19.5.09

Wystawa jako archiwum

Zaczął się Miesiąc Fotografii w Krakowie. Maj stał się w Polsce czasem fotografii, bo i w Łodzi trwa festiwal, i otworzyło się Biennale w Poznaniu. Nie zauważyliśmy jak fotografia stała się najbardziej rozchwytywaną dyscypliną artystyczną w naszym kraju. A ciągle znajduje się jakby z boku głównego nurtu życia artystycznego.

Krakowski Miesiąc Fotografii utrzymuje wysoki poziom z zeszłych lat. Tegoroczny sprawia wrażenie bardziej jednorodnego i konsekwentnego niż poprzednie. Nie widziałam do tej pory wszystkiego, jednak z tego, co zobaczyłam, wnioskuję, że to, co przeszkadzało dotychczas – część rzeczy włączonych na siłę – nie ma teraz miejsca. Tradycyjnie już imprez zorganizowano bardzo wiele, pojawił temat wiodący (pamięć przetworzona), gość festiwalu (Czechy), jest program off i sporo miejsc oraz instytucji współpracujących.

Bardzo sympatyczną cechę Miesiąca stanowi rozrzucenie go po mieście, co sprawia, że odwiedzając wystawy, chodzi się po Krakowie i poznaje niekoniecznie najbardziej znane i turystyczne zakątki. W tym roku zabrakło jednak wystaw w prywatnych mieszkaniach, co wcześniej dawało niepowtarzalna okazję do poznawania podszewki miasta, jego życia prywatnego. Można za to przejść się ulicą Starowiślną, co prawda niezbyt nastrojową, ale prowadzącą ze Starego Miasta do Wisły, i zobaczyć zdjęcia porozrzucane w różnych witrynach barów i sklepików. Znalazły się nawet w sklepie spożywczym w mojej kamienicy.

Zróżnicowaniu lokalizacji odpowiada zróżnicowanie charakteru imprez. Obok wystaw indywidualnych, są tu ambitne wystawy zbiorowe. Te ostatnie są dla mnie, prawdę mówiąc, najatrakcyjniejszą częścią Miesiąca. W tym roku wszyscy mówią o wystawie „Archiwum Centralne”. Zapowiada się pasjonująco, w życiu publicznym bowiem archiwa odgrywają zasadniczą, a zarazem złowieszczą rolę – mogą złamać komuś życie. Tymczasem „Archiwum Centralne” rezygnuje już na wstępie z oczywistych tropów. Nie ma publicystycznych odniesień do najnowszej polskiej historii. Segregatory i mikrofilmy znalazły się na zdjęciach Przemysława Pokryckiego, jednak nie ma mowy o tropieniu TW w wydaniu polskim.

„Archiwum” zmusza do wyjścia poza tradycyjne centrum Krakowa. Umieszczono je w fabryce Erdal, której wejście zdobi symbol firmy – wielka żaba w koronie (przy czym żaba jest koloru czerwonego). Wystawa ma aż czterech kuratorów. Ma też dość enigmatyczny wstęp, z którego najbardziej przypadł mi do gustu następujący passus: Miejsce, w którym dokonuje się […] proces fermentacji, maturacji archiwum fotograficznego: przestrzeń, w której z olbrzymiej masy nagromadzonego materiału wytrącają się sensy. Czy rzeczywiście z powyższego wynika, że zadaniem kuratorskim było nagromadzić masę materiału w nadziei na sprowokowanie procesów, które same wygenerują znaczenie? Ryzykowny eksperyment. Wystawa ma stanowić zbiór kilkunastu samodzielnych projektów. Taka zasada kompozycyjna ma uzmysłowić rozległość tematyki. Tak więc, oddzielne pokazy, zrealizowane przez oddzielne zespoły ludzi (co robi zresztą duże wrażenie: wystawa w końcu nie tak wielka, a wszędzie jakaś współpraca, jacyś asystenci, no i nie zapominajmy o aż czterech kuratorach!), mają poruszać rozmaite aspekty tematyki archiwalnej, pokazać jak różny użytek można czynić z miejsc, w których przechowuje się dokumenty, jak mogą one przysłużyć się sztuce.

