29.10.09

Nieoczywiste: Europa i sport

I znowu pojawiły się ciekawe wydarzenia z dziedziny fotografii. Łukasz Trzciński pokazał w dwóch miejscach wystawę „Nowa Europa”. Stojaki na Rynku Głównym i Galeria Camelot zapełniły się zdjęciami pochodzącymi z krajów, które leżą w Europie Środkowej i Wschodniej, które znajdowały się w orbicie wpływów ZSRR, a po upadku muru berlińskiego, odzyskały w sposób mniej lub bardziej burzliwy wolność. W dziesięciolecie obalenia muru powstały wystawy. Projekt o tyle niebanalny, że w każdym z krajów autor skupił się na wybranym temacie, a nie po prostu na zwykłej obserwacji zmian, jakie zaszły w niedawno „zeuropeizowanych” krajach. Tak więc, we wschodnich Niemczech interesuje go świecka ceremonia dla młodzieży Jugendweihe, będąca rodzajem wprowadzenia ich w dorosłość, w Serbii zajmuje go sprawa podrasowanych pojazdów, w Rumunii – lokomotywy w regionie Maramures i ciągłe wykorzystywanie drewna do ogrzewania, w Czechach – domki letniskowe, a na Węgrzech – Balaton. Nie jestem zresztą wcale pewna co w tej realizacji było ciekawsze: same fotografie autorstwa Trzcińskiego czy teksty towarzyszące autorstwa Wojciecha Nowickiego. Niewątpliwie był to przykład symbiozy słów i obrazów. Trudno bowiem mini-eseje Nowickiego uznać za byty samodzielne gdy zobaczyło się je obok zdjęć. Nie tylko objaśniają one obraz, ale i dodają coś więcej, atmosferę, osobiste spojrzenie, wreszcie – pewien sposób patrzenia na rzeczywistość krajów „Nowej Europy”. Gdyby nie teksty, nie zatrzymujące się bynajmniej na warstwie opisowej, to zdjęcia nie byłyby tak interesujące, nie miałyby w sobie mocy przykuwania uwagi, która czyni je innymi niż reportażowe zdjęcia na ten temat. Każdy z krajów ma wybrany temat przewodni, doskonale komentujący jakiś aspekt nowej rzeczywistości.

„Nowa Europa”, Galeria Camelot, Kraków, 11.09.-30.10.2009

„Nowa Europa”, Rynek Główny, Kraków, 21.09.-30.10.2009

fotoblog Łukasza Trzcińskiego

strona projektu "Nowa Europa"



W Galerii ZPAF i S-ka pojawiła się wystawa zbiorowa, autorstwa Dawida Radziszewskiego. O wystawie, której współautorem był Radziszewski, niedawno pisałam, była to „Książka w sztuce polskiej” w Delikatesach. Teraz Radziszewski wzbogacił program Galerii ZPAF i S-ka. Galeria jest bardzo dobra, nie ma wątpliwości. Dobrze dobrane, niebanalne wystawy, co wydawać by się mogło brakiem czy minusem, staje się tutaj czymś prostym, wyrafinowanym i dającym do myślenia. Wystawa „Sport dla niewysportowanych” wydaje się być zgrabną i bezpretensjonalną wypowiedzią na niezbyt – wydawałoby się – wdzięczny temat. Intrygujący i nieoczywisty zestaw artystów – młodych i ze starszego pokolenia awangardystów, jak m.in. Łukasz Jastrubczak, Anna Molska, Agnieszka Polska, Julia Zborowska, Adam Rzepecki, Zdzisław Sosnowski czy Zbigniew Warpechowski, a także dobre prace oraz doskonałe ich rozwieszenie tylko na jednej ścianie sprawiają, że wystawa staje się atrakcyjnym cackiem… (Wahałam się czy użyć tego słowa, ale nie byłam w stanie znaleźć lepszego).

„Sportowi…” towarzyszą sążniste eseje z historii sztuki na temat motywów ikonograficznych związanych ze sportem. Nie wiem czy to żart, czy gest poważny, jednak teksty te pasują do wystawy jak pięść do nosa. Są niepotrzebnym i obciążającym dodatkiem, żartobliwość wystawy zostaje zakwestionowana.

Podoba mi się w tej wystawie to, że jest nieoczywista. Widać lata treningu w ustawianiu prac w ciasnych pomieszczeniach. Z drugiej jest to w gruncie rzeczy bardzo miła wystawa niby o sporcie, ale w gruncie rzeczy o niczym. Nic z niej nie wynika, nie zmusza ona do zastanowienia się, nie zostaje w głowie.


"Sport dla niewysportowanych", Galeria ZPAF i S-ka, 25.09.-31.10.2009, kurator Dawid Radziszewski, udział biorą Łukasz Jastrubczak, Małgorzata Mazur, Anna Molska, Paulina Ołowska, Agnieszka Polska, Adam Rzepecki, Zdzisław Sosnowski, Zbigniew Warpechowski, Wunderteam, Julia Zborowska.

strona galerii

16.10.09

Dość mizerne pokłosie Kongresu - cd.

