Serdecznie zapraszam na wystawę w Galerii Labirynt
27.3.12
11.3.12
Święto kobiet
8 marca 2012
Galeria Bielska BWA, tuż przed otwarciem wystawy Agaty Zbylut "Nic nie jest takie jak mówią"
19.2.12
Skandale w sztuce - książka i wykłady
Napisałam książkę poświęconą skandalom w sztuce. To moja pierwsza książka w życiu, tym większa radość.
Autorką (świetnej!) oprawy graficznej jest Anna Mokrzycka.
Wydało Wydawnictwo Park i Szkolne PWN.
Tutaj można zobaczyć informacje.
W lutym i marcu szykuje się seria spotkań i wykładów zainspirowanych tematem książki. Będzie o skandalach - z naciskiem na wydarzenia najnowsze. Zapraszam serdecznie do uczestnictwa jeśli ktoś z państwa będzie w pobliżu!
21 lutego Galeria Miejska w Tarnowie
24 lutego Galeria Labirynt w Lublinie
5 marca Galeria Arsenał w Białymstoku
13 marca Klub Osiedlowy Wola Duchacka Wschód w Krakowie
23 marca Galeria BWA w Katowicach
szykuje się także spotkanie w BWA w Zielonej Górze - dokładne informacje zamieszczę jak tylko ustalimy datę
31.1.12
Monika Drożyńska, z cyklu Libretto
Smutna historia Halki
Niedawno, bo
tuż przed świętami, 23 grudnia, odbyła się oczekiwana i szeroko komentowana
premiera Halki. Teatr Wielki Opera
Narodowa wystawił dzieło w reżyserii Natalii Korczakowskiej i opracowaniu
muzycznym Marca Minkowskiego. Halka zebrała
w większości pozytywne recenzje, otrzymując pochwały przede wszystkim za próbę
uwspółcześnienia dzieła. Została uznana za dowód na to, że dzieło powstałe ze
szlachetnych intencji i nie lokujące się najwyżej w rankingach arcydzieł, może
dać dzisiejszym widzom coś, co ich zainteresuje. Na przykład intertekstualną
zabawę, satysfakcję estetyczną, komentarz na tematach współczesności. Joanna
Bator pisze jednak o straconej okazji, bo kiedy pierwszy akt dawał nadzieję na
ukazanie sytuacji kobiety uprzedmiotowionej, nie mającej możliwości ani
podejmowania decyzji, ani działania wedle własnej woli, to dalsza część Halki gubiła swoją społeczną wymowę w
bogactwie pomysłów inscenizacyjnych.
Pisząc te
słowa Joanna Bator nie zdawała sobie sprawy z tego, że obecna premiera Halki nie tylko zapomina o mówieniu
prawdy o położeniu kobiet, ale i w pewnym sensie – kobiety lekceważy. W pewnym
sensie, bo teraz pragnę opowiedzieć niezbyt budującą historię niezawiązaną z
samą operą, lecz z jej organizacją. Z dzisiejszą Halką bowiem wiąże się historia pewnej artystki, którą najpierw
zaproszono do współpracy, by następnie jej obecność pośpiesznie wymazać z
przestrzeni teatru i z towarzyszącej Halce
publikacji. To historia uwewnętrznionej cenzury, cenzury prewencyjnej oraz
przykład tego, jak narodowa instytucja postępuje z twórcami.
A było tak.
Na jesieni 2011 roku z Moniką Drożyńską skontaktował się kierownik Działu
Literackiego Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Zaprosił ją do współpracy
powołując się na wcześniejsze dokonania artystki. Tryb pracy został omówiony
telefonicznie i mailowo. Artystka kilka razy udała się także na osobiste
spotkanie do teatru. Umówiono się na kształt pracy, termin jej oddania,
honorarium, ustalono do czego zostanie wykorzystana. Monika miała współtworzyć
program towarzyszący inscenizacji opery Halka.
Została poproszona o wykonanie serii prac w technice haftu, które miałyby
złożyć się na wystawę w foyer, a także posłużyłyby jako materiał wizualny w
publikacji.
Wszystko
zdawało się zmierzać do szczęśliwego finału. Brakło jedynie umowy, która miała
nadejść pocztą lada dzień. Do premiery zostało niewiele ponad półtora miesiąca
czasu, pracy było multum, artystka przystąpiła więc do tworzenia haftów.