Wrażenie jakby materiał wszedł na głowę kuratorom, jednak dominuje, tak jakby widząc rozległość pola, kuratorzy od razu złożyli broń (co zresztą zasugerowali we wstępie). Przy czym, jako osoby intensywnie nad czymś pracujące, obiekt swych poszukiwań zaczęli dostrzegać wszędzie. Inne podejrzenie, jakie żywię, jest takie, że dotarli do świetnych rzeczy, ale dość jednak przypadkowych. Tak by się tłumaczył nierówny poziom projektów wchodzących w skład wystawy. Rzeczy intrygujące sąsiadują ze wstrząsającymi, te z nudnymi, wtórnymi bądź wypadającymi komicznie. Zdarzają się też zmarnowane okazje.

Do tych ostatnich należą, moim zdaniem, fotografie przyrodnicze ze zbiorów Biblioteki Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Przedstawiają martwe zwierzęta, albo jakieś po nich pozostałości (np. czaszki). Jest ich dosłownie kilka, a szkoda, bo stanowią bardzo obiecujący, niepokojący w wymowie materiał. Ich powiększenie do rozmiarów fototapety, a także wybór zdjęć atrakcyjnych ze względu na kuriozalność, upiorność i niesamowitość, sprawia, ze patrzy się na nie jako na estetyczne, tracące myszką okazy. Straconą okazję stanowi też archiwum Zbigniewa Dłubaka. Archiwa artystów to w ogóle olbrzymi i pasjonujący temat. Mieszają się w nich źródła inspiracji, rzeczy, którymi nigdy się nie zajęli, choć zamierzali, dokumentacja własnej twórczości, zawsze czekająca na uporządkowanie. O zajęcie się archiwum Dłubaka został poproszony Krzysztof Pijarski, który nie dał sobie rady, bo nie miał pojęcia jak je ugryźć. Stąd dość nieśmiałe próby przeniesienia archiwum do Fabryki Erdal w formie po prostu przefotografowanej – i to w skromnym wyborze, jak sądzę. Gdyby jeszcze całość, to znaczy każda kartka i każdy element ze zbiorów artysty znalazł się na zdjęciach, tymczasem trafiły tu materiały wyselekcjonowane, nie wiadomo według jakiego klucza. Niewiele z nich wynika. Tak samo zresztą jak oglądanie już po raz nie wiem który filmu dokumentującego działania Kowalni. Pracownia Grzegorza Kowalskiego nie jest niczemu winna, ale pokaz irytuje, bo sprawia wrażenie jakby nie było w Polsce innych twórczych pracowni. Pewnie stanowią rzadkość, trudno jednak uwierzyć, że Kowalnia i długo nic.

Najciekawszą część stanowi grupa projektów prezentujących zdjęcia związane z historią, propagandą, służbami specjalnymi, szpiegowaniem ludzi, lub jeszcze inne projekty dokumentujące rzeczywiste wydarzenia, fakty. Zespół zdjęć z Pragi czeskiej stanowi wstrząsający dokument. „Praga w obiektywie tajnej policji” to materiały operacyjne bezpieki, w wyborze Vladimira Bosaka, które – jak głosił tekst komentarza – nigdy wcześniej nie zostały wywołane, a pochodzą ze szpiegowania ludzi. Dziwne i niezbyt komfortowe wrażenie sprawia świadomość, że zdjęcia te to coś więcej niż tylko obrazki. Że miały władzę nad ludzkimi życiami, ludzie na ich podstawie lądowali na długie lata w więzieniu, byli zsyłani do pracy palacza w kotłowni (jak Hrabal) itp. A teraz leżą sobie gdzieś w jakichś teczkach, na półkach. Na te, które pokazano w „Archiwum” być może nikt nawet nie spojrzał. Dopiero teraz patrzymy na nie, ale spojrzenie się zmieniło, nie oznacza zagrożenia, oskarżenia o czynienie rzeczy antypaństwowych czy zabronionych przez prawo. Dzisiaj zdjęcia zostały wybrane ze względu na wartość wystawienniczą. Mają więc być interesujące, odpowiednio wymowne, przenosić wartości estetyczne. Ich zła jakość, specyficzna kompozycja, niedoświetlenie sprawia, że czujemy historię czającą się za plecami, groźbę tych narzędzi prześladowania.