W „Obiegowym” podsumowaniu Kongresu Kultury Polskiej pojawiło się mnóstwo głosów, jakby „Obieg” czuł, że zdarzyło się jednak coś ważnego, na czym go zabrakło, więc zapragnął jakoś zrekompensować tę nieobecność. Nie zmienia to faktu, że nie tylko moim zdaniem, nasze środowisko po raz kolejny zaprezentowało się jako nie mające poczucia wspólnego interesu i potrzeby zmian, bez wizji, siły i woli tych odnowy i – generalnie – dało plamę. Jednocześnie, z tego tkwienia w polu własnych indywidualnych interesów, wizji i obsesji wyłamało się pod-środowisko handlujące sztuką. Tutaj interes jest na tyle ważny, że spaja.

Pojawiły się ważne moim zdaniem głosy Artura Tajbera, Janka Sowy i głos Artura Żmijewskiego.

U Janka Sowy pojawiają się rozważania na temat tego, jak nie pozostając w głównym obiegu, pozostać zauważonym i ważnym. Jak wyrażać siebie, własne poglądy i potrzeby być słyszanym. Jak by tego nie ujmować, zawsze jednak chodzi tutaj o władzę. (czy to jest zresztą wstydliwe?) Kto jest górą, kto jest modniejszy, kto jest bardziej poważany, najważniejsze z tego - kto jest najardziej wpływowy, wreszcie: kto ma ma większą władzę symboliczną. To są wciąż aktualne pytania na polskiej scenie. Czy ci, co byli na Kongresie, czy ci, co mu się przeciwstawili, czy może ci, co w swoim mniemaniu zrobili wydarzenie równoległe? Wydaje mi się, że najbardziej „anty” są po prostu ci, co mieli i mają Kongres w nosie i po prostu ciągle robili, to, co jest ich głównym zajęciem. Ci, którzy są np. w „Obiegu” niewidzialni i niesłyszalni. Jednocześnie ci sami są najmniej słyszani i wpływowi.

Ja sama nie mam na swoim koncie konsekwentnych, płomiennych uzasadnień nieobecności na KPP. Na Kongresie nie byłam, gdyż działają na mnie odstraszająco wielkie polityczne i celebryckie spędy, z drugiej jednak strony, gdyby ktoś mnie zaprosił, to pewnie bym się pojawiła i jeszcze przygotowała. Jednak starać się na własną rękę o akredytację, zapisy, dostanie wejściówki, powiem szczerze, po prostu po pierwsze mi się nie chciało, po drugie, te wszystkie zasieki uznałam za jasne pokazanie figi z makiem szeregowym wyrobnikom kultury, jakim jestem od lat. Mam wrażenie, że utrudnienie wstępu na Kongres, który wcale nie był otwarty, był rodzajem niezbyt subtelnego wskazania przez absolwentów zarządzania kulturą UJ (pracującym w Krakowskim Biurze Festiwalowym, organizującym ów spęd) hierarchii politycznej ważności. Większość pracowników krakowskich instytucji kulturalnych zbojkotowała KPP z powodów podobnych do moich. Niebylejacy ludzie, mówiąc szczerze… A organizator miał przynajmniej mniej kaw do zafundowania.

*

Chcę jeszcze wspomnieć o tekście Żmijewskiego, bo przeczytałam w nim o czymś, co wydało mi się godne rozważenia i wyjaśnienia. Otóż, wyraz znalazł tam rozdźwięk i po prostu konflikt interesów pomiędzy artystami a kuratorami.


Otóż Żmijewski upomina się o honoraria przynależne artystom, a notorycznie niepłacone przez polskie galerie publiczne. Dobrze, szkoda tylko, że tak znana i opiniotwórcza obecnie postać zapomina o zaniedbywaniu innych pracowników sztuki, np. kuratorów czy krytyków, którym też się nie płaci lub płaci sumy, które są kpiną z ich pracy. Niejednokrotnie o tym pisałam. Z tego jednak, co napisał dalej, wynika dość stereotypowa wizja, że krytycy czy kuratorzy się są właściwie potrzebni.

Żmijewski wspomina bowiem o rzeczy, co do której mam mieszane uczucia. Otóż pisze o tym, że prace artystów współczesnych są wykorzystywane do wystaw tematycznych. I że kuratorzy i krytycy rosną w siłę, bo tworzą coraz więcej tego typu wystaw. Wystawy tematyczne zaś w domyśle nie są dobre, bo kurator za bardzo daje w nich upust swojej wyobraźni i nie szanuje dzieł, które wprowadza w wymyślony przez siebie kontekst. Artur Żmijewski kończy stwierdzeniem, że nieraz był zaskakiwany tym, o jak wielu rzeczach może mówić jego film w przeróżnych wystawach. Ja jednak mam wątpliwości – czy to źle? Dzieło przecież nie ma jednego ustalonego znaczenia. Ja wiem, że nie o to chodzi. Że chodzi o to, żeby nie narzucać na siłę. Żeby nie wkładać dzieła w kontekst dowolny. Trudno jednak zdecydować tak naprawdę który kontekst interpretacyjny jest już jednak przesadą. I wiem, że sam artyści wręcz czekają na „zadanie” im tematu. Wielu lubi pracować właśnie w ten sposób – mając konkretne zaproszenie do udziału w wystawie. Nie ukrywajmy zresztą, ale współczesne realizacje są wybitnie „kontekstowe”, są konstruowane tak, by poruszać bogactwo warstw interpretacyjnych. I doprawdy, nie robi się wystaw, które są celebracją jakiegoś dzieła dla niego samego. Zawsze ważny jest temat.

