, jakby Miasto Kraków - organizator Bunkra Sztuki - poszukiwał biegłego w kruczkach prawnych administratora, a nie menedżera biegłego w zarządzaniu instytucjami kultury.
Napisałam wraz z Martą Deskur pismo do Wydziału Kultury Krakowa z prośbą o wykładnię wymagań sprecyzowanych w ogłoszeniu o konkursie na dyrektora. Miałyśmy na myśli przede wszystkim owe nieszczęsne 3 lata na stanowisku kierowniczym (którego notabene w poprzednim konkursie, którego wygraną była Maria Anna Potocka, nie było), a także podobnie niebezpieczne, a nieprecyzyjne sformułowania jak biegła znajomość jakiegokolwiek języka obcego (mógłby to być zatem angielski sprawdzany przez zawodowego tłumacza, ale także rosyjski sprawdzany przez pracownicę Wydziału Kultury).
Na list ów Komitet otrzymał odpowiedź p. Turlejskiej, zastępczyni dyrektora Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Kraków. W liście p. Turlejska głosiła, że 3 lata na stanowisku kierowniczym to także doświadczenie jako kurator wystaw i innych wydarzeń kulturalnych.
Niestety, już w trakcie samego konkursu okazało się, że Miasto Kraków nie chce mieć jako dyrektora Bunkra osoby, która jest praktykiem w świecie sztuki: chce mieć kogoś, kogo zaaprobuje prawnik miejski. Ów prawnik po prostu siadł nad papierami kandydatów oceniając co się nadaje. Prawnik ten cofnął moje papiery, ponieważ przez wiele lat byłam wolontariuszem pełniącym obowiązki kierownika działu sztuki w Kwartalniku Literackim "Kresy", a - jak się okazało - wg prawa z 2003 (o wolontariacie) nie jest to świadczenie pracy.Tak zatem posiadanie formalnego zapisu w świadectwie pracy - jako kierownik byle czego - jest zasadnicze. Tak zatem nad wnioskami siedzi prawnik miejski i ma w nosie wszelkie niuanse. Prawnik musi dostać odpowiedni dokument, inaczej kandydat odpada i pan Filip Berkowicz, Przewodniczący Komisji Konkursowej, to potwierdzi.
Stąd zatem mój wniosek: akcja na rzecz dowartościowania pracy kuratorów. O tym pisałam wielokrotnie i to doprawdy paląca potrzeba. Dodam tylko, że jako obywatel płacący podatki na Gminę Miejską Kraków, tak zatem również na kulturę, płacę na byle co - ponieważ wykładnie prawnika są doprawdy w praktyce niewiele warte.
Na dodatek, po tym, jak mój wniosek został oddalony (a miałam przygotowaną całościową wizję funkcjonowania galerii Bunkier Sztuki - o którą nie zapytał mnie nikt), okazało się, że w ogóle cały konkurs został nierozstrzygnięty i będzie prawdopodobnie ogłoszony na nowo, o ile Prezydent Majchrowski nie zdecyduje się na nominowanie własnego kandydata. Ciekawe kogo.
Prawdopodobnie nie będę startować w nowym konkursie, bo wolę swą energię przeznaczyć na kreowanie własnych przedsięwzięć, a nie na:
1. przekonywanie p. Stanisława Tabisza, że Bunkier Sztuki zrobi wystawę krakowskiemu ZPAP
2. walkę z prawnikiem miasta Kraków, że doświadczenie kuratorskie i kierownicze od 1993 roku, a nie znajdujące odpowiedniego zapisu w świadectwie pracy, się liczy
3. uczestnictwo w próbach udowodnienia, że nie znam się na kruczkach prawnych, jakby one decydowały, czy ktoś nadaje się na dyrektora, czy nie.