Podobną problematykę podejmują zdjęcia z Poznania („On Duty. Poznań 56”). Kolejny już raz na Miesiącu Fotografii pojawia się zestaw zdjęć dokumentujących Poznański czerwiec 1956. Tym razem są to zdjęcia robione z ukrycia – aparat był ponoć umieszczony w guziku – i przez to, że nieupozowane, spontaniczne, robią tym bardziej wstrząsające wrażenie. Widzimy początek protestów: ludzi, którzy spontanicznie dołączają do demonstracji, wysypują się z okien, obserwują. Uderza dokument epoki, jak wyglądali, jak biednie byli ubrani. Jednocześnie nad ludźmi tymi wisi groźba, symbolizuje ją zaznaczony nad niektórymi głowami, na niektórych zdjęciach krzyżyk, oznaczający, że ten fragment jest do powiększenia. Fotografa nie widzi nikt – mamy więc autentyczny dokument epoki, z samego serca wydarzeń, wykonany w ramach czynności operacyjnych SB.

Oba zespoły zdjęć dotykają więc podobnego problemu: dokumentu i jego władzy nad ludźmi. Nie bardzo jednak wiem jaki aktualny problem związany z archiwami się tutaj pojawia. Czy coś więcej ponad banalne stwierdzenie o tym, że można czynić z nich różny użytek i że zdjęcia w nich przechowywane mają rozmaite zastosowanie, które zmieniają się w miarę upływu czasu.

Do tej grupy dochodzą inne, niezwykle interesujące zestawy zdjęć: „Nein, Onkel. Kadry z innego frontu 1938-1945” ze zdjęciami pochodzącymi z Archiwum Współczesnych Konfliktów w Londynie oraz zdjęcia z pracowni fotograficznej przy Muzeum Żydowskim w Pradze. Wnoszą one inną nieco problematykę, wiążą się z kreacją obrazu, z upamiętnianiem, więcej w nich kreacji, nie pokazują przy tym typowych obrazów, kojarzących się z danymi wydarzeniami historycznymi. Pierwsza grupa, „weseli Naziści”, pokazuje co się działo na zapleczu frontu, chwile odprężenia, zabawy żołnierzy III Rzeszy. Pokazuje młodych chłopców i dojrzałych mężczyzn, jak w czasie wakacji, w śmiesznych przebraniach, w wiejskim plenerze. Jak napisano nie bez racji w komentarzu, wykonywane do domowych albumów fotografie pokazują ludzi oddających się codziennym czynnościom, w tym beztroskiej zabawie często zabarwionej podtekstami erotycznymi. Z kolei fotografie z Muzeum Żydowskiego to inscenizowane martwe natury. Nie są one jednak „niewinne”, przedmioty wybrane do nich stanowią mienie zagrabione Żydom w czasie wojny. Przedmioty te zostały poustawiane w rytmiczne kompozycje, raz np. pojawiają się termometry lekarskie, innym razem termosy i wszelkie inne przedmioty, jakich używa się w domu. Jak piszą Daniella Deutelbalm i Ondrej Chrobak, przedmioty te należały do kogoś, kto je nabył, ich używał i być może lubił. Są zaś fotografowane przez kogoś, kogo przedmioty wkrótce skończą w ten sam sposób. Zdjęcia, robione z użyciem reguł kompozycji awangardowej powstawały bowiem przy Gminie Żydowskiej jako ilustracje do rocznych sprawozdań z rabunku majątku tych, których zdążono już wywieźć.