Dla mnie samej oglądanie wystaw tematycznych bywa niezłą przygodą intelektualną i może wręcz pokazywać nowe strony znanych dzieł sztuki. Są oczywiście także złe wystawy tematyczne, robione z ustaloną listą artystów, z pracami dobieranymi wedle zasady „widzu domyśl się sam” (zresztą nadmierne wyjaśnianie też zabija wystawy), a także nadmiernie zintelektualizowane.

Jak zwykle ważne jest wyważenie sądów, a nie przesada. Ta ostatnia jednak jest wyrazista i medialna. Nie ma ryzyka, że jak napiszesz coiś i wyrazisz wątrpliwości, to potem ktoś Cię zaczepi i powie: "ale o co ci chodzi? Bo nie zrozumiałem".

5.10.09

Kongres Kultury i wykluczeni

Już po Kongresie Kultury. Trwają podsumowania, nie za wiele ich zresztą. Była to impreza polityczna, jednak dominuje przekonanie, że i tak warto było na kongresie być, śledzić jego dyskusje, brać w nich udział. Wymiernych efektów jakoś nie widać i myślę, że po prostu jeśli one się pojawią, to zależeć to będzie od środowiska, na ile się zmobilizuje, będzie potrafiło wypowiedzieć swoje potrzeby, powalczyć o swoje. Zgadzam się także z tymi, którzy podkreślają znaczącą nieobecność polityków, a zwłaszcza premiera na Kongresie. List od niego był ogólnikowy – i w ogóle – premier zdaje się nie przykładać należytej wagi do kultury, skoro, pomijając już Kongres, nie pojawia się na premierach spektaklach, wystawach.

Jak każda impreza Kongres zebrał jednych, wykluczył zaś innych aktywnych twórców kultury. To normalna kolej rzeczy, choć organizatorzy powinni mieć więcej otwartości i wyobraźni. Tak czy inaczej, ci na świeczniku, z nazwiskami są reprezentantami środowiska, naturalnymi jego liderami, lecz także – jak to dzisiaj modnie mówić – jego „ikonami”. Chciałabym jednak wspomnieć o jednej kategorii pominiętych. Są nimi pracownicy domów kultury i najmniejszych ich odmian – klubów osiedlowych. Twierdzę, że bez ich pracy kultura stałaby się o wiele bardziej elitarna, po drugie zaś – o wiele bardziej odrzucałaby współuczestniczenie, zakładałaby zaś prymat autorstwa, czysty podział na twórcę i odbiorcę, z odbiorcy czyniąc konsumenta. Tymczasem domy kultury i kluby osiedlowe są najbardziej wysuniętymi placówkami i niosą ofertę artystyczną w miejscach, gdzie mieszka po kilkadziesiąt tysięcy osób, nie mając poza jednym klubem, z zatrudnionymi np. dwoma osobami i kilkoma dochodzącymi, nic, po prostu żadnej innej możliwości uczestnictwa w kulturze.

Kluby takie prowadzą często niezwykle wartościową działalność i taką wizję kultury, w której odbiorca nie jest konsumentem. Praktykują bowiem współuczestnictwo, współpracę, eksperyment. W takich placówkach dzieci po raz pierwszy stykają się z kulturą. Pełnią one rolę wychowawczą, edukacyjną, prowadzą własne zajęcia, uczą stwórczości, oferują miejsca dla inicjatyw własnych, dają wparcie organizacyjne itp. Po prostu są nieocenione i niedocenione.

O ile wiem, pracownicy jednego z tysięcy takich małych klubów – Klubu Osiedlowego w dzielnicy Krakowa Wola Duchacka Wschód – nie wiedzieli o Kongresie, ale pewnie po prostu w ferworze pracy nie zwrócili na niego uwagi. I tak nie mieliby czasu wziąć w nim udziału. Po kilkuletniej walce o utrzymanie klubu, który na tym wielkim osiedlu spółdzielnia zlikwidowała, przenosili się właśnie do nowych, tymczasowych pomieszczeń. Dodatkowo organizowali wielki koncert na koniec starej siedziby i imprezy na początek nowego sezonu. Współorganizowali także Dni Otwarte Podgórza, robiąc dwa wielkie przedstawienia plenerowe.

Oczywiście, wykluczonych na Kongresie było więcej, na przykład NGO-sy. Można powiedzieć – sami sobie winni, nie zadbali na czas, nie zapisali się na listę itp. A jednak gdyby organizatorom zależało naprawdę na szerokim spektrum kultury, gdyby mieli wizję kultury otwartej, zakładającej kreatywność i współuczestnictwo, a nie trzymali się kurczowo kultury wielkich wydarzeń i od święta, to do takich ludzi z pewnością by dotarli. Szkoda, że tak się nie stało.