Najsmutniejsza jednak w tym wszystkim jest dezynwoltura organizatora Bunkra Sztuki, Gminy Miejskiej Kraków, w traktowaniu tej instytucji. Z każdym dniem życia w zawieszeniu, bez dyrektora, sytuacja galerii, w której mam przyjemność pracować - i być autorką wielu głośnych wydarzeń w niej zrealizowanych - pogarsza się. Piszę o tym powodowana odpowiedzialnością za instytucję i zaniepokojona zastojem decyzyjnym, jaki wokół niej panuje. Już w tej chwili znajduje się w opłakanym stanie pod wieloma względami. Każdy dzień czekania na nowy konkurs sytuację pogarsza. Przypomnę, że Miasto zapowiadało bardzo szybkie rozpisanie konkursu, zaraz po odejściu Marii Anny Potockiej do budowanego muzeum, któremu nadała nazwę Mocak - w lutym tego roku. Z niezrealizowanych obietnic nikt Miasta nie rozliczył, a Galeria ledwie zipie z okrojonym o 30% w stosunku do poprzedniego, wcale też niezbyt obfitego w dotację miejską, roku. Nie jest w stanie też planować dalekosiężnych ruchów, w tym kompleksowego pozyskiwania środków.
Czy mamy zatem szansę na kompetentny konkurs i wybranie dobrego fachowca - z wizją reformy instytucji i uczynienia z niej żywego ośrodka nowej sztuki? (A już dzisiaj widać, że przyszły rok będzie dla Bunkra stracony). Chciałabym wierzyć, że tak, ale niestety, moja wiara nie znajduje poparcia w rzeczywistości.
Postanowiłam podać do wiadomości publicznej fakty związane z konkursem na dyrektora Bunkra Sztuki, ponieważ uczestniczyłam w nim i nie zostało mi przekazane, że dotychczasowe elementy konkursu, których zaznałam, zostały obdarzone klauzulą tajności.
W Polsce obowiązuje od 2001 roku ustawa o dostępie do informacji publicznej, ale o ile obywatelu nie jesteś biegły w rozmaitych kruczkach prawnych i nie masz własnego prawnika, to na pewno nie wywalczysz prawa do bycia poinformowanych np. o przebiegu konkursów na dyrektorów instytucji kultury.
Tak czy owak, pragnę napisać o tym, co mnie dotyczy w kwestii konkursu na dyrektora Bunkra Sztuki. Z tego, co wiem, komisja konkursowa ma zakaz mówienia o samym konkursie.
Tak zatem wiele osób zaskoczyło zawarcie wśród wymagań organizatora w stosunku do przyszłego dyrektora obowiązek udowodnienia 3-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym. Jako kandydatka oczekiwałam jasnej wykładni organizatora konkursu - co tak naprawdę znaczą owe 3 lata.
Tutaj dodam tylko dygresję, że wg współpracującego ze mną prawnika, ogłoszenie o konkursie zostało sformułowane tak, jakby Miasto Kraków - organizator Bunkra Sztuki - poszukiwał biegłego w kruczkach prawnych administratora, a nie menedżera biegłego w zarządzaniu instytucjami kultury.
Napisałam wraz z Martą Deskur pismo do Wydziału Kultury Krakowa z prośbą o wykładnię wymagań sprecyzowanych w ogłoszeniu o konkursie na dyrektora. Miałyśmy na myśli przede wszystkim owe nieszczęsne 3 lata na stanowisku kierowniczym (którego notabene w poprzednim konkursie, którego wygraną była Maria Anna Potocka, nie było), a także podobnie niebezpieczne, a nieprecyzyjne sformułowania jak biegła znajomość jakiegokolwiek języka obcego (mógłby to być zatem angielski sprawdzany przez zawodowego tłumacza, ale także rosyjski sprawdzany przez pracownicę Wydziału Kultury).
Na list ów Komitet otrzymał odpowiedź p. Turlejskiej, zastępczyni dyrektora Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Kraków. W liście p. Turlejska głosiła, że 3 lata na stanowisku kierowniczym to także doświadczenie jako kurator wystaw i innych wydarzeń kulturalnych.