Pracowała dzień w dzień, zleciła także wykonanie pewnej ilości elementów
zaufanej współpracowniczce, pod własnym nadzorem. Dział Literacki Teatru
Wielkiego przysyłał jej wybrane fragmenty libretta, ona zaś miała wolną rękę w
ich interpretacji. Projekty poszczególnych prac były wysyłane do teatru i nikt
nie miał zastrzeżeń co do ich zawartości. Co więcej, osoby, z którymi artystka
bezpośrednio się kontaktowała, twierdziły, że projekty zostały podane do
wiadomości dyrekcji.
Gotową serię
dzieł artystka przesłała do Teatru. Na niewielkich obrazkach wyhaftowane
zostały kompozycję tekstowo-wizualne. Elementy wizualne to odrobinę zmienione
logotypy sieci handlowych, a także symbole polityczne. Całość nawiązuje do
publicystycznych plakatów i afiszy. Założeniem było dodanie do Halki współczesnego, krytycznego
komentarza.
I tutaj
zaczyna się coś bardzo dziwnego. Prace, dostarczone w terminie, zawisły na
jakiś czas na ścianie foyer. Obecnie jednak na żadnej ścianie, do której można
się dostać, nie wiszą. W tajemniczy sposób zniknęły też z programu. W tej
chwili Monika Drożyńska nie istnieje jako artystka zaproszona do współpracy
przy inscenizacji Halki w Operze
Narodowej. Nie dostała żadnej informacji o przyczynach zdjęcia wystawy i
wycofania z druku ustalonej wersji programu, do której stworzyła część
wizualną, dopiero zaś miesiąc po tajemniczym zniknięciu dzieł, dostała
wiadomość o planowanym ich odesłaniu do niej.
To, co
oficjalnie wiadomo, to po pierwsze fakt, że prace zostały zamówione; po drugie,
że zostały dostarczone, a po trzecie, że nie wiadomo było co się z nimi stało i
z jakiego powodu zniknęły. Pewne jest spowodowanie nieobecności Moniki
Drożyńskiej z inscenizacji Halki jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pewne jest niestety, że wystawy nie ma w
foyer, jak również nie uświadczysz jej prac w programie. Prawda, drogą
nieoficjalną dotarły do artystki skąpe informacje. Jej wystawa została zdjęta w
dniu konferencji prasowej z powodu dyspozycji wydanej – jakże by inaczej –
ustnie przez pełnomocnika dyrektora naczelnego Katarzynę Nowicką. Przyczyną
usunięcia prac miała być obawa przed niepoprawnością polityczną i sprawami
sądowymi. W ostatniej chwili Opera Narodowa zmieniła drukowany program, żeby
wymazać obecność niepoprawnych jej zdaniem prac.
Do dnia
dzisiejszego Monika Drożyńska nie została oficjalnie poinformowana przez Teatr
Wielki Operę Narodową ani o samym fakcie usunięcia prac, ani o przyczynach tej
decyzji. Zamiast komentować tę sytuację (nie znam bowiem stanowiska
dyrekcji), pragnę pozostawić czytelników z kilkoma pytaniami. Po pierwsze, czy
przypadek Moniki jest odosobniony, czy Teatr Wielki Opera Narodowa zwykł w ten
sposób postępować ze wszelkimi artystami z nim współpracującymi? A jeśli nie,
to jakie jest kryterium, doboru „lepszych” i „gorszych” artystów? Następnie
cisną się na usta pytania o to czy przedstawiciel instytucji narodowej
(publicznej po prostu) może sobie pozwolić na podejmowanie decyzji, która jest
zaprzeczeniem dotychczasowych zobowiązań tej instytucji i która nawet w
minimalnym stopniu nie szanuje ani pracy zaproszonego autora, ani samej jego
osoby? Czy pełnomocnik dyrektora może podejmować decyzje w kwestii oceny
poprawności politycznej dzieła? Czy może to czynić jednoosobowo i nie tłumaczyć
przed nikim z tej decyzji?
Ta historia –
jak widać – nie ma happy endu. Jak to zwykle z historiami cenzury bywa.
2.1.12
Widzenie Ezechiela
Zobaczone 1 stycznia 2012 na znaku drogowym, po wyjeździe z wiaduktu na Miodowej, tuż obok muru nowego cmentarza żydowskiego.