4.10.09

Korytarz pełen pytań

Kraków ma szczęście do prezentów. Został uszczęśliwiony m.in. wielką, pustą w środku głową autorstwa Igora Mitoraja. Głowa, rzucona jakby od niechcenia na Rynku, pod Wieżą Ratuszową, bez konsultowania z kimkolwiek lokalizacji, miała spoczywać tam chwilowo, jednak po kilku latach nic nie wskazuje, by miała kiedykolwiek stamtąd być usunięta. Dzisiaj stanowi atrakcję turystyczną: wszyscy chcą się fotografować w jej pustych oczodołach.

Innym darem, postawionym chyłkiem i bez pytania o zdanie, jest pomnik Piotra Skargi, autorstwa najbardziej płodnego wytwórcy pomników Jana Pawła II – prof. Czesława Dźwigaja. Ta statua z kolei nie posiada takiego potencjału rozrywkowego, co rzeźba Mitoraja, powiedziałabym nawet: nie ma żadnego potencjału. Nieszczęsna figura Piotra Skargi wygląda tak, jakby się miała zsunąć z kolumny, na którą wywindowano ją oszpecając placyk Św. Marii Magdaleny przy Trakcie Królewskim.

Teraz pojawiło się dzieło Mirosława Bałki. Zdaje się ono należeć do innej kategorii niż poprzednio wymienione, ale to niestety złudzenie. Jego wysoką jakość ma gwarantować nazwisko artysty wybitnego, jego z najbardziej znanych polskich twórców, który osiągnął także wymierny sukces zagranicą i wystawia np. w Tate Modern. A jednak przy jego pracy pojawiają się podobne problemy co przy poprzednich.

Korytarz AUSCHWITZWIELICZKA ustawiono na Placu Niepodległości na Starym Podgórzu, dokładnie tam gdzie stała poprzednia jego wersja, eufemistycznie nazwana „makietą”. Kraków i w szczególności dzielnica Stare Podgórze dostali zatem prezent. Mieszkańcy jednak nie przejawiają zadowolenia. Dzieło – przypomnę – ma postać korytarza, z sufitem, z którego wykrojono litery układające się w napis „Auschwitzwieliczka”. Napis został zainspirowany ofertą biur podróży, jest to częsta trasa turystyczna dla tych, którzy nie ograniczają się do zwiedzania miasta. Praca wygląda jak wielkie, położone na ziemi pudlo, z najdłuższą ścianą na ziemi. Przypomnę, że chybotliwa „makieta” z płyt wiórowych stanęła na placu w czerwcu, z okazji festiwalu ArtBoom, potem ją zdjęto. Obecnie dzieło przybrało formę ostateczną, ale lokalizacja jest tymczasowa: do momentu gdy korytarz zostanie przeniesiony pod nowo tworzone muzeum sztuki nowoczesnej, na Zabłociu.

Przy okazji pisania o festiwalu wspominałam już, że nikt nie wytłumaczył dlaczego nie mamy do czynienia z dobrą wersją dzieła, które wcześniej zapowiadano jako jeden z najmocniejszych jego punktów. Teraz, gdy w końcu września ustawiono wersję betonowa, pojawiły się nowe kontrowersje i znaki zapytania. Organizatorami wydarzenia są Krakowskie Biuro Festiwalowe, Fundacja Wschód Sztuki i Festiwal Sztuk Wizualnych ArtBoom. Organizatorzy jednak o festiwalu prawie już nie wspominają. Akcent przesunął się na powstające muzeum. Tymczasem oficjalnie wiadomo jedynie, że budynek muzeum powstaje – i ma być gotowy w przeciągu roku. Prezydent Krakowa ani jego pełnomocnik do spraw kultury nie wypowiadają się na ten temat.

Zastanawia mnie dlaczego Mirosław Bałka, znany z niezwykłej dbałości o poziom wykonania dzieł i przykładania wielkiego znaczenia do ich precyzyjnej lokalizacji, zgodził się po pierwsze na makietę, a po drugie – na obecną lokalizację korytarza na Placu Niepodległości. Lokalizacja ta wzbudziła protesty mieszkańców Starego Podgórza. Odezwało się m.in. znane z prężnej działalności Stowarzyszenie Podgorze.pl, a także rada dzielnicy. Według nich nikt nie konsultował ani z radą, ani z mieszkańcami idei i lokalizacji dzieła.

Miejsce, na którym postawiono „prezent”, jest jednym z głównych placów dzielnicy. Pełni ważne i różnorodne funkcje. Przede wszystkim reprezentacyjne: jest jedną z bram do Podgórza, z jednej strony otwiera się na most Piłsudskiego i Wisłę, z drugiej na wzgórze Krzemionki. Funkcje komunikacyjne placu są także nie do przecenienia: ludzie przechodzą przezeń dążąc do licznych szkół usytuowanych dookoła, czekają na zajęcia (tuż obok znajduje się KS Korona, a także duży fitness club), plac przylega do ruchliwego skrzyżowania i przystanków. Wreszcie – miejsce daje możliwość spędzania wolnego czasu dla bardzo wielu osób: z dziećmi, starszych itp. Znajdują się tu punkty wodne, trawniki, rabaty, drzewa, wiele ławek. Plac związany jest z historią Podgórza, znajdowały się tam koszary. Z racji jego centralnego położenia i rozległości organizowano tam imprezy plenerowe. Dobrze i intensywnie służy lokalnej społeczności, nie pojawiają się tam wcale turyści.

