15.7.09

Wakacje w Beskidzie Sądeckim





Długo nie pisałam - wakacje mają swoje prawa.


W czasie urlopu odwiedzałam góry, zdarzyło mi się też pojawić kilka razy w Starym Sączu, który wszystkim polecam z czystym sumieniem i duszą na ramieniu, że za dużo osób pojawi się w tym wspaniałym miejscu, zachowującym wygląd i atmosferę małego galicyjskiego miasteczka, jakby czas się tam zatrzymał. Naprawdę, Kazimierz Dolny jest przereklamowany i w kategorii małych miasteczek przegrywa ze Starym Sączem (w moim prywatnym ankingu wyżej lokuje się także np. Dukla, Lesko czy Sandomierz).


W przewodniku Bogdan Mościcki pisze, że na szczęście Stary Sącz uniknął PRL-owskiej rozbudowy i bloków, i wszystko, co brzydkie, znalazło się na obrzeżach. W związku z tym miast służy za żywą ilustrację tego, co widzieliśmy podczas do wyprawy do Nowego Sącza. Ponieważ jestem wielbicielską skansenów, nie mogłam darować znajdującego się tam, bardzo ładnego i dobrze prowadzonego Sądeckiego Parku Etnoraficznego. Otóż, najnowszym projektem SPE jest Miasteczko Galicyjskie -kompletnie sztuczne, jakby makieta wielkości naturalnej, złożona z ratusza, domków dookoła, staży pożarnej itp., całość budowana za pieniądze unijne, a mająca za cel funcje usługowo-hotelowe bodajże. Ciekawe po co je budują, skoro mają pod nosem Stary Sącz - naprawdę stary, gdzie dominują małe domki z przechodnimi sieniami i ogrodami na zapleczach, gdzie wiele ulic jeszcze ma pieczołowicie zachowane kocie łby i gdzie naprawdę widać dobre zarądzanie - wiele jest wspólnej zieleni, ławek, jest czysto.

Pokazuję kilka zdjęć z Muzeum w Starym Sączu, prowadzo je towarzystwo miłośników tegoż miateczka, a zbiory są imponuąco rozległe, od znanych ludzi (Ada Sari, ksiądz Tischner), poprzez dokumenty, historię życia codziennego, po sztukę ludową. Na mnie wielkie wrażenie zrobił sposób ekspozycji, który nazwałabym "misz-masz", nie chcąc jednak zdeprecjonować wielkiego wysiłku włożonego w prowadzenie muzeum i kompletowanie zbioru.

25.6.09

Zalipie





Obrazki z Zalipia, konkurs "Malowana chata", czerwiec 2009

Kilka dni temu byłam w Zalipiu, trwało właśnie doroczne święto truskawki oraz rozstrzygnięcie konkursu na malowaną zagrodę. Wrażenie odklejenia od rzeczywistości uzyskane wyłącznie dzięki wsi. Zalipie nie oferuje jakichś szczególnych walorów krajobrazowych, leży na płaskim terenie, a wieś wydaje się być bezkształtna, gospodarstwa są porozrzucane to tu, to tam bez widocznego porządku. Straż pożarna i kościół oraz kilka innych wspólnych budynków, w tym speluniasty bar, są wymalowane w gęste bukiety i girlandy kwiatów. W centrum znajduje się dość ponura, betonowa budowla o trudnej, kanciastej urodzie :), która nosi nazwę Dom Malarek, rodzaj miejscowego domu kultury, który ma za zadanie podtrzymywać tradycję. Nazwa niezbyt ścisła, bo malują także i mężczyźni.

Fenomen Zalipia został zepchnięty do sfery zarządzanej przez etnografów i miejscowych działaczy kulturalnych. Tymczasem, ciągle kultywowane malarstwo na ścianach domów i obejść jest zjawiskiem wartym szerszej uwagi.

Niesamowite co tam się dzieje. Przede wszystkim malowane są domy i gospodarstwa. Nie wszystkie, trzeba ich trochę poszukać. Jednak wciąż jest ich całkiem sporo. Tylko w jednym obejściu, gdzie obok wymalowanej studni z żurawiem śpi owca, proszą o pieniądze za fotografowanie. Dowiaduję się, że ludzie, którzy tam obecnie mieszkają, nie są autorami malowideł. Gdzie indziej wręcz zapraszają do środka i cieszą się, że wyciągamy aparaty. Jedna kobieta mówi: „panie, to jest jak nałóg”. Ma pomalowaną pralkę, kocioł w kotłowni, czajnik. Jej córki-studentki także malują za każdym powrotem do domu. Puste miejsca drażnią, domagają się zapełnienia.

Coroczny konkurs ma wiele kategorii, m.in. za podtrzymywanie tradycji poprzez zapraszanie malarzy. Przyznaje się mnóstwo bardzo drobnych nagród pieniężnych. Mam wrażenie, że dostają je wszyscy. Tłumaczono mi, że tak trzeba, bo gdyby przyznawano jedną wielką nagrodę, ludzie pozabijaliby się z zazdrości, działałoby to destrukcyjnie na wspólnotę.

Zalipie to kolejny przykład artystycznego działania na wsi, o czym już trochę pisałam. Tym razem tworzą mieszkańcy znalazłszy w tym sposób na życie. Zalipie w oczach wielu może uchodzić za skompromitowane przez używanie go przez propagandę PRL-u, jednak nie warto tak patrzeć. To fantastyczny przykład kulturowej hybrydyczności. Zastanawiałam się dlaczego ludzie ciągle jeszcze malują w kwiaty swoje domy, kuchnie, łazienki, ogródki, stodoły, studnie, psie budy. Wszystko to wygląda raczej szaleńczo i irracjonalnie.

22.6.09

Kwestia powiększenia




W Galerii Camelot i Fundacji Imago Mundi trwa wystawa Czas niewinności. Do obejrzenia są fotografie z odkrytego niedawno zbioru Stefanii Gurdowej. Może pamiętacie, że podczas zeszłorocznego Miesiąca Fotografii wyróżniała się wystawa Klisze przechowuje się. Był to pierwszy pokaz fotografii Gurdowej po ich odnalezieniu. A na zbiór nieoczekiwanie trafiono na strychu domu w Dębicy. Autorka zdjęć, do momentu odnalezienia archiwum, była okryta całkowitym zapomnieniem. Szybko jednak okazało się, że działała bardzo aktywnie – w międzywojniu i do lat 60.: przed wojną prowadziła salon w Dębicy z filiami w Mielcu i Ropczycach.

Jej fotografie od zeszłego roku zdążyły przyciągnąć uwagę i obrosnąć zasłużoną sławą. Stało się tak dzięki ich niezwykłej jakości. Forma jest niby sztampowa, wymuszona przez obyczaj, w naszych oczach nabiera jednak dodatkowych cech, niesamowitości: postacie nigdy się nie śmieją, patrzą przed siebie z niespotykaną wręcz intensywnością… W komentarzu Dariusz Czaja pisał o zwielokrotnionej, niezwykle mocnej obecności portretowanych, którzy przecież już dawno nie żyją. To obecność widmowa, wskrzeszenie jakby na chwilę. Dodatkowo sam sposób fotografowania odświętnie wystrojonych, sztywno pozujących ludzi, a także zestawianie ich, zapewne dla oszczędności kliszy, po dwie postacie na negatyw; wszystko to tworzy niezwykle interesujący zespół fotografii. Dariusz Czaja trafnie określił niepokój, jaki towarzyszy oglądaniu zdjęć Gurdowej: nie sposób oprzeć się wrażeniu, że fotografie te patrzą na nas – choć z drugiej strony wrażenie to odnosi się zwykle przy oglądaniu portretów patrzących przed siebie… Większość jeśli nie całość odnalezionej spuścizny kobiety-fotograf stanowią zdjęcia portretowe przedstawicieli różnych warstw społecznych z Podkarpacia.