Niestety, już w trakcie samego konkursu okazało się, że Miasto Kraków nie chce mieć jako dyrektora Bunkra osoby, która jest praktykiem w świecie sztuki: chce mieć kogoś, kogo zaaprobuje prawnik miejski. Ów prawnik po prostu siadł nad papierami kandydatów oceniając co się nadaje. Prawnik ten cofnął moje papiery, ponieważ przez wiele lat byłam wolontariuszem pełniącym obowiązki kierownika działu sztuki w Kwartalniku Literackim "Kresy", a - jak się okazało - wg prawa z 2003 (o wolontariacie) nie jest to świadczenie pracy.Tak zatem posiadanie formalnego zapisu w świadectwie pracy - jako kierownik byle czego - jest zasadnicze. Tak zatem nad wnioskami siedzi prawnik miejski i ma w nosie wszelkie niuanse. Prawnik musi dostać odpowiedni dokument, inaczej kandydat odpada i pan Filip Berkowicz, Przewodniczący Komisji Konkursowej, to potwierdzi.
Stąd zatem mój wniosek: akcja na rzecz dowartościowania pracy kuratorów. O tym pisałam wielokrotnie i to doprawdy paląca potrzeba. Dodam tylko, że jako obywatel płacący podatki na Gminę Miejską Kraków, tak zatem również na kulturę, płacę na byle co - ponieważ wykładnie prawnika są doprawdy w praktyce niewiele warte.
Na dodatek, po tym, jak mój wniosek został oddalony (a miałam przygotowaną całościową wizję funkcjonowania galerii Bunkier Sztuki - o którą nie zapytał mnie nikt), okazało się, że w ogóle cały konkurs został nierozstrzygnięty i będzie prawdopodobnie ogłoszony na nowo, o ile Prezydent Majchrowski nie zdecyduje się na nominowanie własnego kandydata. Ciekawe kogo.
Prawdopodobnie nie będę startować w nowym konkursie, bo wolę swą energię przeznaczyć na kreowanie własnych przedsięwzięć, a nie na:
1. przekonywanie p. Stanisława Tabisza, że Bunkier Sztuki zrobi wystawę krakowskiemu ZPAP
2. walkę z prawnikiem miasta Kraków, że doświadczenie kuratorskie i kierownicze od 1993 roku, a nie znajdujące odpowiedniego zapisu w świadectwie pracy, się liczy
3. uczestnictwo w próbach udowodnienia, że nie znam się na kruczkach prawnych, jakby one decydowały, czy ktoś nadaje się na dyrektora, czy nie.
Najsmutniejsza jednak w tym wszystkim jest dezynwoltura organizatora Bunkra Sztuki, Gminy Miejskiej Kraków, w traktowaniu tej instytucji. Z każdym dniem życia w zawieszeniu, bez dyrektora, sytuacja galerii, w której mam przyjemność pracować - i być autorką wielu głośnych wydarzeń w niej zrealizowanych - pogarsza się. Piszę o tym powodowana odpowiedzialnością za instytucję i zaniepokojona zastojem decyzyjnym, jaki wokół niej panuje. Już w tej chwili znajduje się w opłakanym stanie pod wieloma względami. Każdy dzień czekania na nowy konkurs sytuację pogarsza. Przypomnę, że Miasto zapowiadało bardzo szybkie rozpisanie konkursu, zaraz po odejściu Marii Anny Potockiej do budowanego muzeum, któremu nadała nazwę Mocak - w lutym tego roku. Z niezrealizowanych obietnic nikt Miasta nie rozliczył, a Galeria ledwie zipie z okrojonym o 30% w stosunku do poprzedniego, wcale też niezbyt obfitego w dotację miejską, roku. Nie jest w stanie też planować dalekosiężnych ruchów, w tym kompleksowego pozyskiwania środków.
Czy mamy zatem szansę na kompetentny konkurs i wybranie dobrego fachowca - z wizją reformy instytucji i uczynienia z niej żywego ośrodka nowej sztuki? (A już dzisiaj widać, że przyszły rok będzie dla Bunkra stracony). Chciałabym wierzyć, że tak, ale niestety, moja wiara nie znajduje poparcia w rzeczywistości.