Te wszystkie, bardzo istotne funkcje zostały zakłócone wstawioną arbitralnie pracą. Ludzie nie chodzą przez korytarz, tylko go okrążają. Betonowe pudło przegradza plac i zasłania dalsze widoki. Uniemożliwia także przeprowadzanie imprez plenerowych, bo stoi pośrodku. Podsumowując, korytarz Bałki wszystkim zawadza. Taki był pewnie cel tej pracy, ale skoro niechęć do niej dominuje, i to niechęć nie spowodowana bynajmniej jej wymową, lecz po prostu byciem zawadą, to znaczy, że został popełniony błąd i że nie jest to dobry przykład sztuki publicznej.

Moim zdaniem, wstawienie pracy do arbitralnie wybranej lokalizacji, bez przeprowadzenia poważnych studiów nad nią i w ogóle – po prostu bez wykonania specjalnie do niej pracy, jest wielką wadą. Komu bowiem ma służyć korytarz? Do kogo docierać? Nie oszukujmy się, praca Bałki jest potrzebna miastu, żeby chwalić się nazwiskiem. Przecież korytarz odwiedził sam minister Zdrojewski. Jednak tłumów turystów to Podgórzu nie napędzi. Jaki jest zatem sens lokalizować tę mocną znaczeniowo pracę z dala od miejsc turystycznych? Skoro z placu korzystają tylko mieszkańcy okolicznych ulic i po prostu Krakowianie, pędzący do pracy, sklepu czy po prostu spacerujący, to czy oni rzeczywiście są właściwym adresatem tego, co Mirosław Bałka chce powiedzieć o masowej turystyce i komercjalizacji oraz banalizacji Auschwitz? Przecież znacznie lepszą lokalizacją byłby Rynek Główny…


Dyskusja na stronie „Gazety Wyborczej”
Dyskusja na stronie Podgorze.pl

2.10.09

Wyjątkowo niezależny krytyk

Pojawił się nam krytyk bardzo niezależny. Niczym niezbrukany, prawdziwe niewiniątko. Daleki od wszystkich, a dystans ten, owa „splendid isolation”, która podkreśla na każdym kroku, pozwala mu na zachowanie zdrowego i realistycznego spojrzenia na obyczaje światka sztuki w wydaniu polskim. Czyta on przeterminowane, niemodne teksty, dostrzegając ich odwieczną aktualność, i nic nie umknie jego uwadze, niezręczne sformułowania zdradzające nieczyste intencje, podgląd, który przy jego spostrzegawczości nagle zaczyna okazywać się jak najbardziej wstydliwy. Nasz wspaniały jest przede wszystkim zatroskany właśnie o czyste ręce i intencje. Ma łatwość pisania, w wakacje się nudzi, wynalazł więc sposób na obejście oficjalnych sposobów dystrybucji: teksty swe wysyła do adresatów widniejących na liście mailingowej prywatnej, komercyjnej galerii Zderzak. Naszemu niezłomnemu nie podoba się męka Julii Leopold i znęca się na biedną dziewczyną, bo ta poddała się woli swoich mocodawczyń z Zachęty i tańczyła na wideoklipie Kozyry, chociaż nie cierpi tańczyć. Idealny nasz krytyk dostrzega i wytyka (rzekomą) koniukturalność i instynkt handlowy Rafała Bujnowskiego, który jest wg niego w stanie przehandlować nawet własną córkę (z powodu kolekcji, jaką artysta założył dla niej). Z uwagą, lecz i pobłażliwością wytyka niekonsekwencje poglądów Jakuba Banasiaka, Dorota Jarecka pisząca o wystawie Dawickiego jest dla niego już tylko ofiarą XX-wiecznego kultury masowej i lewackich utopii. Oberwał Andrzej Przywara, który – mimo sukcesu komercyjnego FGF – ośmiela się występować o dotację na książkę i ją dostaje.
Kłótnie, spory i wątpliwości polskiej sceny artystycznej jawią mu się ze zbawiennego dystansu jako po prostu cienie tańczące na sklepieniu Platońskiej jaskini, jako przykłady po prostu jakichś ciekawych okazów, które można obserwować przez szkiełko.
A jednak najbardziej znamienitym kuriozum do obserwacji okazuje się ów szlachetny, niezbrukany. Nazywa się on Jan Michalski – i ma jak największy interes w prowadzeniu owych walk, krytykowaniu, wytykaniu, szydzeniu. Prowadzi on bowiem (jeśli by kto nie wiedział) jak najbardziej komercyjną galerię Zderzak w Krakowie. Tematyka i sposób pisania jego tekstów każe myśleć o dość przyziemnych motywacjach je dyktujących mimo kreowania się na ostatniego niewinnego. Jakoś tak się jednak składa, że Jan Michalski sprzeczności interesów nie widzi, sprzeczności między działalnością krytyka a handlowaniem sztuką.
Szkoda, bo Michalski niejednokrotnie dotyka ważnych tematów, jednak w taki sposób, że sam siebie czyni niewiarygodnym. To, że nikt z nim nie dyskutuje, nie wynika z faktu, że dotyka tematów tabu, ale z tego, że jest po prostu i najzwyczajniej niewiarygodny.