14.12.11
O krytyce
W przedostatnim numerze "Tygodnika Powszechnego" Marian Stala komentuje inicjatywę "Gazety Wyborczej", by wybrać najwybitniejszych przedstawicieli młodej literatury w Polsce - po to, żeby przewidzieć kto dostanie literackiego Nobla 2040. (Inicjatywę punktuje złośliwie Jaś Kapela). Wiadomo, media się stabloidyzowały, nie mogą napisać nic nudnego, za długiego, zbyt poważnego, wymagającego więcej niż kilka sekund (pół minuty to już za dużo) uwagi. Dobry przekaz medialny elektryzuje, angażuje emocje, więc trzeba robić głupie rankingi, kompletnie bez sensu oprócz zasadniczego sensu marketingowego. Nie zamierzam dłużej się znęcać nad tym pomysłem, dodam tylko, że nie pojmuję skąd akurat pomysł na Nobla 2040, a nie Nobla 2020 czy 2060. W czym rok 2040 góruje nad innymi datami? Oświećcie mnie, bo jestem oporna. Czy twórcy w żłobkach, bądź nieco starsi, nie są warci uwagi? Witkowski ma być lepszy od Rudnickiego, a Masłowska od Stasiuka? Bez sensu. A pozostając przy tak infantylnym sposobie myślenia o przyszłości, dlaczego nie pomijać faktu, że przyszli geniusze e-bookowej literatury właśnie się rodzą?
Mariana Stalę akcja "Nobel 2040" zainspirowała do wyciągnięcia daleko idących wniosków. Ponieważ mowa jest o dzisiejszym stanie krytyki, jego komentarz można rozciągnąć na inne dyscypliny. Cytuję: "...kto dzisiaj pisze o najnowszej literaturze, kto wpływa na kształtowanie jej obrazu? Skład powołanego przez „Gazetę” jury sugeruje, że ekspertami w dziedzinie nowej i najnowszej literatury (inaczej: w dziedzinie tego, co jest aktualnie wydawane) są najczęściej dziennikarze działów kulturalnych codziennych gazet i opiniotwórczych tygodników; akademiccy literaturoznawcy liczą się wtedy, gdy pojawiają się we wspomnianych mediach. Znaczy to – między innymi – tyle, że model krytyki, wykształcony w drugiej połowie XX w., przechodzi głęboki kryzys, a słowo „krytyk” powinno być używane oszczędnie." - pisze Stala.
Nic dodać, nic ująć. Mamy do czynienia ze schyłkiem znaczenia krytyki, w sensie dokonywania głębszej interpretacji. Pozycję krytyka podmywa bardzo silny prąd: kierowanie się mediów w stronę rozrywki. Infotainment. Culttainment, kult skandali.
Odpowiednikiem ankiety mogą być Paszporty "Polityki". Oczywiście, Paszporty to dłuższa historia, już pewna tradycja i wyrobiona "marka" (nie znoszę tego słowa). Paszporty, jak wskazuje na to ich historia i lista zwycięzców, wynikają zapewne z chęci bycia spektakularnym i z logiki rozrywki. Właśnie ogłoszone nominacje za rok 2011 mają otrzymać szersze potwierdzenie (nie tylko środowisko je akceptuje, lecz i świat szerszy). Stąd wzięło się aż dziesięciu członków jury w kategorii "Sztuki wizualne" - i znaleźli się tu po połowie kobiety i mężczyźni, jest tu i wpływowa bloggerka i pisma branżowe.
Uwaga Stali pozostaje mimo to aktualna. Nie ma tu żadnych akademików, są przedstawiciele albo popularnych mediów, albo mediów branżowych, ale jednak bardziej strawnych dla "ludzi z zewnątrz". Oczywiście, nie chodzi mi o to, żeby nagroda była przyznawana ludziom nominowanym tylko przez nasze środowisko, zwracam tylko uwagę na pewne tendencje. Same w sobie nie są złe i doskonale zgadzają się z tendencją galerii publicznych, by iść w stronę "edukacji" i zwiększonej "partycypacji". Dobrze jednak, że istnieje przeciwieństwo Paszportów "Polityki" ciągnących w stronę kontrolowanej popularności (co wschodząca klasa średnia polubi): Nagroda Kobro, przyznawana w Łodzi przez artystów.
Jednak osoby nie trawiące "naukawego" języka towarzyszącego najczęściej interpretacjom nowej sztuki, a mające potrzeby wychodzące poza poziom "Faktu", no może trochę więcej, ale niewiele, nie znajdą strawy w akcji "Polityki" - pisma, które tymi nagrodami ma potwierdzić fakt bycia wyznacznikiem zmian w stylu życia starej inteligencji: sytuującej się pomiędzy wygranymi nowego czasu (pretendentami) a starą inteligencją proweniencji lewicowej.