Czas niewinności to dalszy ciąg odkrywania archiwum Gurdowej. Tym razem pokaz ogranicza się do 17 fotografii. Skromną liczbę wynagradza – znowu – wybitna jakość. Są to zdjęcia z pierwszej komunii świętej. I muszę powiedzieć, że tak jak portrety wywoływały we mnie dreszcze, tak wizerunki dzieci w białych strojach zachwycają mnie. Co tu dużo gadać, są piękne. Ubrania dzieci są odświętne, jako świadectwo epoki mówią o modzie z międzywojnia, a jednocześnie o biedzie. Tak więc wszystkie dzieci mają oczywiście buty, ale często te buty są zdarte i zdeptane. A stroje wcale nie są dziecinne! Mają styl o wiele lepszy niż królujący dzisiaj styl tandetnych księżniczek z ogłupiających kreskówek. Chłopcy noszą spodnie do kolan, a dziewczynki sukienki bez zaznaczonej talii, też do kolan, odcinane na biodrach, zupełnie jak w Wielkim Gatsbym. Do tego dziewczynki zakładają powłóczyste welony. Często trzymają w dłoniach, długie, żywe lilie – symbol niewinności. No i jeszcze pozy. Stoją albo na malowanym, pejzażowym, choć rysującym się niewyraźnie tle z zakładu Gurdowej, albo przy murze, pewnie kościelnym. Stoją sztywno, uważnie patrzą przed siebie. Na ich twarzach nie ma nawet cienia uśmiechu. I znowu mamy to niesamowite uczucie, czy może raczej uczucie niesamowitości. Obcujemy z duchami – w dziecięcych postaciach, z duchami wzruszająco pięknymi i nie mającymi przy tym pojęcia, jakie wrażenie robią.

Pozowanie zakłada sztywność i nienaturalny dla dzieci braku ruchu, smutna, dorosła powaga kontrastuje z łagodnymi twarzami, miękkimi liniami policzków i bródek. Fotografie zatrzymały dzieci na progu wyjścia dzieciństwa ku nieznanej, a wyczekiwanej dorosłości. Tytuł podaje interpretację: oglądamy zamrożony czas dzieciństwa, jak preparat, owady zatopione w bursztynie. Można zatem te zdjęcia interpretować jako przedstawienia bycia dziećmi, co zakłada w sobie pewien etap, czasowość, wstęp do „prawdziwego” życia. Biel staje się tutaj żałobą po wieku domniemanej niewinności, jakim ma być czas wstępu do życia, pierwszy jego etap, uczenie się, czas rzekomej zabawy i beztroski – dzieciństwo. Białe sukienki, lilie, dziecięce twarzyczki na tej wystawie stają się czymś ogólniejszym niż pamiątki po konkretnych ludziach z ich historiami, życiami. Zdjęcia pokazują prostu dzieci, zamrożone w czasie, nie mające przyszłości, która w życiu realnych bohaterów zdjęć się zrealizowała.

Agnieszka Sabor w tekście do wystawy pisze o wspomnieniach związanych z Pierwszą Komunią, jak dziecko przejmuje się i jak się nią cieszy. Pierwsza Komunia jest według niej progiem, wyznacza koniec „niewinności” – nie wchodząc już w dyskusję na ile dzieciństwo jest rzeczywiście niewinne. Nie od dziś przecież wiadomo, że dzieci potrafią być okrutne i walczyć o władzę, nie od dziś wiadomo, jak w Polsce traktuje się Pierwszą Komunię Św.

Na marginesie, przy analizie tego jak wystawa została zrobiona i jak wykorzystano stare zdjęcia, pojawia się temat powiększeń. Odbitki starych negatywów Gurdowej zyskały tu bowiem wymiary ponadnaturalne. Dzieci stoją na tle ścian, a nawet pojawiają się w oknach i patrzą nam prosto w oczy. Mam pewne poczucie niestosowności, że ze starych pamiątek zrobiono inny użytek, ale też te odbitki się jednak bronią. Być może na ich korzyść działa ich stężone piękno i niezwykła siła wyrazu, spotęgowana jeszcze powiększeniem.

Kwestia powiększenia pojawiła się także przy wystawie z okazji Miesiąca Fotografii w Bunkrze Sztuki. Tutaj, na wystawie pokazującej fotograficzne portrety i autoportrety Stanisława Ignacego Witkiewicza również powiększono stare odbitki – by, jak rozumiem, uczynić je bardziej wyrazistymi, by przyciągnąć większą uwagę do ekspresyjnej gry z fizjonomią, jaką uprawiał Witkacy.




Stefania Gurdowa, Czas niewinności, 6 czerwca - 15 sierpnia 2009, Galeria Camelot, Kraków, kurator Andrzej Kramarz

Witkacy. Psychoholizm, 30 kwietnia -14 czerwca 2009, Bunkier Sztuki, Kraków, kuratorzy Maria Anna Potocka, Stefan Okołowicz

10.6.09

Stałość w zmianie

Niedawno udzielałam wywiadu. Najadłam się nerwów, bo to nie był bylejaki wywiad, pitu pitu z okazji najnowszego projektu. To był raczej jakiś początek zasadniczej rozmowy-rzeki, rozmowy, która ma prześledzić początki i korzenie. Skąd wzięły się moje poglądy, kto mnie uczył i wychowywał. W tle miało się pojawić środowisko lat 80. i 90. z Lublina, tak więc Liceum Plastyczne, historia sztuki na KUL, redakcja Kwartalnika Literackiego „Kresy”, galerie – BWA, Biała, Kont. Strach mnie ogarnął, czy ja wszystko spamiętam i czy nie zacznę konfabulować pomieszawszy to, co mi się wydaje, co przeczytałam lub usłyszałam z prawdziwymi wspomnieniami. Właściwie nigdy nie wspominałam tamtych czasów w sposób systematyczny. Do wydarzeń w swoim stawaniu się krytykiem mam stosunek zbyt emocjonalny. Najpierw życie w dość dynamicznym, lecz i konserwatywnym (w sposób oświecony) środowisku, potem stopniowe dojrzewanie do samodzielności i odchodzenie na własne. „Zdrada”. Niektórzy zaprzyjaźnieni malarze z tamtych czasów do dzisiaj udają, że mnie nie widzą gdy mijamy się na ulicy. Prawdopodobnie uważają mnie za odszczepieńca.
Zmieniłam się. Zmieniłam poglądy, zainteresowania. Co więcej, nie stało się to raz, dzieje się to ciągle. I wcale się tego nie wstydzę. Uważam, że sednem bycia twórczym i warunkiem rozwoju jest zmiana. Jest to taka zmiana, która pozwala na bycie wiernym sobie, a zatem – na bycie konsekwentnym. Po co tkwić przy starych poglądach, skoro człowiek nabywa doświadczenia, popełnia błędy, uczy się na nich, rozwija się, porzuca jedne zainteresowania, nabywa innych, wreszcie – po prostu nudzą mu się pewne poglądy.
Dlatego nie marzę o wydaniu starych tekstów. Po co, skoro się z nimi nie identyfikuję? Musiałabym się tłumaczyć z opinii, z których wyrosłam. To był pewien etap, teksty nie są w żadnym wypadku wstydliwe, ale to świadectwo historyczne. Dochodzi do tego fakt, że nie pamiętam tych tekstów. Gdy je czytam (co zdarza się rzadko), zaskakują mnie one.
Bywa zresztą, że pozytywnie.