29.6.10
"Przekleństwa wyobraźni" w Bunkrze Sztuki
widok na rzeźby Tomka Kowalskiego i Lampkę Doroty Jurczak, fot. Rafał Sosin
Wystawę "Przekleństwa wyobraźni" można oglądać w Bunkrze Sztuki do 22 sierpnia.
To nasze wspólne dzieło z Karoliną Bujnowicz.
W wystawie udział biorą: Hans Bellmer, Kasia Fudakowski, Piotr Janas, Dorota Jurczak, Tomasz Kowalski, Goshka Macuga, Edmund Monsiel, Jakub Julian Ziółkowski.
Autorką aranżacji przestrzeni jest Anna Mokrzycka.
Przy tworzeniu wystawy czytałyśmy dużo Leśmiana i Leirisa (i trochę Bataille'a).
Jest o powrocie do wyobraźni i o nurcie "surrealizującym" w najnowszej sztuce.
Zapraszam!
Targi Sztuki w Bielsku-Białej
Zapraszam do czytania relacji z Targów Sztuki Sfera w Bielsku-Białej. Do Bielska zawsze warto przyjeżdżać!
7.6.10
Co to będzie?
Adam Mazur napisał o wysokości zarobków przewidzianych dla przyszłego dyrektora CSW. Zgadzam się, że 18 000 zł to astronomicznie dużo, od siebie dodam, że wręcz niemoralnie, gdy zważy się na dysproporcję w stosunku do płac kuratorów w Polsce, tego „kultprotelariatu”. I nic się nie zmieni, póki nie zmieni się to, o czym pisał Adam: aktywni są dzisiaj dyrektorzy – i bardzo dobrze, lecz lobbują w sprawach dla siebie ważnych, a nie w sprawach podwyższenia statusu zawodu kuratora w Polsce. Co do szeregowych kuratorów, to wolą plotkować po kątach i nie podskakiwać nikomu, boją się bowiem, że podpadną temu i tamtemu (śmiech bierze, gdy się okaże komu tak naprawdę) i stracą ewentualną możliwość zarobienia groszy tu i ówdzie. Bo jeśli skrytykuję, to ten mnie przestanie lubić, ten mnie nie poleci tamtemu – i co to będzie? No, co to będzie?
Nic się nie zmieni w kwestii płac kuratorów jeśli oni sami nie uwierzą w wartość swojej pracy. Jeśli sami nie pojmą, że nie są pojedynczymi graczami, lecz stanowią środowisko zawodowe, które potrafi ustanowić własny – że użyję niemodnego słowa – etos pracy, czyli m.in. zestaw reguł nią rządzących, a w konsekwencji – zawalczyć o własny interes. Kuratorzy, jeśli chcą, by im było lepiej, muszą się obudzić i zacząć domagać godziwej zapłaty za pracę wymagającą wysokich kwalifikacji. I bronić się przed odmawianiem wartości ich zawodowi, przed deprecjacją wyrażaną niekiedy przez eksponowane postaci życia artystycznego.
Brakuje związku zawodowego kuratorów. Związku, który zabrałby się za określenie statusu zawodu kuratora w instytucji kultury. Związek ten określiłby minimalne stawki za pracę kuratora, umożliwiłby preferencyjne składki ubezpieczeniowe, przez co ośmielił zjawisko wolnych strzelców w naszym kraju. Niezbędne jest spisanie zakresu obowiązków kuratora, kodeksu pracy kuratora – bo traktowanie zawodów twórczych w polskich instytucjach kultury sięgnęła dna. Płaca równa płacy sprzątaczki od 1989 roku, za to obowiązków co niemiara, i to od Sasa do lasa, czyli od załatwiania ubezpieczeń wystawy poprzez zamawianie ramek do obrazów, po umawianie transportów. Do tego np. konwersacje z instytucjami celnymi w Szwajcarii, bo ktoś za to odpowiedzialny nie zna angielskiego. I tak dalej.