Co mam na myśli? Ułatwię Wam: nie jest to ostra, wyrazista krytyka, lecz osobiste "get no satisfaction": dobrze, że istnieją takie akcje i nagrody, ale co na to poradzę, że mnie śmiertelnie nudzą? Są nijakie i mało twórcze.
Mariana Stalę akcja "Nobel 2040" zainspirowała do wyciągnięcia daleko idących wniosków. Ponieważ mowa jest o dzisiejszym stanie krytyki, jego komentarz można rozciągnąć na inne dyscypliny. Cytuję: "...kto dzisiaj pisze o najnowszej literaturze, kto wpływa na kształtowanie jej obrazu? Skład powołanego przez „Gazetę” jury sugeruje, że ekspertami w dziedzinie nowej i najnowszej literatury (inaczej: w dziedzinie tego, co jest aktualnie wydawane) są najczęściej dziennikarze działów kulturalnych codziennych gazet i opiniotwórczych tygodników; akademiccy literaturoznawcy liczą się wtedy, gdy pojawiają się we wspomnianych mediach. Znaczy to – między innymi – tyle, że model krytyki, wykształcony w drugiej połowie XX w., przechodzi głęboki kryzys, a słowo „krytyk” powinno być używane oszczędnie." - pisze Stala.
Nic dodać, nic ująć. Mamy do czynienia ze schyłkiem znaczenia krytyki, w sensie dokonywania głębszej interpretacji. Pozycję krytyka podmywa bardzo silny prąd: kierowanie się mediów w stronę rozrywki. Infotainment. Culttainment, kult skandali.
Odpowiednikiem ankiety mogą być Paszporty "Polityki". Oczywiście, Paszporty to dłuższa historia, już pewna tradycja i wyrobiona "marka" (nie znoszę tego słowa). Paszporty, jak wskazuje na to ich historia i lista zwycięzców, wynikają zapewne z chęci bycia spektakularnym i z logiki rozrywki. Właśnie ogłoszone nominacje za rok 2011 mają otrzymać szersze potwierdzenie (nie tylko środowisko je akceptuje, lecz i świat szerszy). Stąd wzięło się aż dziesięciu członków jury w kategorii "Sztuki wizualne" - i znaleźli się tu po połowie kobiety i mężczyźni, jest tu i wpływowa bloggerka i pisma branżowe.
Uwaga Stali pozostaje mimo to aktualna. Nie ma tu żadnych akademików, są przedstawiciele albo popularnych mediów, albo mediów branżowych, ale jednak bardziej strawnych dla "ludzi z zewnątrz". Oczywiście, nie chodzi mi o to, żeby nagroda była przyznawana ludziom nominowanym tylko przez nasze środowisko, zwracam tylko uwagę na pewne tendencje. Same w sobie nie są złe i doskonale zgadzają się z tendencją galerii publicznych, by iść w stronę "edukacji" i zwiększonej "partycypacji". Dobrze jednak, że istnieje przeciwieństwo Paszportów "Polityki" ciągnących w stronę kontrolowanej popularności (co wschodząca klasa średnia polubi): Nagroda Kobro, przyznawana w Łodzi przez artystów.
Jednak osoby nie trawiące "naukawego" języka towarzyszącego najczęściej interpretacjom nowej sztuki, a mające potrzeby wychodzące poza poziom "Faktu", no może trochę więcej, ale niewiele, nie znajdą strawy w akcji "Polityki" - pisma, które tymi nagrodami ma potwierdzić fakt bycia wyznacznikiem zmian w stylu życia starej inteligencji: sytuującej się pomiędzy wygranymi nowego czasu (pretendentami) a starą inteligencją proweniencji lewicowej.
Co mam na myśli? Ułatwię Wam: nie jest to ostra, wyrazista krytyka, lecz osobiste "get no satisfaction": dobrze, że istnieją takie akcje i nagrody, ale co na to poradzę, że mnie śmiertelnie nudzą? Są nijakie i mało twórcze.
26.11.11
Zupa
Na wystawie Tillmansa w Zachęcie pokazują wiele zdjęć zaaranżowanych przez samego artystę, jak piszą w objaśnieniach wystawowych, w wielką instalację, gdzie tematy seksualności przeplatają się z politycznymi, a te z czystą estetycznością zdjęcia.