5.9.09

Smakołyki

Tomek Kowalski, bez tytułu, seria rysunków, 2009

Ryszard Górecki, Zwierzęta w Powstaniu Warszawskim, obwoluta do książki, 2009

Krzysztof Kaczmarek, Pointyliści, obiekt, 2007


Anna Okrasko, Nienawidzę rodziny Borejko, banner, 2008



W Krakowie pojawiło się nowe miejsce, któremu warto kibicować. ”Delikatesy” na ulicy Sarego łączą w sobie rozmaite funkcje: od kawiarni i miejsca spotkań po księgarnię artystyczną z bogatym zaopatrzeniem w najlepsze, a trudno dostępne katalogi (a te wydaje się w Polsce coraz lepiej opracowane, coraz solidniejsze), miejsce na przyszłe wydarzenia i warsztaty, a wreszcie – galerię.

Delikatesy swoim debiutem przyciągnęły mnóstwo ludzi mimo wakacyjnej pory, a przecież znajdują się obok popularnego szlaku wiodącego w Krakowie ze Starego Miasta na Kazimierz. Znalazły lokalizację blisko, ale trochę z boku, na spokojnej i nieco sennej ulicy. To świadczyć może o powstałym od razu snobizmie na miejsce, ale równie dobrze o wakacyjnym głodzie wydarzeń.

Wystawa otwierająca działalność Delikatesów nosiła tytuł zasadniczy: „Książka w sztuce i kulturze polskiej". Była niewielka, ale przyjemna i na dodatek wcale nieoczywista, co jestem skłonna zaliczyć na plus. Kuratorskiego wstępu nie nazwałabym jasnym, raczej zamazuje intencje, bo wspomina m.in. o zanikającym czytelnictwie w Polsce. Co jednak uderza w niewielkim pokazie, przygotowanym prze Dawida Radziszewskiego i Martynę Sztabę, jest to, że książki pojawiają się w nim jako obiekty groźne, jako coś, co źle zapisało się w pamięci i z czym należy walczyć, bądź jako coś, co może zagrozić dopiero teraz – z różnych powodów.

Mamy zatem książki z założonego przez Ryszarda Góreckiego wydawnictwa Niewidzialny Znak. Książki, które wydał, noszą parodystyczne tytuły, takie jak: „Zwierzęta w Powstaniu Warszawskim”, „Wojna jest piękna. Estetyka konfliktu zbrojnego”. Należy skupić się na obwolutach, bo te noszą właściwie jedyną treść. Pointyliści to prawdziwa książka Joanny Guze Impresjoniści ze śladami po kulach. Jest to zatem książka po przejściach; dzieło, do którego strzelano. Strzały oddał Krzysztof Kaczmarek. Chyba nie trzeba się nawet zastanawiać dlaczego ta klasyka polskiej książki o sztuce wywołała furię młodego artysty. Strzelaniem dokonał symbolicznego mordu na ojcach-założycielach nowoczesnego malarstwa i ich naśladowcach, także i z krakowskiej ASP. Akt ten jest jednocześnie symbolicznym mordem na matce, czyli edukacji artystycznej, a w szczególności silnie zakorzenionym w Polsce sposobie opowiadania o sztuce. Rysunki Tomka Kowalskiego na pożółkłych papierach będących w istocie ostatnich kartkami pozyskanymi ze starych woluminów, mają związek z książką również poprzez jej przedmiotowy status, poprzez fizyczność. I tutaj wyraża się nonszalanckie traktowanie starych tomów, poprzez dostrzeganie w nich walorów użytkowych. Nie wiemy przecież z jakich książek Kowalski pozyskiwał papier, ważna była jego niska jakość, tendencja do żółknięcia, kiepski wygląd. Rysunki wyglądają trochę po Witkacowsku. Na takich właśnie kartkach fałszerze wykonują podróbki np. Kossaków. Dzisiaj już książki nie żółkną, bo są robione z papieru bezkwasowego. Z użytkowym podejściem wiąże się także pomysł Łukasza Jastrubczaka, który poszukiwał sześćset sześćdziesiątych szóstych stron z książek. Stworzył z nich własną książkę, niezbyt obszerną, bo nie jest łatwo o te strony. Otwartą kwestią pozostaje pytanie czy rzeczywiście zostały zakodowane na nich groźne przekazy, czy jest to raczej kwestia punktu widzenia. Na wystawie pokazywano jeszcze film Macieja Cuske o antykwariuszu zniechęcającym klientów. Książki wzbudzają w nim taką namiętność, że nie jest on w stanie się ich pozbyć, inni wielbiciele drukowanych stron stają się rywalami. W Delikatesach można było zobaczyć jeszcze obrazy Marcina Maciejowskiego: jeden przedstawiający indeks artysty, drugi książkę "Anna Karenina". Książki odmalowane wprost – od okładki, nie zdradzają swojej treści, stają się enigmatycznymi kwadratami, jedynie tytuły zaświadczają, że to indeks czy powieść Lwa Tołstoja. Do tego dochodzi jeszcze książka znaleziona w antykwariacie z wyciętym w stronach otworem na broń, przechowywana przez wojnę w krakowskim mieszkaniu. Broń nie wystrzeliła, a była przechowywana w niemieckojęzycznym podręczniku chorób skóry. Znowu książka została potraktowana przedmiotowo, pełniła inne funkcje, wprowadzała w błąd. Stała się tutaj tajemną szkatułką, skrytką. Historia, która ukrywa się w tym przedmiocie, pobudza wyobraźnię. Nieważna jest treść książki, ważny jest wtórny użytek zeń czyniony. Na podwórku kamienicy zawisł natomiast ogromny banner z napisem: „Nienawidzę rodziny Borejko”. Ta praca Anny Okrasko została umieszczona pierwotnie w Poznaniu niedaleko kamienicy, w której Małgorzata Musierowicz ulokowała wspomnianą rodzinę. Można w niej widzieć desperacki gest obrony Okrasko przeciwko ulubionej lekturze nastolatek, przedstawiającej wzorcową rodzinę wcielającą wartości mieszczańskie, jaką jest „jeżycka saga” poznańskiej autorki.