Instytucje nie zdają sobie sprawy z tego, że jeżeli chcą dobrych, nowatorskich, wstrząsających, dających do myślenia wydarzeń, to powinny rozliczać kuratorów z pracy w bibliotece czy pracowniach. Nie wspomnę o zarzuconym zwyczaju dotowaniu wyjazdów, szkoleń czy chociażby kupowaniu książek. Wypisywanie protokołów zdawczo-odbiorczych czy umów dla artystów przez kuratora nie przełoży się na wysoką jakość wystaw.
Dlatego oprócz domagania się przejrzystości w polityce kulturalnej, 1 % na kulturę, praw dla artystów w starciu z instytucjami, domagajmy się wymiernego szacunku dla pracy kuratorów. Opłaci się to wszystkim.
Nic się nie zmieni w kwestii płac kuratorów jeśli oni sami nie uwierzą w wartość swojej pracy. Jeśli sami nie pojmą, że nie są pojedynczymi graczami, lecz stanowią środowisko zawodowe, które potrafi ustanowić własny – że użyję niemodnego słowa – etos pracy, czyli m.in. zestaw reguł nią rządzących, a w konsekwencji – zawalczyć o własny interes. Kuratorzy, jeśli chcą, by im było lepiej, muszą się obudzić i zacząć domagać godziwej zapłaty za pracę wymagającą wysokich kwalifikacji. I bronić się przed odmawianiem wartości ich zawodowi, przed deprecjacją wyrażaną niekiedy przez eksponowane postaci życia artystycznego.
Brakuje związku zawodowego kuratorów. Związku, który zabrałby się za określenie statusu zawodu kuratora w instytucji kultury. Związek ten określiłby minimalne stawki za pracę kuratora, umożliwiłby preferencyjne składki ubezpieczeniowe, przez co ośmielił zjawisko wolnych strzelców w naszym kraju. Niezbędne jest spisanie zakresu obowiązków kuratora, kodeksu pracy kuratora – bo traktowanie zawodów twórczych w polskich instytucjach kultury sięgnęła dna. Płaca równa płacy sprzątaczki od 1989 roku, za to obowiązków co niemiara, i to od Sasa do lasa, czyli od załatwiania ubezpieczeń wystawy poprzez zamawianie ramek do obrazów, po umawianie transportów. Do tego np. konwersacje z instytucjami celnymi w Szwajcarii, bo ktoś za to odpowiedzialny nie zna angielskiego. I tak dalej.
Instytucje nie zdają sobie sprawy z tego, że jeżeli chcą dobrych, nowatorskich, wstrząsających, dających do myślenia wydarzeń, to powinny rozliczać kuratorów z pracy w bibliotece czy pracowniach. Nie wspomnę o zarzuconym zwyczaju dotowaniu wyjazdów, szkoleń czy chociażby kupowaniu książek. Wypisywanie protokołów zdawczo-odbiorczych czy umów dla artystów przez kuratora nie przełoży się na wysoką jakość wystaw.
Dlatego oprócz domagania się przejrzystości w polityce kulturalnej, 1 % na kulturę, praw dla artystów w starciu z instytucjami, domagajmy się wymiernego szacunku dla pracy kuratorów. Opłaci się to wszystkim.
19.5.10
Katastrofa i jej ofiary („Materiały wideo do kupienia w agencji TVN”*)
Kraków, przy moście Powstańców, kulminacyjna fala powodziowa na Wiśle, fot. Monika Ujma
Wezbrane wody i katastroficzne, podgrzewające atmosferę zapowiedzi mediów spowodowały istny wylew gapiów nad bulwarami wiślanymi. Portal TVN 24 ma na swojej stronie 8 pierwszych newsów tylko o wielkiej wodzie – największej od 40 lat. Mądrale przekrzykują się co Tusk koniecznie musi zrobić, bo przecież władze lokalne nie od tego… A jedna pani dzwoniła do Radia Kraków z prośbą, by nie nadawać wesołych piosenek, bo ona ma zalany dom i się smuci.