Zestawy te uzupełniają się. I tu, i tam mamy do czynienia z poczuciem niewygody. W pierwszym przypadku uwodzi, ale i uwiera świadomość, że na zdjęciach niewinnie bawią się kaci i że tak jak my lubią zachody słońca, małe pieski, wyścigi w workach i tym podobne, poczciwe atrakcje życiowe. Na pewno zresztą zdjęcia te nie byłyby nawet w połowie tak interesujące, gdyby występowali na nich jacykolwiek mężczyźni. W zestawie praskim mamy do czynienia z efektem działalności tych właśnie mężczyzn, co tak niewinnie się bawią. Nie widzimy twarzy ofiar, ale widzimy ślady ich zwykłego życia. I tu, i tam, nie to, co widzimy, jest ważne i tworzy napięcie, ale historia, która stoi poza zdjęciami, w tle. Do odbioru tych zdjęć potrzebna jest znajomość tego kiedy i w jakich warunkach powstały. Inaczej będą to zwykłe, może i śmieszne obrazki. Jaką rolę w ich wypadku pełnią archiwa? Przechowywanie i udostępnianie. Zadanie interpretacji do archiwów już nie należy.

Ze wspominanego już Archiwum Współczesnych Konfliktów pochodzi także zestaw zdjęć Igora Vikhoreva. Te powstały niezależnie od biegu historii. Znamy inne przykłady takiej działalności, na poły obsesyjnej, na poły artystycznej w reżimie totalitarnym. Przybierają one formę działań prywatnych, na własny użytek, często pod osłoną czterech ścian domu. Zdjęcia były robione w latach 60. w Petersburgu, w czasie Chruszczowowskiej odwilży. Pojawia się na nich kobieta pozująca pewnie i władczo, często dosiada mężczyzny lub zwierząt (co pewnie w niezamierzony sposób nawiązuje do archaicznej ikonografii bogiń, ale to inna sprawa). Tutaj na pozór historia jest zupełnie nieobecna. Oczywiście, to nieprawda, bo widać ją przez swoiste zamknięcie się tych zdjęć, skupienie się na prywatności, ściśniętą, ograniczoną przestrzeń. W samej formie pojawiają się tu elementy mówiące o ciśnieniu historii. Tak więc, w archiwach znajduje się także miejsce na prywatne, erotyczne obsesje, które mimochodem dają świadectwo czasom swego powstania.

Inne zdjęcia nie wchodzą już w skład tak mocnych całości i stanowią mniej lub bardziej trafiony do dodatek do wspomnianych projektów. Najciekawsze, lecz o zupełnie innym charakterze i obdarzone kompletnie odmienną interpretacją, są zdjęcia z kolekcji Wojciecha Nowickiego. Interpretację tę charakteryzuje pewna lekkość, żeby nie powiedzieć nonszalancja, która wyróżnia ten zespół archiwalny, od reszty, kojarzącej się raczej z „ciężką” historią, rzeczami zasadniczymi. Według Nowickiego zatem zdjęcia należy zostawić z pewnym niedomówieniem, pozwolić im na posiadanie tajemnicy. To – cytując kolekcjonera – zbiór, który pozornie donikąd nie prowadzi. Nie wiadomo bowiem o tych zdjęciach nic. Tak więc archiwum Nowickiego, to nie archiwum, a zbiór czystych obrazów, bez żadnych podpórek. To stare zdjęcia, niewielkie odbitki, które jakby podglądamy przez dziurki w ścianie. Wybrane ze względu na „coś”, co w każdym z nich tkwi – jakąś dziwaczność przyciągającą uwagę. Mniej najbardziej przypadł do gustu jednak sporych rozmiarów wydruk, jakiegoś bagnistego terenu, gdzie w cienistej wodzie odbijają się drzewa. Nic nie wiadomo. Informe w czystej postaci. Jednak nie podejmuję się poszukiwania związków tego projektu z ideą wiodącą całej wystawy. To raczej ciekawy przyczynek do problematyki kolekcjonerstwa i obrazu-wizerunku w ogóle.