9.6.09

Natura i wystawy

Jestem spóźniona, bo chcę napisać kilka słów o wystawach CSW w Toruniu, które już się zamknęły. Jednak poświęcę im trochę uwagi, bo uważam, że CSW zaczyna tworzyć nową jakość w polskim życiu wystawienniczym, wprowadza nowe standardy wykonawcze i merytoryczne. Wystawy są niezwykle przemyślane, dopracowane, towarzyszy im starannie dobrany program projekcji, warsztatów, spotkań. Przestrzeń i możliwości techniczne, jakie mają tam do dyspozycji artyści, przekracza możliwości większej części polskich galerii (o ile nie wszystkich).

„Lucim żyje” i „Nów” Angeliki Markul są bardzo różne, powiedziałabym nawet, że tak bardzo jak tylko wystawy mogą się różnić. Tak więc, pierwsza z nich to wystawa zbiorowa, poświęcona pewnemu zjawisku – 30-letniej już działalności grupy artystów we wsi Lucim. Nie jest to jednak klasyczna ekspozycja historyczna, nie jest to także wystawa typu „co sądzą o działalności grupy lucimskiej współcześni artyści”. To, co było pokazywane w Toruniu, powstało na bazie działalności grupy, ale odnosiło się do szerzej ujętej problematyki. Dotyczyło wsi, tego jak ją widzieliśmy i widzimy, jakie stereotypy jej dotyczyły, jakie tworzą się dzisiaj, jak głoszą organizatorzy, koncentrowało się przy tym przy trzech wyabstrahowanych z większej całości wątkach: domu, społeczności i naturze.

„Nów” Angeliki Markul to z kolei wystawa indywidualna, która składała się i z prac nowych, i powstałych wcześniej. Prace „stare”, wykonane do innej przestrzeni, wybrane i ustawione zostały w taki sposób, że wystawa robi wrażenie bardzo jednorodnej i przemyślanej. Może to zresztą nie jest dobre słowo. Bardziej niż o przemyślenie chodzi tu o przeczucie.

Kurator programowy CSW, Joanna Zielińska mówi, że obie wystawy łączy jeden wątek, jest nim natura. Jednak jaka natura, natura czego – to nie zostało wyjaśnione.

***
Zaczynając od „Lucimia", muszę powiedzieć, że moim zdaniem nadchodzi dobry czas na zrewidowanie miejsca wsi w kulturze. Temat zaczyna się już pojawiać. Na blogu pisałam już o plenerze zorganizowanym przez Wydział Artystyczny UMCS na wschodzie Polski, padło tam pytanie czy na wsi może istnieć sztuka publiczna. O tym samym wspomina Monika Weychert-Waluszko – że jest to jedno z pytań, nie poruszonych co prawda bezpośrednio na wystawie, ale nurtujących ją od jakiegoś czasu. Nastał dobry moment na refleksję dlatego, że w Polsce po 1989 wieś była nieustannie w centrum uwagi, jednak ze względu na restrukturyzację, problemy gospodarcze i społeczne. Wieś jawiła się jako nieustanne źródło roszczeń i kłopotów, nie zaś przez potencjał kulturotwórczy.

Temat wsi wiąże się z problematyką prowincji, wokół której toruńskie CSW zamierza budować swoją działalność, profilować swój program. „Lucim żyje” wpisuje się doskonale także i w ambicje, by wychodząc od lokalnych zjawisk dotykać tematyki szerszej, zdolnej do zainteresowania odbiorców nie tylko miejscowych. Dlatego „Lucim…” jest wystawą nietypową i ze względu na swoją koncepcję. Miesza ze sobą poziomy refleksji i różne kategorie eksponowanych obiektów. Mówiąc prosto, wystawa nie daje szansy na nudę, bo zawiera trochę tego i owego. Ta wielopoziomowość i deklarowane przez kuratorkę przeplatanie się wątków, możliwość wytyczania własnego szlaku w labiryncie zapełnionym dokumentacją, filmami, zdjęciami, dziełami sztuki, projektami specjalnymi, planszami, telewizorami, obiektami, wydała mi się pasjonująca. Taki rodzaj komponowania wystawy , koncentrowanie się na prześledzeniu jakiegoś problemu, przy mieszaniu narracji historycznej i innej, stanowi pewną nowość w Polsce.

A jednak, chociaż byłam zachwycona „Lucimiem żyje”, teraz rosną wątpliwości. Myślę, że dokonania Grupy Działania i Grupy 111, wieloletnie i zupełnie wyjątkowe w Polsce, niezbyt szczęśliwie wykorzystano jako pretekst do zrobienia wystawy podejmującej szerszą problematykę. Pretekstem bowiem stała się działalność wyjątkowa w Polsce, niezbyt przy tym dobrze znana i dająca nadzieję na pasjonującą dyskusję wpisującą się w aktualne zainteresowania, takie jak „sztuka i polityka” czy „sztuka zaangażowana”. Z wystawy nie można dowiedzieć się o tym, co ja przynajmniej chciałabym wiedzieć: na czym polegały działania w Lucimiu, jakie były poglądy ich autorów, co chcieli osiągnąć, jaka była reakcja mieszkańców wsi, co udało się osiągnąć, jakie dzisiaj jest zdaniem artystów na temat tych działań. Czy decyzja, żeby unikać retrospektywy, nie była zbyt powierzchowna? Dlaczego kuratorka i organizatorzy mieli alergię na retrospektywę? Krótko mówiąc, czy cena za to niezwykle przecież interesujące wydarzenie nie była zbyt wygórowana? Co złego byłoby w wystawie, która w sposób bardziej uporządkowany pokazałaby historię działalności toruńskich i bydgoskich artystów, i jej efekty? Za nudna? Za mało uniwersalna?

Przeczytajmy fragment materiałów dla prasy:
Począwszy od lat osiemdziesiątych artyści konsekwentnie dążą do realizacji wypracowanego przez siebie programu Sztuki Społecznej (1980). Wypracowany model działań został zmodyfikowany i uzupełniony przez nowe idee (nowa sztuka ludowa, trzecia droga, podsacrum). W drugiej połowie lat osiemdziesiątych nastąpiła znaczna intensyfikacja aktywności społeczno-artystycznej poprzez spotkania związane z rytmem przyrody, świętami kościelnymi i patriotycznymi. Powstaje lucimski rok obrzędowy ze stałymi i ruchomymi spotkaniami-świętami. Od połowy lat dziewięćdziesiątych aktywność działalności grupowej ogranicza się na rzecz indywidualnych wystąpień poszczególnych członków Grupy 111. Z różną częstotliwością kontynuowana jest ona do dnia dzisiejszego.

