Dorota Lampart, Śmierć matki, ok. 1934, tempera na papierze, Muzeum Etnograficzne w Krakowie
Dorota Lampart, Sen, 1967, akwarela, tempera na papierze, Muzeum im. Orkana w Rabce-Zdroju
Była odmieńcem, słusznie zatem postępuje kuratorka wystawy – jak się okazuje, w ogóle pierwszej indywidualnej – podkreślając wagę jej osobowości, biografii, miejsca, w którym żyła. Grażyna Mosio mówi, że Dorota Lampart była osobowością skomplikowaną i nie da jej się zamknąć w figurze wiejskiej wariatki, nawiedzonej dewotki, lub – odwrotnie – świadomej własnej wartości, wykorzystującej zainteresowanie kolekcjonerów sztuką nieprofesjonalną artystki „naiwnej”.
Takich jak ona określa się mianem nieprzystosowanych, mówi, że „urodzili się w złym miejscu i czasie”, w pewnym sensie żałując ich zmarnowanej szansy i talentów. Określenie zawiera bowiem w sobie przekonanie, że gdyby żyła w innej rodzinie i środowisku, to jej talent miałby szansę rozkwitnąć, a ona sama zdobyłaby większe uznanie i tworzyła bez żadnych ograniczeń. Istnieje zatem pokusa, by wpisać ją we współczesną wersję Janka Muzykanta, lecz czy należy ulegać sentymentalnemu szantażowi w niej zawartemu? Nie wiadomo jak inaczej potoczyłyby się losy Doroty Lampart gdyby jej matka nie była góralką służącą w Krakowie, gdyby jej życiu towarzyszył ojciec, nie wiadomo, czy w rodzinie z lepszymi możliwościami, a przede wszystkim dostępem do edukacji, w ogóle poświęciłaby się tworzeniu i jaką ono by przybrało formę. Być może robiłaby coś zupełnie innego, może właśnie trudne warunki spowodowały, że malowała wizje świętych, za które była ceniona, ale i wyśmiewana. Hipotetyczne losy artystów – temat na pasjonującą wystawę? Książkę? Esej?
Nawet urodą się wybijała z otoczenia, pociągła twarz, drobne, regularne, wyraziste rysy (jak głosi legenda, jej matka była piękna). No i bieda wokół niej, ruina, do której doprowadzała kolejne domostwa. Była trudna w kontaktach, nieufna, wśród ludzi ze wsi wzbudzała politowanie, ale i zazdrość – bo dostaje pomoc „za nic”, bo przyjeżdżają do niej ludzie z miasta, bo przecież próżnuje nie zajmując się uprawą ziemi ani należycie obejściem. Miała świadomość własnej odmienności, nawiedzały ją sny, gadała ze świętymi. Pasała bydło po nocy, wszystko robiła na opak, unikała ludzi – i czekała na odmianę losu. Wierzyła, że zdarzy się cud i cudem powije bliźnięta, bo przed domem jej dziadków rosło drzewo o rozwidlonym pniu. Czuła się lepsza, a jednocześnie była niezaradna, uparta i wrażliwa. Ale znowu też nie działo się tak, że dawała się wykorzystać, że nie widziała jak ją naciągają i nie reagowała na to. Mimo, że wychowywali ją dziadkowie, że matka zachorowała psychicznie i młodo zmarła, nie musiałaby wcale żyć w biedzie i brudzie. Jej osobowość niełatwą, barwną i pełną sprzeczności starano się pokazać na krakowskiej wystawie.