W sumie jednak, mimo tak ekscytującej rzeczywistości, nie wiem czy można to już nazywać powodzią gdy chce się używać terminologii w sposób normalny, a nie emocjonalny, właściwy dla mediów tzw. informacyjnych i polityków. Pewnie tak, ale moje wahania wyrażają po prostu przekonanie, że „telewizja kłamie”, jak było, jest i będzie
Byłam nad Wisłą. Wczoraj przejechałam od Sandomierza do Krakowa, to piękna trasa, mija się takie perły architektury dawnej jak Beszowa czy Nowy Korczyn. Droga na całej swej długości była otwarta, chociaż widać było rozlewiska Wisły i jej niewielkich dopływów. W pewnym momencie, w Koszycach, droga doszła wysoko, ale wciąż jej brakowało ze 3 m, żeby zalać jezdnię. Dzisiaj pierwsza rzecz, jaką przeczytałam w sieci, to news, że właśnie tamten fragment drogi został zamknięty, a asfalt został zalany na metr, w co nie wierzę.
Ale najbardziej niezwykłym doświadczeniem było nie spojrzenie we wściekłe, brązowe i mknące z niezwykłą prędkością nurty Wisły. Od jednego z mostów na Wiśle – Mostu Powstańców – mieszkam dosłownie kilkaset metrów. Ktoś powiedział mi, że powinniśmy już pić tylko wodę mineralną, bo przy powodziach zatruciu ulega najpierw woda, a ktoś inny poinformował mnie, że żyję na terenach zalewowych. Ani jedno, ani drugie póki co się nie sprawdziło.
Ludzie. Na wąskich chodnikach idących po miejskich wałach przeciwpowodziowych, a nad bulwarami, paraduje tłum. Zdarza się, że przyjeżdżają specjalnie po to, parkują auta, wyciągają swoje kamery z Media Marktu – i filmują. Niektórzy schodzą niebezpiecznie blisko nad poziom błotnistej wody. Wreszcie zdarzyło się coś po co kupili te kamery!
Nie wiem jak jest na jedynym zamkniętym w Krakowie Moście Dębnickim. Przy moim moście trwa atmosfera wesołego miasteczka i pikniku. Całe rodziny, młode pary, turyści z hotelu Cubus zaraz za rzeką, wszyscy obserwują Wisłę. Przy workach z piaskiem ustawionych tam gdzie bulwary wchodzą na skarpę, i gdzie istnieje zagrożenie, że Wisła wyleje i popłynie ulicą Halicką, ludzie pozują do zdjęć. Dzieci wypatrują każdego przecieku w murach nadrzecznych. Słyszałam kilkakrotnie: "babciu/tatusiu, tu przecieka". Fotografowie chodzą po owych murach łapiąc każdy bezcenny kadr.
Patrzę na ludzi patrzących na rzekę. Szukających silnych wrażeń, zabicia codziennej rutyny i czujących się bezpiecznie, więc podchodzących jak najbliżej do wody. Sama się do nich zaliczam. Ci ludzie, z parasolami i bez, z kamerami wideo, i bez, stoją tam na brzegu wciąż wzbierającej rzeki. I nie wierzą, że może wydarzyć się katastrofa. A przecież tańczą na krawędzi. W każdej chwili może porwać ich woda. Może zdarzyć się coś strasznego. Wiedzą o tym.
Właśnie o TO chodzi.
*ze strony TVN24
11.5.10
„Pan Kerownik”
Został właśnie ogłoszony konkurs na dyrektora Bunkra Sztuki. Ogłoszony został w trzecim miesiącu po odejściu poprzedniej dyrektorki, po długim czasie pisania (miasto miało, wg własnych deklaracji, ogłosić go jeszcze w lutym), bez dania odpowiedzi na obywatelskie zapytanie o jego termin, treść , harmonogram, osoby odpowiedzialne.