Sporo straciliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że „Lucim żyje” jest propozycją do dyskusji. Można było się tam błąkać, wydeptywać ścieżki, robić odkrycia, czyli np. zobaczyć zdjęcia Stanisława Wasilewskiego, podobne do Zofii Rydet czy np. szopkę lucimską Witolda Chmielewskiego i zobaczyć mnóstwo interesujących artefaktów, jak chociażby kalendarze czy makietę domu ludowego. Wystawa, która powstała, stawia pytania dlaczego właściwie nie byliśmy o 1989 zainteresowani wsią, jakie były stereotypy, co z nimi usiłowano zrobić, jaka jest rzeczywistość i jak teraz artyści odnoszą się do rzeczywistości wsi polskiej. Ciekawe zresztą, że z zaproszonych artystów ponad połowa zajęła się brakiem formy, brzydotą, brudem, zaniedbaniem – czyli negatywnymi aspektami wiejskości. Tutaj mieści się wściekle sarkastyczna praca Roberta Rumasa o powierzchownej restrukturyzacji terenów po-pegerowskich, uderzająca w rozpowszechniony problem zaśmiecania lasów Marceliny Guni i Bowika, osławiona praca o błocie Romana Dziadkiewicza czy futurystyczna wizja Jarosława Kozakiewicza, która dotyczy utylizacji wysypiska śmieci.

Obawiam się jednak, że dodanie do wystawy materiałów o profesorze Pieniążku, pionierze polskiego sadownictwa, zamazuje jej wymowę i może być niezrozumiałe. Dokumentacja ta jest podana zbyt wprost, czytana ją się zupełnie inaczej niż resztę wystawy, wyrywa się z niej. Podobne uwagi można mieć do fragmentu filmu dokumentalnego pokazującego akt samospalenia się Ryszarda Siwca podczas Dożynek Centralnych. Czy nie próbowano tutaj dodać znaczenia na siłę? Jakiegoś morału?

***
Wystawa Angeliki Markul to przeciwieństwo „Lucimia…”. Niezwykle jednorodna, operuje w sposób bardzo sugestywny atmosferą, jest ponurą wizją, wzbudza niejasne przeczucia, działa na emocje. Zamysł kuratorski szedł tutaj w ślad za niezwykle trafnym odczytaniem tej sztuki, dlatego ma się wrażenie, że pomysł kuratora na wystawę i „opakowana” przez formę wystawy sztuka, są jednym.

„Nów” jest jednym wielkim dziełem, jedną wielką instalacją. Jako, że działa na przeczucia, nie nadaje się raczej do bezpośredniej interpretacji, można po prostu pisać o samej artystce, analizować tworzywo przez nią użyte czy chwyty zastosowane przy konstruowaniu wystawy (ciemność, wielkie, puste przestrzenie). Jednak samą wystawę albo się czuje, albo pozostaje odpornym na jej uroki. Bardziej jest to kwestia pewnego rodzaju wrażliwości, aniżeli możliwości czytania wystawy.

Skoro więc mowa o odczuciach, to napiszę o swoich. „Nów” to ta faza księżyca, kiedy znika on zupełnie i ciemności kryją ziemię... Potocznie czas ten rozumiany jest jako czas rodzenia się w tajemnicy, rośnięcia po cichu, przygotowywania do ujawnienia się. Czas zatem błogosławiony, dobry, obiecujący, brzemienny.

Wystawa Angeliki Markul sprzeciwia się temu odczytaniu. Niesie ze sobą to „coś”, jakąś aurę, ciemności w niej panujące są przeniknięte jakąś przykrą, wstydliwą tajemnicą. Jednak moim zdaniem, nie jest to radosne, spokojne czekanie na ujawnienie się tego, co się wykluło podczas ciemnej nocy. Bardziej jest to wystawa o strachu i o dziwacznych obsesjach, które dręczą człowieka, kiedy budzi się w nocy własnym krzykiem… (specjalnie piszę w kiczowaty sposób, żeby podkreślić nastrój wystawy). Dla mnie to rodzaj współczesnej wersji „Kiedy rozum śpi, budzą się upiory” Goi, jednak bez oświeceniowego dydaktyzmu. To są upiory nieświadomości, coś, co wydaje się nam, ze widzimy niejasno w odbiciu czy kątem oka. To są poza tym upiory indywidualne, a nie te, które prześladują społeczność.

Na wystawie udało się stworzyć sugestywną aurę lodowatości, samotności, depresji i w efekcie – przerażenia. Wystawa konsekwentnie prowadzi jakby zimowym krajobrazem: drogą w zaspach śnieżnych (zaczyna się od takiej projekcji), by brnąć przez jakby zmrożone pejzaże z szumem reflektorów i połyskliwym światłem odbijającym się od powierzchni srebrzystych siatek, folii, szyb. Bardzo proste banalne wręcz materiały tutaj doznały uszlachetnienia – przez rozmiary, umiejętne dawkowanie światła. W uszach dzwoni cisza, niepokój wprowadza natrętny szum reflektorów. Jeśli pojawiają się rośliny i zwierzęta, to dziwaczne, kalekie. Rośliny w ogrodzie zimowym są jakieś lepkie i drapieżne. Mucha trzepocze skrzydełkami nie mogąc polecieć. Coś, co było tylko powierzchnią, nagle okazuje się pułapką i otwiera swą głębię. Nie są tu ważne konkretne przeżycia, ważny jest ból istnienia, dręczące czekanie nie wiadomo na co – na jakieś rozstrzygnięcie, które przyniosłoby ulgę, niepewność, kiedy wyrywamy musze skrzydełka.

***
Joanna Zielińska wspomniała o naturze, która łączy obie tak różne wystawy. Czy to się broni? Na pewnym poziomie tak.

W naszych wyobrażeniach wieś ulokowana jest w naturze, czyli wśród przyrody i sama należy do żywiołu ziemi, natury, a nie kultury czy cywilizacji.

Na wystawie Angeliki Markul natura jako przyroda ożywiona pojawia się pod postacią obrazu roślin cieplarnianych, insektów, zwierząt. Bardziej jednak artystkę interesuje co innego – natura naszych obsesji.

Ja jednak wolę myśleć, że spoiwem łączącym te dwie wystawy jest… brak spoiwa. Bardzo dobrze się uzupełniały w swojej odmienności.



Angelika Markul, Nów, 20 marca – 7 czerwca 2009, CSW Toruń, kuratorka Joanna Zielińska, aranżacja Joanna Zielińska
Lucim żyje, 3 kwietnia – 31 maja 2009, CSW Toruń, kuratorka Monika Weychert-Waluszko, aranżacja Robert Rumas

29.5.09

"Staniczki i majteczki"

Nie ukazuje się zbyt wiele książek podsumowujących najnowsze wydarzenia w sztuce, stąd każda taka publikacja powinna być witana z uwagą. Omawiana już przeze mnie książka o grupie Ładnie, a także świeżo wydana publikacja monograficzna Grupy Sędzia Główny są ambitnymi i solidnie opracowanymi propozycjami interpretacji najnowszych zjawisk, które mocno namieszały w sztuce ostatnich lat. Przy tym grupa Ładnie to już zamknięty rozdział, fenomen, który odszedł w przeszłość, co niewątpliwie ułatwia pracę badawczą interpretatorów. Książka o Sędzi Głównym wydaje się przy poprzedniej nie tak finezyjnie skonstruowanym projektem, lecz dotyka zjawiska, które dzieje się na naszych oczach, jest otwarte na zmiany, co czyni karkołomnym zadanie opisu i interpretacji.

Książka o performerskim duecie Aleksandry Kubiak i Karoliny Wiktor została wydana staraniem BWA w Zielonej Górze. Grupa Sędzia Główny (w książce stosuje się także nazwę GSG) wpuściła świeże powietrze do świata polskiego performance, który wydaje się pozostawać zastygnięty na zdobytych kilkadziesiąt lat temu pozycjach. Artystki dużą częstotliwością i rozmaitym umiejscowieniem swoich działań powodowały, że trudno było ogarnąć ich całokształt. Publikacja to umożliwia.