Gdy wybierałam się do Zachęty, ostrzegano mnie: „po co się tam wybierasz, czeka cię nuda, a nuda to coś najgorszego co w sztuce może się zdarzyć”. Zgadzam się, że nuda jest trudna do zniesienia, aczkolwiek ja sama właściwie z nudą się przyjaźnię, jest moją starą przyjaciółką.
Wybrałam się. Miły pan spytał mnie „pierwszy raz w Zachęcie?” – i uznałam to za komplement. Był bardzo opiekuńczy, wyjaśnił mi, że nie ma karteczek z objaśnieniami, co ludziom zasadniczo się nie podoba, ale tak chciał artysta. Czułam się trochę przytłoczona opiekuńczością.
Wystawa za to jest pełna powietrza, kolorów. Obrazy nie atakują, ale otaczają. Ulubione tematy laureata nagrody Turnera z 2000 roku to kwiaty, fragmenty z codziennych martwych natur, jakie serwuje nam nasze prywatne życie (brudne naczynia w zlewie itp.), ludzie, manifestacje polityczne, artykuły, maile, ilustracje prasowe, źle wydrukowane. Tillmans wykorzystuje wizualne archiwum, jakie nieustanne gromadzi. Rzeczy, które wpadają mu w oko. A oko ma wszystkożerne, mimo to wszystko nosi wyraźny ślad jego wyboru i osobistych upodobań.
Uderzające jest to, że Tillmans traktuje wszystko w ten sam sposób, ludzi i przedmioty, źle zadrukowane kartki papieru, dobrze zadrukowane kartki, które jednak są pomięte, maile o błędzie w dostarczaniu wiadomości, informacje prasowe, twarze, widoki z balkonu; kolory, plamy, płaszczyzny i obrazy. Z równą uwagą traktuje złe widzenie i dobre. Płaskie zdanie kuratorki wystawy, że widzi „piękno świata” po zastanowieniu wydaje się trafne. Otóż piękno, wartości estetyczne są najważniejszymi dla niego (jak się zdaje) w kwestii wyboru takiego a nie innego obrazu. Wycięcia tego obrazu z widzianego przez niego świata. Obraz gotującego się groszku jest tak samo ważny jak obraz świateł w dyskotece. Ludzie nie są tak bardzo ważni, można nawet powiedzieć, że Tillmans przejawia poważne schorzenie widzenia. Psychologowie dowiedli, że cechą ludzkiej percepcji jest wyszukiwanie w każdym motywie twarzy. Tillmans odwrotnie: w twarzy widzi to samo co w obrazie drzew w parku, miasta widzianego z lotu ptaka, zwierzęcia w zoo czy zbliżenia kwiatu. Widzi fragmenty, większe i mniejsze. Kilka tematów pojawia się z mocą refrenu, moją uwagę przyciągnęły obrazy snu.
Lecz z jeszcze większą siłą zatrzymało mnie jedno zdjęcie. To Ursuppe (2010). Nie podoba mi się ten tytuł, niepotrzebnie dopowiada. Zdjęcie jest sporych rozmiarów wydrukiem z drukarki atramentowej. Przedstawia całkiem ładną kompozycję, płaską, pozbawioną głębi. Jej kolorystyka to chromowe zielenie, ciepłe odcienie, wpadające w żółcie i brązy. Kolory błota i gnicia. Kolory bezformia. I rzeczywiście, to obraz tak wykadrowany, by nie było widać całości, fragment chodnika i ulicy, pokrytych liśćmi lub jakiegoś płytkiego zbiornika wodnego i jego obrzeżenia, wszystko przysypane liśćmi. Liście te leżą i grubą warstwą pokrywają grunt. I zmieniają swój stan skupienia. To zdjęcie pokazuje zmianę czegoś określonego w coś, co jest pozbawione definicji. Forma liści się psuje, wszystko staje się jedną masą. Obraz śmieci, gnicia, butwienia, stawania się masą, nawozem. Obraz ten jest bardzo piękny. Co w nim intryguje, to przemiana, zanikający kształt, osobowość rzeczy. Za chwilę przestaniemy rozróżniać formę liści.
To tak jak w komputerowej sztuce Tillmansa. Masz wrażenie, że nie liczą się indywidualności, konkrety. W jego oczach wszystko się miesza i tworzy pierwotną zupę obrazów, miazgę fragmentów, które razem składają się na jakąś masę. Trochę tak, jakby zmieszać ze sobą plastelinę o różnych kolorach. Tworzy się wtedy szarobury. Kolor ziemi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