Wystawę w Muzeum Etnograficznym otwiera seria zdjęć. Z jednej strony wielkie, panoramiczne ujęcie przysiółka Czarnotowa z porośniętymi trawą, kwiatami i ziołami łąkami na stokach, z grzbietami Beskidów w tle. Słoneczny dzień. Aż się słyszy jak muchy brzęczą. Z drugiej strony drzewo genealogiczne Doroty Lampart: seria zdjęć malarki, jej domu, przodków. Trudno o bardziej demonstracyjne przedstawienie zamysłu przyświecającego całości. O malarce, a szerzej – o sztuce nieprofesjonalnej – nie da się mówić bez uwzględnienia wszystkiego, co jej towarzyszy i tworzy jej tło. Bez tła okoliczności życiowych sztuka nie ujawniłaby swego bogactwa, bez niego można coś istotnego pominąć. W przypadku twórczości nieprofesjonalnej, mamy więc do czynienia nie tylko ze sztuką, ale i z życiem. Mamy przed sobą obie te sfery i one się splatają do tego stopnia, że stają się nierozłączne – jak wstążki w warkoczu. Nie da się zrozumieć jednego bez pojęcia drugiego. Sztuka i życie wzajemnie się potrzebują, ale i tłumaczą poprzez siebie, i jedno, i drugie pozostawione samo sobie pozostaje niepełne, wybrakowane. Nie tylko życie formuje i może deformuje sztukę, ale i sztuka egzystencję zmienia, nadaje jej nowego sensu, każe jednak płacić za o wysoką cenę: odmienności.
Ciekawie została zbudowana wystawa w Muzeum Etnograficznym. Stworzono ją jako wielogłos. Zatem nie tylko widzimy samą artystkę, ale też słyszymy jak mówi i śpiewa, obserwujemy ją w zaniedbanym otoczeniu, wśród zwierząt. Widzimy także kopie listów od rozmaitych osób do Doroty Lampart. Ale w tym świecie i tak główną rolę odgrywają obrazy. A na obrazach: święci i modlitwy, które sama tworzyła i kaligrafowała obok wizerunków. Duże postacie, najczęściej skrystalizowane w trwaniu, zatrzymane w kontemplacji, w modlitwie. Nawet na podstawie skromnego wyboru z tej wystawy można jasno zobaczyć, że Dorota Lampart sięgała do pierwszych źródeł sztuki. Zupełnie naturalnie sięgała bowiem do sacrum, świętych często widywała w snach, dostrzegała cudowne pod powłoką świata widzianego, szukała w sztuce pocieszenia. W jej obrazkach królują zieleń, kwiaty, wnętrza – a na ich tle święte osoby i kontemplujące ich obecność Dorota. Jak zauważa Agnieszka Sabor, sceny emanują pogodnym nastrojem, nie ma tu okrucieństwa i zła. Nawet śmierć matki, w obecności aniołów i diabła, odbywa się w atmosferze skupionego, radosnego oczekiwania. Wizje w wydaniu malarki nie mają w sobie nic z agresji, niewiele z odgrywania się. Wizje te pokazują raj na ziemi, a raczej przebóstwioną rzeczywistość. Więc śmierć matki, dalej – różne wersje nieba z hieratycznie pousadzanymi rzędami aniołów, świętych i zbawionych, z wynalezionym na jej własny użytek kolażem, i niesamowity sen z płaszczami i koronami, w którym symbolizowana postać Marii znajduje się pośrodku i jest największa. Cierpienie zawiera się tutaj np. w ocalałych z pożaru stacjach Drogi Krzyżowej, jednak nie jest wyeksponowane, wymaga skupienia i przeżycia obrazu.
W gruncie rzeczy niewielka, skromna właściwie wystawa w Muzeum Etnograficznym wywołuje wielkie bogactwo komentarzy – jak pokazywać i komentować tego rodzaju twórczość samorodną, skromną i w zasadzie trudną w odbiorze. Mimo, że w ulokowano ją w podziemiach, to dokonano wielce udanej próby przywołania świata artystki, świata rozświetlonego światłem nie tylko letniego słońca, ale towarzyszących jej całe życie nadziei i wiary. Wystawę przygotowana z dużym wyczuciem i wnikliwością. Widać po niej oddanie i zaangażowanie kuratorki względem bohaterki jej pracy. A to wcale nie jest częste – w naszych cynicznych czasach.
"Wyrwany skrawek nieba. Malarstwo Doroty Lampart", autorka wystawy: Grażyna Mosio, Muzeum Etnograficzne w Krakowie, 23 stycznia - 16 maja 2010.