„Wszystkie śluby mojej mamy” Grażyny Makary porusza problematykę niezwykłej uniformizacji prywatnych uroczystości. Wszystkie one wyglądają tak samo i tak samo nijako. To dokumentacja z Urzędu Stanu Cywilnego w Sobkowie - zdjęcia ze ślubów cywilnych, od lat siedemdziesiątych po 2003. To, co ta część projektu daje do myślenia i co pozostawia po sobie, jednak bardzo kojarzy się z dokonaniami innych artystów. Mnie do głowy przychodzi natychmiast Alexander Honory, który ze zdjęć znalezionych, dokumentujących uroczystości rodzinne, jak śluby czy chrzty, pokazał ich brzydotę, powtarzalność, nijakość. Potraktował je jako klocki w abstrakcyjnej kompozycji z ludzi.

Zdjęcia wchodzące w ramy „Dokumentacji fotograficznej zmienności genetycznej w europejskiej kolekcji odmian buraka ćwikłowego” wydają się być w tym sąsiedztwie kompletnym nieporozumieniem. Zastanawiam się dlaczego je odbieram jako komiczne, bo przecież to jeden z bardziej typowych przykładów zawartości archiwum. A jednak do tej wystawy nijak nie pasuje. Dzieje się tak, bo buraki pojawiają się nagle, nie poprzedzone niczym ani nie znajdujące niczego, co by ich wątek – mechanicznego, naukowego archiwum i czystej dokumentacji – kontynuowało. Pojawiają się – nomen omen – ni z gruszki, ni z pietruszki.

Jestem jednak gotowa przyznać rację kuratorom. Ta wystawa jest rzeczywiście rodzajem archiwum. Sama zbiera materiały na zasadzie trochę przemyślanej, a trochę jak popadnie. Pojawiają się tutaj pewne wątki, pokrewieństwa. Trudno jednak ocenić czy wygenerowała je sama masa materiału czy świadomy zamiar. Brakuje mi tutaj konsekwentnie poprowadzonej myśli, brakuje zdecydowania się na jakąś konkretną problematykę.

Jednak wystawa ta ma wiele zalet. Bardzo przyjemnie się ją ogląda, co nie jest bez znaczenia. I ostatecznie, nie wszystkie wystawy muszą rozprawiać się w sposób definitywny z jakąś problematyką, dogłębnie ją penetrować.

Ta wystawa zatrzymuje się w pół drogi, powstrzymuje się przed definiowaniem, jest impresją obdarzoną dużą dawką poczucia humoru.

To w sumie całkiem niezła rekomendacja.


"Archiwum Centralne", Miesiąc Fotografii w Krakowie, Fabryka Erdal, Kraków, czynne do 31 maja 2009, kuratorzy: Karol Hordziej, Piotr Lelek, Wojciech Nowicki, Łukasz Trzciński

strona www Photomonth

2 komentarze:

  1. To ciekawe, co Pani pisze - "materiał wszedł na głowę kuratorom". Może w ten sposób ukazana została niemożność pełnej, systematycznej, idealnej archiwizacji - utopijność całego projektu katalogowania, jego skazanie na przypadkowość i arbitralność?
    Ja z kolei zdjęcia buraków (rzeczywiście zaskakujące) odebrałam jako pokazanie archiwum naukowego po prostu - archiwum mającego pozostawać poza emocjami, historią, pozanaukowymi celami, dążącego do maksymalnej obiektywności. I co otrzymujemy - coś nudnego ale i trochę zabawnego (jeśli umieścić to poza pierwotnym naukowym kontekstem) - zwykłe buraki, poukładane jeden obok drugiego. Okazuje się, że idealne archiwum jest możliwe tylko w przypadku zupełnie nieciekawego przedmiotu jakim jest burak :-)))) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. While I surf blog , i found a all new trick in http://pic-memory.blogspot.com/

    Vistor can comment and EMBED VIDEO YOUTUBE , IMAGE. Showed Immediately!
    EX : View Source.
    http://pic-memory.blogspot.com/2009/02/photos-women-latin-asian-pictu...(add photos and videos to Blogspot comments).
    Written it very smart!
    I wonder how they do it ? Anyone know about this , please tell me :D
    (sr for my bad english ^_^)

    OdpowiedzUsuń