Dodatkowo jeszcze w chwili obecnej następuje zmiana w twórczości Oli Kubiak i Karoliny Wiktor. Wydają się one być świadome zagrożeń, jakie na nie czyhają wraz z uznaniem zyskanym w ostatnich latach (nagroda w Trento, uczestnictwo w ważnych wydarzeniach w Polsce i szerokie omawianie ich prac). Ich akcje stają się bogatsze, nie są już tylko performance, ale przybierają formę inscenizowanego filmu, fotografii. Przy tym – jak zauważyła Ewa Tatar w książce im poświęconej – coraz częściej występują w rolach silnych, panujących kobiet. Rozpoczęły też nowy cykl nazwany Beznadziejnik. Ta prowokacja, stając w poprzek oczekiwań krytyki i publiczności; oczekiwań, że ciągle będą robić to samo, co robią, ale jeszcze mocniej i – dodatkowo będą zaskakiwać, dała im wolność, sprawiła, że pokazały twarz niezależnych artystek, pragnących podążać własną drogą.

GSG od początku zaznaczyła się jako zjawisko wyjątkowe. Styl działania grupy jest bezkompromisowy, ostry i jednocześnie samoświadomy, niezależny od prądów i mód, choć doskonale o nich wiedzący. Z jednej strony można nawet złośliwie skomentować performance Sędzi, że ilustruje on pewną prawidłowość. Dzieje się bowiem regularnie tak, że gdy performance uprawiają kobiety, które posługują się własnym ciałem, to mają ku temu nie tylko powody, ale i warunki. Często więc wywrotowe w założeniu działania są tworzone przez artystki, których ciała są atrakcyjne i odpowiadają tradycyjnym kanonom piękna. Działania interpretuje się potem jako coś w rodzaju „destrukcji tradycyjnego aktu”. Artystki z Sędzi Głównego są młode, apetyczne, powabne i podniecające erotycznie. Inna sprawa – i tu zaczyna się subwersywność – że są tego całkowicie świadome. Nie kokietują. Swoje ciała traktują jak narzędzia i właściwie są wobec nich bezlitosne. Karol Sienkiewicz, który zredagował książkę, miał rację zauważając ambiwalencję w traktowaniu przez publiczność nagich kobiet. Zawsze są traktowane przedmiotowo, raz jednak jako obiekty przyjemności i pożądania, innym razem jako ofiary. Stąd, słusznie wypunktowany przez niego dwojaki rodzaj reakcji na performance Sędzi Głównego. Z jednej strony jest gapienie się na pupy, np. w Telegrze w TVP Kultura, gdzie artystki były posłuszne poleceniom widzów wydawanym telefonicznie. Nastąpiła zatem seria próśb mężczyzn, by podnosiły sukieneczki i zdejmowały staniczki oraz majteczki. Z drugiej strony jednak, ludzie litowali się nad nimi i ruszali na pomoc.

Na czym jednak miałaby polegać wyjątkowość działań duetu? Nad odpowiedzią biedzą się autorzy tekstów zawartych w książce. Mimo że pisane dobrze i zawierające mnóstwo celnych obserwacji, teksty pozostawiają po sobie niedosyt. Fenomen Sędzi Głównego pozostał nietknięty. Coś ważnego umyka. Niemożność opisania tego czynnika bierze się prawdopodobnie z emocjonalnej intensywności, jaką obdarzone są akcje. Intensywnej obecności autorek, intensywności emocjonalnej widzów. Takiej intensywności nie da się opisać, można ją tylko spróbować przybliżyć.

Spośród cech określających działalność duetu performerskiego, krytycy wymieniają bezwstyd, wzbudzanie poczucia żenady, bliźniactwo w myśleniu, tak niezwykłą bliskość, że aż przeradzającą się w miłość, wykorzystywanie intymności jako budulca sztuki.

Karol Sienkiewicz skupia się na poczuciu żenady, jakie ogarnia nas, widzów w sytuacjach przekraczających normy zachowania: zażenowanie i chęć ucieczki. Przywołuje niezbyt trafne moim zdaniem odniesienie do ekshibicjonisty polującego na kobiety-widzów w ustronnych miejscach. Z czasem autor tonuje to porównanie, pisze o różnicach między niezbyt apetycznym gościem prezentującym w krzakach swe wdzięki a artystkami rozbierającymi się i upokarzającymi dla sztuki. Tu i tam jednak widzowi ma towarzyszyć poczucie wstydu, skrępowania i paniki. Nie wydaje mi się to słuszne. Być może w grę wchodzi płciowe zróżnicowanie widzów. Zapewne kobiety patrzą inaczej na działania GSG. Jednak nie zażenowanie wydaje się być głównym uczuciem podczas performance’ów. Trudno określić jedno dominujące, jednak to, czego ja doświadczyłam, była raczej intensywnością. Intensywnością czego? Bycia artystek tu i teraz, intensywnością współodczuwania piękna, bólu, oddawania się w ręce publiczności.

Ewa Tatar skupiła się na wyjątkowości duetu z racji „bliźniactwa”. Sędzia Główny opiera się na czymś więcej niż współpracy. Obie artystki są dla siebie więcej niż koleżankami, więcej niż przyjaciółkami. Są swoimi drugimi połówkami. Myślą i odczuwają bardzo podobnie. Określają i czyni to w ślad za nimi autorka tekstu, jako lustrzane odbicia. Mamy tu zatem do czynienia z symbiotycznością czucia, myślenia i działania, z powieleniem, zwiększeniem siły przekazu poprzez zdublowanie go. Każda z członkiń Sędziego zachowuje przy tym własną osobowość, odrębność i różnice w wykonywaniu performance.

Bazą ich akcji jest porozumienie i współodczuwanie napędzające współdziałanie. Performance Sędziego Głównego nie bazują na współzawodnictwie ani na kolizji, nie napędzają się konfliktem, napęd swój czerpią z porozumienia i wspierania się nawzajem. Jest tu nieustanny, odruchowy wręcz przepływ porozumienia, dawania i brania. Ta podstawa czyni je silnymi i intensywnie działającymi na ludzi. Od biologicznego bliźniactwa różni je to, że wspólnotę wykorzystują do konkretnego celu. Stanowi katalizator i pudło rezonansowe działalności.

Twórczość Sędziego nie jest feministyczna w sposób programowy. Mówienie o opresji kobiet nie stanowi dla nich pierwszorzędnego celu, tak samo jak działanie na rzecz równouprawnienia. Jeśli jednak patrzy się na wymowę tego, czym się zajmują, sensy, jakie się tworzą, wyraźnie rysuje się tu feministyczna problematyka. Ewa Tatar wspomina, że działalność ta jest wymierzona przeciwko obrazowi pięknej kobiety i ma na celu popsucie, zdewastowanie obrazu idealnego ciała. Myślę, że to do jakiegoś stopnia jest ważne, jednak również plasuje się gdzieś z boku. To, co powoduje, że działalność Sędzi wyrywa się z ram zastygniętego w kombatanctwie i nudzie środowiska performerskiego, jest bezpruderyjne i ostre wręcz mówienie o rzeczach, które należą do tematów unikanych, do tematów tabu w niezwykle nieśmiałej obyczajowo Polsce.