W porównaniu z konkursem poprzednim, z 2006 roku, ten zawiera więcej warunków i preferencji, ich lista jest zdecydowanie dłuższa. Konkurs sprawia mimo to wrażenie pisanego na kolanie, jest sformułowany niestarannie. Oto kilka najbardziej kłujących w oczy przykładów. Wymagane jest np. doświadczenie na stanowisku kierowniczym, ale nie jest już dodane gdzie – tak zatem owo stanowisko mogło istnieć chociażby w sklepie spożywczym. Ważne, żeby było udokumentowane. Kolejna rzecz: biegła znajomość języka obcego. Jakiego – nie sprecyzowano. Może to być zatem język jakikolwiek. Następne kuriozum: wyższe studia z zakresu sztuk plastycznych. Z czymś takim, przyznam, jeszcze się nie spotkałam. Nie rozumiem dlaczego np. socjolożka / socjolog kultury nie mają tutaj szans. Albo chociażby filmoznawczyni / filmoznawca. Wstydź się, Miasto Kraków, konkurs powstawał stanowczo za długo i zaowocował bublem.
Rozumiem zatem, że kierowniczka sklepu zaopatrzenia plastyków, która ukończyła wychowanie plastyczne, znająca biegle bułgarski, jest kandydatką idealną.
Ja sama odbiegam nieco od naszkicowanej powyżej rekonstrukcji oczekiwań Miasta, ponieważ jednak zamierzałam w konkursie startować – nigdy zresztą tego nie ukrywałam – to warunkom owym przyjrzałam się szczególnie wnikliwie i mam na ich temat pewne przemyślenia. Otóż, Miastu Kraków nie zależy najwidoczniej na wyborze spośród jak najszerszej grupy osoby kompetentnych, gdyż warunkami swymi wyklucza sporą część świetnych specjalistów, którzy nie mieli okazji umiejscowić się w strukturze instytucji i nie mają w świadectwie pracy udokumentowanych „3 lat na stanowisku kierowniczym”. Oczom własnym nie wierzyłam gdy zobaczyłam to nieszczęsne sformułowanie. By dopuścić większą liczbę interesujących kandydatów, by uwzględnić specyfikę pracy w kulturze, która bynajmniej nie jest pracą „w fabryce śrubek”, lecz jest pracą twórczą i nie podlega takiej hierarchizacji, jak w innych dziedzinach, nawet jeśli wpisuje się w warunki owe „3 lata na stanowisku kierowniczym”, to dodaje się, że może to być także doświadczenie adekwatne, polegające na braniu odpowiedzialności za jakąś całość, kierowaniu grupami ludzi, realizacji projektów. Sprawdźcie jak robią to inni – wystarczy poszukać w Googlach, wyskakuje mnóstwo ogłoszeń, np. na stanowisko dyrektora każdego domu kultury tak właśnie formułuje się oczekiwania. W polskim teatrze nie pojawiłaby się nowa jakość za sprawą młodego pokolenia dyrektorów (którzy wygrywali konkursy, rzecz jasna), jeśli byłoby wymagane doświadczenie na stanowisku kierowniczym. Zatrudniano młodych ludzi podejmując ryzyko, że nie mają oni doświadczenia. I wyszło to teatrowi na dobre. Dodam jeszcze jedno. Specyfiką pracy w kulturze jest fakt, że realizuje się imprezy, wydarzenia, wystawy, koncerty itp. bez bycia formalnie jakimkolwiek kierownikiem.
Nie zdradzę tajemnicy jeśli napiszę, że w Bunkrze Sztuki kuratorzy tworzą i realizują liczne projekty różnej wielkości i wagi, kierują ludźmi, biorą na siebie dużą odpowiedzialność, lecz pozostają po prostu kuratorami. Nie ma tutaj stanowiska kierownika działu. I dzieje się tak w wielu instytucjach – ich struktura jest spłaszczona. Skąd zatem ludzie mają brać doświadczenie na stanowisku kierowniczym?
Miasto Kraków takimi drobiazgami się nie przejmuje. Kierownik to kierownik. Porządek musi być.