Wystawa jest przyjemna w oglądaniu, tak jak miłym miejscem są same Delikatesy. Jak się okazuje, pompatyczny tytuł wprowadza dezorientację, sama "Książka w sztuce i kulturze w Polsce" jest bowiem inteligentną zabawą w wynajdywanie przyczynków do sytuacji, gdy książki zagrażają, wywołują strach. Brakuje tutaj konsekwentnie przeprowadzonej narracji czy pokazania jakiejś wizji. Konsekwetnie za to pokazano książki nie tylko jako nośniki treści, lecz jako obiekty, fizyczne przedmioty.

Trzeba zauważyć przy tym, że przekonanie o destrukcyjnej sile słowa drukowanego stanowi co najmniej przekorny punkt wyjścia dla dopiero co startującego wydawnictwa. Z drugiej strony, bardzo podoba mi się to, że Delikatesy inaugurując działalność, nie eksplorują znanego do znudzenia wątku książki artystycznej.

Wystawa podąża raczej kluczem prezentacji kilku ulubionych artystów. Dodatkowo pojawia się czarny humor i postawa przekory. Świadczy o tym moim zdaniem nowy portret Marcina Świetlickiego namalowany przez Marcina Maciejowskiego, a wiszący w biurze Delikatesów. Mam nadzieję, że wizerunek wiecznie zatroskanego i niepewnego siebie "patrona", targanego sprzecznymi wewnętrznymi emocjami, przyniesie jednak im szczęście. "Patrona" dodajmy, wybranego na przekór samemu Świetlickiemu.



„Książka w sztuce i kulturze w Polsce”
Artyści: Maciej Cuske, Ryszard Górecki, Łukasz Jastrubczak, Krzysztof Kaczmarek, Tomasz Kowalski, Marcin Maciejowski, Anna Okrasko
Kuratorzy: Dawid Radziszewski, Martyna Sztaba

Wystawa czynna do 07.09.09 - można oglądać od poniedziałku do piątku w godzinach od 9:00 do 20:00

26.8.09

Minaret

Ten głos będzie na zasadzie „uderz w stół”, bo pragnę skomentować szeroko dyskutowaną ostatnio sprawę minaretu, czyli projektu dla Poznania, autorstwa Joanny Rajkowskiej. Projekt firmuje Fundacja Malta. Jak wiadomo z relacji ukazujących się np. w „Arteonie”, początkowo Joanna Rajkowska przedstawiła dwa projekty: jeden z nich to przekształcenie nieczynnego komina w minaret, drugi zaś to umieszczenie rzeźby przedstawiającej dostojnika kościoła rzymsko-katolickiego w nurtach rzeki Warty. W Poznaniu wybrano minaret. Warto jednak wiedzieć, że druga propozycja, nosząca nazwę Wodnik została wykorzystana w Krakowie podczas festiwalu ArtBoom.

Ten drugi, odrzucony w Poznaniu projekt – o ironio – nie wywołał nic oprócz lekkiej konsternacji, bo został głęboko ukryty w nurtach rzeczki Wilgi, tak że można się było jedynie domyślać po lekkiej plamie na powierzchni wody jego obecności (trudne to było nawet dla wtajemniczonych). Natomiast projekt minaretu dla Poznania, ciągle wzbudza emocje, polaryzuje sądy, skłóca ludzi, wciąż pozostając w sferze niezrealizowanych planów. I mam wrażenie, że takim pozostanie.

Są obrońcy projektu i ci, co go potępiają. Ja sama odnoszę wrażenie, że projekt nie powstał specjalnie dla Poznania. Równie dobrze mógłby zostać zaproponowany każdemu innemu polskiemu miastu. Przy tym, w być może w niezamierzony sposób pokazuje paradoksy, w jakie wikła się poprawnościowa problematyka i taka działalność artystyczna, która wyrasta ze sztuki krytycznej. Przygoda Joanny Rajkowskiej z Poznaniem ilustruje paradoksy, wobec jakich staje sztuka krytyczna na zamówienie. Artystka, jakby ich świadoma, zaproponowała realizację niejednoznaczną, irytującą, niepokojącą.