Więc przede wszystkim jest to sztuka o zażyłości czy wręcz miłości między kobietami, o niezwykłej bliskości między nimi. Ewa Tatar używa nawet terminu „lesbijstwo”. Po drugie, sztuka ta mówi o seksie, erotyce, o uwodzeniu, podnieceniu, pożądaniu. Skoro mówi o formach, jakie przybiera pożądanie czy więcej – proces wzbudzania podniecenia, uwodzenia i wejścia w posiadanie obiektu pożądania, to pojawia się tutaj i brutalność, agresja, upokorzenie, władza. Skoro mowa o seksie i o fantazjach go dotyczących, to pojawiają się motywy podglądania, traktowania przedmiotowego, przywłaszczania, ujarzmiania, zadawania bólu, przyjmowania ról pana i ofiary. Są tutaj i sadyzm, i masochizm, problematyka nieczystości, wreszcie – przyjmowania i wydalania. W rozmowie, jaką Karol Sienkiewicz przeprowadził z artystkami pojawił się wątek pornografii. Karolina Wiktor zaczęła opowiadać o zainteresowaniu filmami porno. Szkoda, że wątek nie znalazł nigdzie pogłębienia.

Tekst Piotra Rypsona zajmuje się znaczeniem intymności w sztuce Sędzi Głównego. I ten wydaje się iść z boku tego, co najważniejsze. Intymność między artystkami, intymność jako jawna bohaterka ich działań, odsłanianie intymności. Według mnie jednak intymność w wydaniu Sędzi Głównego ulega inscenizacji. Intymne są raczej ich relacje, intymne pozostają inspiracje, nie zaś działalność artystyczna. Najbardziej intymne wydają się Szepty… Trwa w nich dźwięcząca cisza, artystki sugerują coś, lecz nie mówią dając tym samym wielką przestrzeń na domysły, dopowiedzenia, można próbować tylko wsłuchiwać się i odgadywać, co mówią. Prawdziwa intymność bowiem pozostaje zamknięta. Otwarta, odsłonięta przestaje być sobą.

Pozostaje jeszcze tekst Małgorzaty Ludwisiak przynoszący spojrzenie na ostatni etap twórczości Sędziego i tekst Marii Rubersz o działaniu w TR. Niezastąpione jest kalendarium twórczości GSG z opisami performance’ów, bibliografią i cytatami. Są jeszcze interesujące materiały źródłowe w postaci fragmentów zapisu rozmów z telewidzami w Telegrze oraz autorski opis Wirusa z TR. Do tego bogactwa dochodzi jeszcze płyta z rejestracją pierwszego wspólnego performance - Rozdział I.

Na koniec jeszcze dwie obserwacje. Jedna to zadziwiający fakt, że gdy tylko Sędzia wystartował, to od razu z mocnymi wystąpieniami utrzymanymi w swoim stylu. Od razu pojawiła się właściwa forma. Dosadne, zmysłowe działania, posługujące się skrótem, czynnością-znakiem lub stanem-znakiem. Nic dodać nic ująć. Np. Rozdział V z BWA w Zielonej Górze (2002), gdy stały w przezroczystych tubach i oddychały wspólnym powietrzem do czasu gdy je ktoś stamtąd wyzwolił. Było to bodajże rok po rozpoczęciu przez nie współpracy.

Druga uwaga dotyczy samej nazwy. Może przeoczyłam fakt, ale w książce nie znalazłam prób wyjaśnienia znaczenia. Przecież jednak, skoro artystki sobie tę nazwę nadały, był to gest świadomy, to warto się zastanowić co chciały o sobie powiedzieć. Można by zapytać o sądowy termin, związany z władzą orzekania o czyimś losie, a także jak zimna jurysdykcja może iść w parze ze wzbudzaniem gorących emocji. Także rodzaj męski sędziego jest intrygujący, zwłaszcza, że pojawia się w nazwie aluzja żeńska – sprawiająca kłopoty przy odmianie końcówka „-a”. Czy ktoś dokonał takiej interpretacji, czy z jakiś powodów uznano, że nie warto?

Publikacja udała się, jest ważna i potrzebna. Przynosi mnóstwo informacji, ale pozostawia wiele tropów nadających się do pogłębienia. Czego jednak się spodziewać? Sędzia Główny wciąż działa i ma się dobrze.


Grupa Sędzia Główny, koncepcja publikacji Wojciech Kozłowski, Sędzia Główny, redakcja Karol Sienkiewicz, Zielona Góra 2008

19.5.09

Wystawa jako archiwum

Zaczął się Miesiąc Fotografii w Krakowie. Maj stał się w Polsce czasem fotografii, bo i w Łodzi trwa festiwal, i otworzyło się Biennale w Poznaniu. Nie zauważyliśmy jak fotografia stała się najbardziej rozchwytywaną dyscypliną artystyczną w naszym kraju. A ciągle znajduje się jakby z boku głównego nurtu życia artystycznego.

Krakowski Miesiąc Fotografii utrzymuje wysoki poziom z zeszłych lat. Tegoroczny sprawia wrażenie bardziej jednorodnego i konsekwentnego niż poprzednie. Nie widziałam do tej pory wszystkiego, jednak z tego, co zobaczyłam, wnioskuję, że to, co przeszkadzało dotychczas – część rzeczy włączonych na siłę – nie ma teraz miejsca. Tradycyjnie już imprez zorganizowano bardzo wiele, pojawił temat wiodący (pamięć przetworzona), gość festiwalu (Czechy), jest program off i sporo miejsc oraz instytucji współpracujących.

Bardzo sympatyczną cechę Miesiąca stanowi rozrzucenie go po mieście, co sprawia, że odwiedzając wystawy, chodzi się po Krakowie i poznaje niekoniecznie najbardziej znane i turystyczne zakątki. W tym roku zabrakło jednak wystaw w prywatnych mieszkaniach, co wcześniej dawało niepowtarzalna okazję do poznawania podszewki miasta, jego życia prywatnego. Można za to przejść się ulicą Starowiślną, co prawda niezbyt nastrojową, ale prowadzącą ze Starego Miasta do Wisły, i zobaczyć zdjęcia porozrzucane w różnych witrynach barów i sklepików. Znalazły się nawet w sklepie spożywczym w mojej kamienicy.

Zróżnicowaniu lokalizacji odpowiada zróżnicowanie charakteru imprez. Obok wystaw indywidualnych, są tu ambitne wystawy zbiorowe. Te ostatnie są dla mnie, prawdę mówiąc, najatrakcyjniejszą częścią Miesiąca. W tym roku wszyscy mówią o wystawie „Archiwum Centralne”. Zapowiada się pasjonująco, w życiu publicznym bowiem archiwa odgrywają zasadniczą, a zarazem złowieszczą rolę – mogą złamać komuś życie. Tymczasem „Archiwum Centralne” rezygnuje już na wstępie z oczywistych tropów. Nie ma publicystycznych odniesień do najnowszej polskiej historii. Segregatory i mikrofilmy znalazły się na zdjęciach Przemysława Pokryckiego, jednak nie ma mowy o tropieniu TW w wydaniu polskim.

„Archiwum” zmusza do wyjścia poza tradycyjne centrum Krakowa. Umieszczono je w fabryce Erdal, której wejście zdobi symbol firmy – wielka żaba w koronie (przy czym żaba jest koloru czerwonego). Wystawa ma aż czterech kuratorów. Ma też dość enigmatyczny wstęp, z którego najbardziej przypadł mi do gustu następujący passus: Miejsce, w którym dokonuje się […] proces fermentacji, maturacji archiwum fotograficznego: przestrzeń, w której z olbrzymiej masy nagromadzonego materiału wytrącają się sensy. Czy rzeczywiście z powyższego wynika, że zadaniem kuratorskim było nagromadzić masę materiału w nadziei na sprowokowanie procesów, które same wygenerują znaczenie? Ryzykowny eksperyment. Wystawa ma stanowić zbiór kilkunastu samodzielnych projektów. Taka zasada kompozycyjna ma uzmysłowić rozległość tematyki. Tak więc, oddzielne pokazy, zrealizowane przez oddzielne zespoły ludzi (co robi zresztą duże wrażenie: wystawa w końcu nie tak wielka, a wszędzie jakaś współpraca, jacyś asystenci, no i nie zapominajmy o aż czterech kuratorach!), mają poruszać rozmaite aspekty tematyki archiwalnej, pokazać jak różny użytek można czynić z miejsc, w których przechowuje się dokumenty, jak mogą one przysłużyć się sztuce.