Konkurs
W porównaniu z konkursem poprzednim, z 2006 roku, ten zawiera więcej warunków i preferencji, ich lista jest zdecydowanie dłuższa. Konkurs sprawia mimo to wrażenie pisanego na kolanie, jest sformułowany niestarannie. Oto kilka najbardziej kłujących w oczy przykładów. Wymagane jest np. doświadczenie na stanowisku kierowniczym, ale nie jest już dodane gdzie – tak zatem owo stanowisko mogło istnieć chociażby w sklepie spożywczym. Ważne, żeby było udokumentowane. Kolejna rzecz: biegła znajomość języka obcego. Jakiego – nie sprecyzowano. Może to być zatem język jakikolwiek. Następne kuriozum: wyższe studia z zakresu sztuk plastycznych. Z czymś takim, przyznam, jeszcze się nie spotkałam. Nie rozumiem dlaczego np. socjolożka / socjolog kultury nie mają tutaj szans. Albo chociażby filmoznawczyni / filmoznawca. Wstydź się, Miasto Kraków, konkurs powstawał stanowczo za długo i zaowocował bublem.
Rozumiem zatem, że kierowniczka sklepu zaopatrzenia plastyków, która ukończyła wychowanie plastyczne, znająca biegle bułgarski, jest kandydatką idealną.
Ja sama odbiegam nieco od naszkicowanej powyżej rekonstrukcji oczekiwań Miasta, ponieważ jednak zamierzałam w konkursie startować – nigdy zresztą tego nie ukrywałam – to warunkom owym przyjrzałam się szczególnie wnikliwie i mam na ich temat pewne przemyślenia. Otóż, Miastu Kraków nie zależy najwidoczniej na wyborze spośród jak najszerszej grupy osoby kompetentnych, gdyż warunkami swymi wyklucza sporą część świetnych specjalistów, którzy nie mieli okazji umiejscowić się w strukturze instytucji i nie mają w świadectwie pracy udokumentowanych „3 lat na stanowisku kierowniczym”. Oczom własnym nie wierzyłam gdy zobaczyłam to nieszczęsne sformułowanie. By dopuścić większą liczbę interesujących kandydatów, by uwzględnić specyfikę pracy w kulturze, która bynajmniej nie jest pracą „w fabryce śrubek”, lecz jest pracą twórczą i nie podlega takiej hierarchizacji, jak w innych dziedzinach, nawet jeśli wpisuje się w warunki owe „3 lata na stanowisku kierowniczym”, to dodaje się, że może to być także doświadczenie adekwatne, polegające na braniu odpowiedzialności za jakąś całość, kierowaniu grupami ludzi, realizacji projektów. Sprawdźcie jak robią to inni – wystarczy poszukać w Googlach, wyskakuje mnóstwo ogłoszeń, np. na stanowisko dyrektora każdego domu kultury tak właśnie formułuje się oczekiwania. W polskim teatrze nie pojawiłaby się nowa jakość za sprawą młodego pokolenia dyrektorów (którzy wygrywali konkursy, rzecz jasna), jeśli byłoby wymagane doświadczenie na stanowisku kierowniczym. Zatrudniano młodych ludzi podejmując ryzyko, że nie mają oni doświadczenia. I wyszło to teatrowi na dobre. Dodam jeszcze jedno. Specyfiką pracy w kulturze jest fakt, że realizuje się imprezy, wydarzenia, wystawy, koncerty itp. bez bycia formalnie jakimkolwiek kierownikiem.
Nie zdradzę tajemnicy jeśli napiszę, że w Bunkrze Sztuki kuratorzy tworzą i realizują liczne projekty różnej wielkości i wagi, kierują ludźmi, biorą na siebie dużą odpowiedzialność, lecz pozostają po prostu kuratorami. Nie ma tutaj stanowiska kierownika działu. I dzieje się tak w wielu instytucjach – ich struktura jest spłaszczona. Skąd zatem ludzie mają brać doświadczenie na stanowisku kierowniczym?
Miasto Kraków takimi drobiazgami się nie przejmuje. Kierownik to kierownik. Porządek musi być.
Konkurs
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