Ciekawe w kontekście minaretu jest wspomnieć projekt Centrum Kultury Islamu Al.-Fan, autorstwa Rahima Blaka, który dwa lata temu narobił sporo hałasu w Krakowie. Projektowi tego centrum siłę odbierało niezwykle silne zaangażowanie artysty w działania marketingowe przy małej wiarygodności samego pomysłu. Zapewne warto było wysunąć choćby tylko ideę Centrum. Jednak propozycja oscylowała pomiędzy prawdopodobieństwem a blagą, którą wszyscy podejrzewali. Został stworzony projekt architektoniczny, podobno znaleźli się chętni do sfinansowana placówki. Jednak lokalizacja pod Wawelem, o którą bili się najżarłoczniejsi inwestorzy, samochwalstwo młodego artysty i jego bełkotliwe wielomówstwo, sprawiało, że projekt nie chwycił, nie znalazł kontynuacji, mimo że jego autor jest naprawdę wyznawcą Islamu, i że wiele wysiłku włożył w stworzenie idei Centrum.

Jestem przeciwna przemienieniu komina nieczynnej fabryki? / zakładu? w minaret. Uważam bowiem, że stanowi on szantaż polityczną poprawnością, o czym pisze także Piotr Bernatowicz w ostatnim „Arteonie” (nr 8). W projekcie Rajkowskiej widzę chęć tworzenia przestrzeni agonistycznej w mieście, przestrzeni antagonizmu, przestrzeni, w której mógłby rozgrywać się konflikt (w czym widzę silną inspirację ideami Chantal Mouffe propagowanymi przez „Krytykę Polityczną”), drugą rzeczą jest zaś fascynacja obecnością symboli religijnych w życiu publicznym, wcielanie się ich np. w architekturę i ich władzę nad ludźmi. Jeśli minaret zostanie zrealizowany, jego obecność w Poznaniu będzie niosła zarzewie konfliktu, wiszące nad mieszkańcami miasta niczym ciemna chmura, nieustanne wyzwanie, nieustanne polaryzowanie opinii. Sam minaret nie jest przecież niewinną formą, jego potocznym odczytaniem w Polsce rządzi odniesienie sakralne. W Poznaniu nie było do tej pory meczetu, minaret stanowić tu będzie obcy kulturowy wtręt. Nie wiem jak wygląda reakcja wyznawców Islamu żyjących w stolicy Wielkopolski, czy wypowiedzieli się na ten temat i jakie jest ich zdanie o projekcie Rajkowskiej, czy nie widzą w nim manipulacji.

Nabudowanie minaretu na kominie jest aktem przepracowywania znaczeń, i – jak sądzę – ma wzbudzać skojarzenia z Holocaustem. W ten sposób, poprzez całkiem otwarte sięgnięcie do formy komina odsyłającego dalej – do pieców obozów koncentracyjnych, i poprzez przemilczanie tej kwestii w debacie nad projektem minaret mówi dobitnie o polskiej niepamięci w sprawie żydowskiej (mówi także zresztą o drugiej stronie tego zjawiska – o wszechpamięci, o tym, że istnieje zdecydowanie węższa od poprzedniej grupa osób, którym wszystko kojarzy się z jednym), do braku traumy po Zagładzie. Wątek duszności, złogów nieprzepracowanej pamięci niedającej spokoju – to niezwykle ważny wątek twórczości Joanny Rajkowskiej, widoczny przecież w najbardziej znanych jej pracach zrealizowanych w Warszawie: Palmie i Dotleniaczu. Ta męcząca nie-pamięć odniesiona zostaje do sytuacji Muzułmanów, ich domniemanego męczeństwa przy milczeniu świata. Minaret o takiej właśnie wymowie ma górować nad miastem – jako wieczna pokuta, wieczny wyrzut sumienia.

Gdyby Poznań zaakceptował projekt Rajkowskiej, uczyniłby to w niezrozumiałym dla mnie porywie: geście pokuty, jakiegoś szalonego umartwienia się za niepopełnione przewiny. Projekt minaretu został tak przedstawiony, że Poznań pozostaje jego zakładnikiem. Jeżeli bowiem go nie zaakceptuje, zostanie to uznane za decyzję tchórzliwą, przeciwko sztuce krytycznej i słusznej sprawie, jaką jest zwrócenie uwagi na – jak to tłumaczy m.in. „Arteon” – bliski już w czasie moment pojawienia się większej liczby Muzułmanów w Polsce. Minaret wzbudza opór i taki jest jego cel. Jednak konflikt przezeń wywołany wydaje mi się sztuczny i przebiega obok realnych problemów, jakimi żyją mieszkańcy Poznania.

Oczywiście, nie optuję za tym, by sztuka publiczna głaskała ludzi po główkach, ale sztuka, którą zmusza miasto i jego mieszkańców do poczucia winy, wydaje mi się zamysłem perfidnym.