Wrażenie jakby materiał wszedł na głowę kuratorom, jednak dominuje, tak jakby widząc rozległość pola, kuratorzy od razu złożyli broń (co zresztą zasugerowali we wstępie). Przy czym, jako osoby intensywnie nad czymś pracujące, obiekt swych poszukiwań zaczęli dostrzegać wszędzie. Inne podejrzenie, jakie żywię, jest takie, że dotarli do świetnych rzeczy, ale dość jednak przypadkowych. Tak by się tłumaczył nierówny poziom projektów wchodzących w skład wystawy. Rzeczy intrygujące sąsiadują ze wstrząsającymi, te z nudnymi, wtórnymi bądź wypadającymi komicznie. Zdarzają się też zmarnowane okazje.

Do tych ostatnich należą, moim zdaniem, fotografie przyrodnicze ze zbiorów Biblioteki Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Przedstawiają martwe zwierzęta, albo jakieś po nich pozostałości (np. czaszki). Jest ich dosłownie kilka, a szkoda, bo stanowią bardzo obiecujący, niepokojący w wymowie materiał. Ich powiększenie do rozmiarów fototapety, a także wybór zdjęć atrakcyjnych ze względu na kuriozalność, upiorność i niesamowitość, sprawia, ze patrzy się na nie jako na estetyczne, tracące myszką okazy. Straconą okazję stanowi też archiwum Zbigniewa Dłubaka. Archiwa artystów to w ogóle olbrzymi i pasjonujący temat. Mieszają się w nich źródła inspiracji, rzeczy, którymi nigdy się nie zajęli, choć zamierzali, dokumentacja własnej twórczości, zawsze czekająca na uporządkowanie. O zajęcie się archiwum Dłubaka został poproszony Krzysztof Pijarski, który nie dał sobie rady, bo nie miał pojęcia jak je ugryźć. Stąd dość nieśmiałe próby przeniesienia archiwum do Fabryki Erdal w formie po prostu przefotografowanej – i to w skromnym wyborze, jak sądzę. Gdyby jeszcze całość, to znaczy każda kartka i każdy element ze zbiorów artysty znalazł się na zdjęciach, tymczasem trafiły tu materiały wyselekcjonowane, nie wiadomo według jakiego klucza. Niewiele z nich wynika. Tak samo zresztą jak oglądanie już po raz nie wiem który filmu dokumentującego działania Kowalni. Pracownia Grzegorza Kowalskiego nie jest niczemu winna, ale pokaz irytuje, bo sprawia wrażenie jakby nie było w Polsce innych twórczych pracowni. Pewnie stanowią rzadkość, trudno jednak uwierzyć, że Kowalnia i długo nic.

Najciekawszą część stanowi grupa projektów prezentujących zdjęcia związane z historią, propagandą, służbami specjalnymi, szpiegowaniem ludzi, lub jeszcze inne projekty dokumentujące rzeczywiste wydarzenia, fakty. Zespół zdjęć z Pragi czeskiej stanowi wstrząsający dokument. „Praga w obiektywie tajnej policji” to materiały operacyjne bezpieki, w wyborze Vladimira Bosaka, które – jak głosił tekst komentarza – nigdy wcześniej nie zostały wywołane, a pochodzą ze szpiegowania ludzi. Dziwne i niezbyt komfortowe wrażenie sprawia świadomość, że zdjęcia te to coś więcej niż tylko obrazki. Że miały władzę nad ludzkimi życiami, ludzie na ich podstawie lądowali na długie lata w więzieniu, byli zsyłani do pracy palacza w kotłowni (jak Hrabal) itp. A teraz leżą sobie gdzieś w jakichś teczkach, na półkach. Na te, które pokazano w „Archiwum” być może nikt nawet nie spojrzał. Dopiero teraz patrzymy na nie, ale spojrzenie się zmieniło, nie oznacza zagrożenia, oskarżenia o czynienie rzeczy antypaństwowych czy zabronionych przez prawo. Dzisiaj zdjęcia zostały wybrane ze względu na wartość wystawienniczą. Mają więc być interesujące, odpowiednio wymowne, przenosić wartości estetyczne. Ich zła jakość, specyficzna kompozycja, niedoświetlenie sprawia, że czujemy historię czającą się za plecami, groźbę tych narzędzi prześladowania.

Podobną problematykę podejmują zdjęcia z Poznania („On Duty. Poznań 56”). Kolejny już raz na Miesiącu Fotografii pojawia się zestaw zdjęć dokumentujących Poznański czerwiec 1956. Tym razem są to zdjęcia robione z ukrycia – aparat był ponoć umieszczony w guziku – i przez to, że nieupozowane, spontaniczne, robią tym bardziej wstrząsające wrażenie. Widzimy początek protestów: ludzi, którzy spontanicznie dołączają do demonstracji, wysypują się z okien, obserwują. Uderza dokument epoki, jak wyglądali, jak biednie byli ubrani. Jednocześnie nad ludźmi tymi wisi groźba, symbolizuje ją zaznaczony nad niektórymi głowami, na niektórych zdjęciach krzyżyk, oznaczający, że ten fragment jest do powiększenia. Fotografa nie widzi nikt – mamy więc autentyczny dokument epoki, z samego serca wydarzeń, wykonany w ramach czynności operacyjnych SB.

Oba zespoły zdjęć dotykają więc podobnego problemu: dokumentu i jego władzy nad ludźmi. Nie bardzo jednak wiem jaki aktualny problem związany z archiwami się tutaj pojawia. Czy coś więcej ponad banalne stwierdzenie o tym, że można czynić z nich różny użytek i że zdjęcia w nich przechowywane mają rozmaite zastosowanie, które zmieniają się w miarę upływu czasu.

Do tej grupy dochodzą inne, niezwykle interesujące zestawy zdjęć: „Nein, Onkel. Kadry z innego frontu 1938-1945” ze zdjęciami pochodzącymi z Archiwum Współczesnych Konfliktów w Londynie oraz zdjęcia z pracowni fotograficznej przy Muzeum Żydowskim w Pradze. Wnoszą one inną nieco problematykę, wiążą się z kreacją obrazu, z upamiętnianiem, więcej w nich kreacji, nie pokazują przy tym typowych obrazów, kojarzących się z danymi wydarzeniami historycznymi. Pierwsza grupa, „weseli Naziści”, pokazuje co się działo na zapleczu frontu, chwile odprężenia, zabawy żołnierzy III Rzeszy. Pokazuje młodych chłopców i dojrzałych mężczyzn, jak w czasie wakacji, w śmiesznych przebraniach, w wiejskim plenerze. Jak napisano nie bez racji w komentarzu, wykonywane do domowych albumów fotografie pokazują ludzi oddających się codziennym czynnościom, w tym beztroskiej zabawie często zabarwionej podtekstami erotycznymi. Z kolei fotografie z Muzeum Żydowskiego to inscenizowane martwe natury. Nie są one jednak „niewinne”, przedmioty wybrane do nich stanowią mienie zagrabione Żydom w czasie wojny. Przedmioty te zostały poustawiane w rytmiczne kompozycje, raz np. pojawiają się termometry lekarskie, innym razem termosy i wszelkie inne przedmioty, jakich używa się w domu. Jak piszą Daniella Deutelbalm i Ondrej Chrobak, przedmioty te należały do kogoś, kto je nabył, ich używał i być może lubił. Są zaś fotografowane przez kogoś, kogo przedmioty wkrótce skończą w ten sam sposób. Zdjęcia, robione z użyciem reguł kompozycji awangardowej powstawały bowiem przy Gminie Żydowskiej jako ilustracje do rocznych sprawozdań z rabunku majątku tych, których zdążono już wywieźć.

Zestawy te uzupełniają się. I tu, i tam mamy do czynienia z poczuciem niewygody. W pierwszym przypadku uwodzi, ale i uwiera świadomość, że na zdjęciach niewinnie bawią się kaci i że tak jak my lubią zachody słońca, małe pieski, wyścigi w workach i tym podobne, poczciwe atrakcje życiowe. Na pewno zresztą zdjęcia te nie byłyby nawet w połowie tak interesujące, gdyby występowali na nich jacykolwiek mężczyźni. W zestawie praskim mamy do czynienia z efektem działalności tych właśnie mężczyzn, co tak niewinnie się bawią. Nie widzimy twarzy ofiar, ale widzimy ślady ich zwykłego życia. I tu, i tam, nie to, co widzimy, jest ważne i tworzy napięcie, ale historia, która stoi poza zdjęciami, w tle. Do odbioru tych zdjęć potrzebna jest znajomość tego kiedy i w jakich warunkach powstały. Inaczej będą to zwykłe, może i śmieszne obrazki. Jaką rolę w ich wypadku pełnią archiwa? Przechowywanie i udostępnianie. Zadanie interpretacji do archiwów już nie należy.

Ze wspominanego już Archiwum Współczesnych Konfliktów pochodzi także zestaw zdjęć Igora Vikhoreva. Te powstały niezależnie od biegu historii. Znamy inne przykłady takiej działalności, na poły obsesyjnej, na poły artystycznej w reżimie totalitarnym. Przybierają one formę działań prywatnych, na własny użytek, często pod osłoną czterech ścian domu. Zdjęcia były robione w latach 60. w Petersburgu, w czasie Chruszczowowskiej odwilży. Pojawia się na nich kobieta pozująca pewnie i władczo, często dosiada mężczyzny lub zwierząt (co pewnie w niezamierzony sposób nawiązuje do archaicznej ikonografii bogiń, ale to inna sprawa). Tutaj na pozór historia jest zupełnie nieobecna. Oczywiście, to nieprawda, bo widać ją przez swoiste zamknięcie się tych zdjęć, skupienie się na prywatności, ściśniętą, ograniczoną przestrzeń. W samej formie pojawiają się tu elementy mówiące o ciśnieniu historii. Tak więc, w archiwach znajduje się także miejsce na prywatne, erotyczne obsesje, które mimochodem dają świadectwo czasom swego powstania.

Inne zdjęcia nie wchodzą już w skład tak mocnych całości i stanowią mniej lub bardziej trafiony do dodatek do wspomnianych projektów. Najciekawsze, lecz o zupełnie innym charakterze i obdarzone kompletnie odmienną interpretacją, są zdjęcia z kolekcji Wojciecha Nowickiego. Interpretację tę charakteryzuje pewna lekkość, żeby nie powiedzieć nonszalancja, która wyróżnia ten zespół archiwalny, od reszty, kojarzącej się raczej z „ciężką” historią, rzeczami zasadniczymi. Według Nowickiego zatem zdjęcia należy zostawić z pewnym niedomówieniem, pozwolić im na posiadanie tajemnicy. To – cytując kolekcjonera – zbiór, który pozornie donikąd nie prowadzi. Nie wiadomo bowiem o tych zdjęciach nic. Tak więc archiwum Nowickiego, to nie archiwum, a zbiór czystych obrazów, bez żadnych podpórek. To stare zdjęcia, niewielkie odbitki, które jakby podglądamy przez dziurki w ścianie. Wybrane ze względu na „coś”, co w każdym z nich tkwi – jakąś dziwaczność przyciągającą uwagę. Mniej najbardziej przypadł do gustu jednak sporych rozmiarów wydruk, jakiegoś bagnistego terenu, gdzie w cienistej wodzie odbijają się drzewa. Nic nie wiadomo. Informe w czystej postaci. Jednak nie podejmuję się poszukiwania związków tego projektu z ideą wiodącą całej wystawy. To raczej ciekawy przyczynek do problematyki kolekcjonerstwa i obrazu-wizerunku w ogóle.

„Wszystkie śluby mojej mamy” Grażyny Makary porusza problematykę niezwykłej uniformizacji prywatnych uroczystości. Wszystkie one wyglądają tak samo i tak samo nijako. To dokumentacja z Urzędu Stanu Cywilnego w Sobkowie - zdjęcia ze ślubów cywilnych, od lat siedemdziesiątych po 2003. To, co ta część projektu daje do myślenia i co pozostawia po sobie, jednak bardzo kojarzy się z dokonaniami innych artystów. Mnie do głowy przychodzi natychmiast Alexander Honory, który ze zdjęć znalezionych, dokumentujących uroczystości rodzinne, jak śluby czy chrzty, pokazał ich brzydotę, powtarzalność, nijakość. Potraktował je jako klocki w abstrakcyjnej kompozycji z ludzi.

Zdjęcia wchodzące w ramy „Dokumentacji fotograficznej zmienności genetycznej w europejskiej kolekcji odmian buraka ćwikłowego” wydają się być w tym sąsiedztwie kompletnym nieporozumieniem. Zastanawiam się dlaczego je odbieram jako komiczne, bo przecież to jeden z bardziej typowych przykładów zawartości archiwum. A jednak do tej wystawy nijak nie pasuje. Dzieje się tak, bo buraki pojawiają się nagle, nie poprzedzone niczym ani nie znajdujące niczego, co by ich wątek – mechanicznego, naukowego archiwum i czystej dokumentacji – kontynuowało. Pojawiają się – nomen omen – ni z gruszki, ni z pietruszki.

Jestem jednak gotowa przyznać rację kuratorom. Ta wystawa jest rzeczywiście rodzajem archiwum. Sama zbiera materiały na zasadzie trochę przemyślanej, a trochę jak popadnie. Pojawiają się tutaj pewne wątki, pokrewieństwa. Trudno jednak ocenić czy wygenerowała je sama masa materiału czy świadomy zamiar. Brakuje mi tutaj konsekwentnie poprowadzonej myśli, brakuje zdecydowania się na jakąś konkretną problematykę.

Jednak wystawa ta ma wiele zalet. Bardzo przyjemnie się ją ogląda, co nie jest bez znaczenia. I ostatecznie, nie wszystkie wystawy muszą rozprawiać się w sposób definitywny z jakąś problematyką, dogłębnie ją penetrować.

Ta wystawa zatrzymuje się w pół drogi, powstrzymuje się przed definiowaniem, jest impresją obdarzoną dużą dawką poczucia humoru.

To w sumie całkiem niezła rekomendacja.


"Archiwum Centralne", Miesiąc Fotografii w Krakowie, Fabryka Erdal, Kraków, czynne do 31 maja 2009, kuratorzy: Karol Hordziej, Piotr Lelek, Wojciech Nowicki, Łukasz Trzciński

strona www Photomonth